Manifest byłego humanisty

Jedną z najważniejszych rzeczy które wyniosłem z moich studiów to zrozumienie czym właściwie jest ta humanistyka. Wiedza ta powstała z wielu malutkich cegiełek nie-wiedzy, drobnych upokorzeń intelektualnych, zniszczonych marzeń oraz zdeptanych ideałów. Było to chyba gdzieś przy 70 stronie mojej pracy magisterskiej, kiedy zrozumiałem, że to wszystko mija się z jakimkolwiek celem, w który święcie wierzyłem jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Że to chyba jakiś ślepy zaułek ewolucji, bo po co komuś taka ilość wiedzy, produkowanej przez taką ilość ludzi i przydatna zazwyczaj autorowi oraz jego koledze po fachu.

Kojarzy mi się to trochę z jakimś fantastycznonaukowym scenariuszem, w którym świat zmechanizował się już do tego stopnia iż automatyczne fabryki produkują wszystko co potrzebne do dostatniej egzystencji. Od pinezki, poprzez kotlet schabowy, aż do helikoptera. Tylko przecież coś trzeba zrobić z tymi miliardami ludzi. Trzeba im dać jakiś cel, jakąś ułudę do której będą codziennie kierować swoją energię twórczą, której będą się poświęcać i która będzie im przynosić radość. Naczelna rada robotów postanowiła więc stworzyć skansenowy system w którym powstaną specjalne fabryki dla ludzi w których będą oni przykręcać śrubki, projektować, giąć, ciąć i montować. A gotowe produkty? To co zrobią będzie się potajemnie niszczyć, a ludzie używać będą i tak tego co zrobią zautomatyzowane fabryki. Bo to jest lepsze i tańsze. A ludziom trzeba dać jakiś cel w życiu. Nawet jeśli to tylko ułuda. A nawet jeśli niektórzy odkryją prawdę to z bezsilności, przytłoczeni tym co ujrzeli staną się jeszcze bardziej gorliwymi inżynierami, monterami, spawaczami. Bo jeśli straciło się tą niewinność niewiedzy to największym pragnieniem jest by wróciło to co już nie wróci… Czerwona czy błękitna tabletka?? Takie rzeczy tylko w Matriksie mój drogi Humanisto.

Humanistą przestałem się czuć chyba gdzieś mniej więcej w tamtym momencie. Gdzieś pomiędzy pisaniem podrozdziału „Królowa Bona zarządczynią puszcz wielkoksiążęcych w Wielkim Księstwie Litewskim” a „Ośrodki miejskie na Sejneńszczyźnie w XVI w” dopadło mnie to zwątpienie. Dopadło z taką siłą, że do końca pisania musiałem powstrzymywać się od puszczenia intelektualnego pawia wprost na biurko mojego promotora. Bo po co? Bo na co? Bo komu to potrzebne? Przypieczętowałem jednak koniec procesu edukacji obrona pracy magisterskiej i postanowiłem uwolnić się choć od jednego złudzenia. Złudzenia to jednak gra drużynowa. Nie tak łatwo opuścić boisko i zachować punkty. Czasu  się przecież nie cofnie. Trzeba więc grać w tę grę, w którą zainwestowało się tyle środków.
Nikt o zdrowych zmysłach nie sprzedaje akcji kiedy giełda jest na samym dnie.
Jak już się zaczęło to trzeba dalej toczyć swoją kulkę z łajna… co z tego że z łajna, przecież to moja kulka i robi się coraz większa. Dopóki jest większa od kulek moich sąsiadów to wszystko da się jeszcze jakoś wytrzymać.

Dlatego postanowiłem napisać doktorat.
Dlatego zacząłem pracować w bibliotece.

Trzeba z tego wszystkiego wyciągnąć choć co się da.
;]

Wymeldowuje się z bloga na jakiś czas. Trzeba zająć się czymś konstruktywnym, popracować nad poprawą własnego losu. See yaa!