Zombie być, ach zombie być!

Natchniony zostałem klimatem zombie. Ponownie. Po pierwsze zadziwiająca aktywność w komentarzach do poprzedniego tekstu o zombie. Po drugie na jesieni rusza ekranizacja komiksu The Walking Dead , robiona przez stację AMC ( ich Mad Men jest ś-w-i-e-t-n-y). A po trzecie kupiłem sobie klasyczny już film 28 days later. Obejrzałem po raz kolejny i twierdzę, że klimat trzyma świetnie. No i muzyka Clinta Mansela… poezja.

Continue reading

Prokrastynacja świąteczno-konferencyjna

Istnieje w świecie takie zjawisko jak prokrastynacja, zwane także „syndromem studenta”. Znamy je wszyscy. Przejawia się nierobieniem-tego-co-się-powinno-robić-choć-trzeba-to-koniecznie-robić. Ogólnie polega to na odkładaniu pewnych rzeczy na później pomimo pełnej świadomości, że musimy się tym zająć właśnie teraz. Skutkuje to obsuwami w terminach, nie oddanymi pracami, lub siedzeniem po nocach. Znają to wszyscy którzy kiedykolwiek przeżyli choć jedną sesję na studiach. Ogólnie jest to chyba naukowy termin mający wyjaśnić staroświeckie lenistwo, które dopada każdego z nas od czasu do czasu [przy czym niektórych częściej od innych]

Ja także obecnie doświadczam więc prokrastynacji vel. lenistwa, co związane jest po części ze świętami, po części ze zbliżającą się konferencją w Szczecinie. Doświadczam i trafiam na ciekawe rzeczy przeczesując sieć. Jest to np.:

Continue reading

Zombie a sprawa polska

ZOMBIE_WALK_2008_088 by wvs.

Dlaczego w Polsce mamy nikłe szanse na przetrwanie zombie-apocalypse. Poniżej kilka luźnych przemyśleń na ten temat, spowodowanych twórczością Maxa Brooksa i dokonaniami kinematografi:

Jesteśmy krajem dość gęsto zaludnionym o dużej ilości miast co równa się szybkim rozprzestrzenianiem zarazy i zgrajom umarlaków tułających się po kraju. Dość trudno będzie przetrwać. Szczególnie na takim Śląsku czy w Warszawie.  Łatwiej byłoby Mongolii, gdzie step i step i step i co kilkaset kilometrów jakieś jurty.

Brak nam miejsc prawdziwie dzikich. Jesteśmy zakątkiem Europy ucywilizowanym prawie do granic możliwości. Zombie jako gatunek pochodny człowieka najlepiej czuje się z środowisku miejsko-wiejskim. To właśnie miejsca dzikie, naturalne i dziewicze mogą stanowić najlepszą barierę wspomagającą walkę z zombiami. A tak zawsze mogą zaatakować zza jakiegoś winkla. Z kolei w tych niebezpiecznych miastach łatwiej o prowiant i sprzęt.

W naszym najbliższym otoczeniu geograficznym brak ekstremalnych warunków klimatycznych. Jak wiadomo to właśnie mróz i gorąco są najlepszymi przyjaciółmi zombie-survivalistów. W cieple zombie powinny się szybko rozkładać, gnić i rozpadać, a z drugiej strony dzięki zimnu będą zamarzać. Stąd dobrym miejscem do ukrycia się przed zombiami są pustynie oraz lodowe pustkowia. U nas takowych brak. Klimat umiarkowany jest wymarzony dla zombie. Niestety.

Continue reading

Dead set, Dead air – wszystko „dead” i na dokładkę Zombieland.

Popkulturowa tematyka zombie interesuje mnie szalenie. Dawałem temu wyraz już kilka razy. Widać to na mojej półce z książkami, widać po filmach DVD, komiksach i zdecydowanie się tego nie wstydzę. Zombie wciąż toczą w moim wnętrzu walkę o rząd dusz z postapo [ ...a niedługo DrogaBook of Eliah :) ]. Tak czy inaczej zdrowo chyba mieć taki popkulturowy wentyl dla odmiany od „poważnych” spraw.

Obejrzałem niedawno kolejne zombiastyczne produkty:

http://www.horrorsociety.com/wp-content/uploads/2009/03/deadeset.jpgPierwszy odcinek brytyjskiego serialu „Dead set” – Brytyjski miniserial zapowiada kawał dobrego thrillerowego oglądania. Może scenariusz łudząco przypomina durny film z Cezarym Pazurą „Show”, jednak Brytyjczycy po pierwsze znają się na robieniu filmów o zombiach, po drugie nie pożałowali na efekty specjalne i charakteryzację, po trzecie rozumieją że w tego typu filmach dramatyzm buduje się poprzez wyobrażenia widza, a nie przez łopatologiczne rzucanie mu mięsem i flakami w ekran (choć i to ma swój urok… czasem). Potencjalnie głupi, okazał się po pierwszym odcinku fajny. Doskonale wpisuje się w gatunek. Zdecydowanie lepiej niż coraz gorsze filmy samego Mistrza. Jak to bywa w brytyjskiej mutacji zombie, tutaj także są one szybkie. Nowy ymydż zombiów dla nowych szybkich czasów? Kto miałby teraz ochotę czekać, aż zombiaki przekuśtykają przez ekran… Z pewnością obejrzę serial do końc, ma tylko 5 odcinków.

***

http://www.fullhalloween.com/blog/wp-content/uploads/2008/12/dead-air-2008-poster2.jpgTandetny film „Dead Air” – Film drewniany od góry do dołu. Drewniana gra aktorów. Na poziomie braci mroczków. Drewniana fabuła, jacyś fajtłapowaci terroryści, spisek rządowy itp. Efekty specjalne beznadziejne, a zombie jedyne co to krwawią z oczu i ogólnie każdy wygląda jakby się po prostu nie wyspał. Prawie nie dało się oglądać. Głupsze to chyba było tylko ostatnio o jakichś rybach z płetwo-nogami, które zmutowały jak ktoś wlał do jeziora kanister z hormonem wzrostu.  I tak kuśtykały one, takie metrowe rybo-płaty ( coś jak te ryby co żyją w mule) i zabijały tych  ludzi… o dżizus… Świat jest na swój sposób piękny dopóki powstają takie filmy :) Radiowy didżej kontra zombie. Tego jeszcze nie było. Brakowało tylko Stevena Seagala do pełni szczęścia. Zdecydowanie Dead Air to film klasy Z… mi byłoby szkoda kasy na wyprodukowanie go.  Tak samo pewnie stwierdzili producenci jak już obejrzeli… i było za późno ;/

***

http://sushiwhore.files.wordpress.com/2009/09/zombieland-poster1.jpgZombieland – Dobra, lekka komedia o  świecie opanowanym przez zombie. Świetna rola dawno przeze mnie nie widzianego na ekranie (od czasu To nie jest kraj dla starych ludzi) Woody Harrelsona, plus kilku młodych, dobrych aktorów [np: Emma Stone znana z Superbad aka Supersamiec]… w Stanach w odróżnieniu od nas mają dobrych młodych aktorów… Poza tym zombiaki, puste miasta i  świetna wstawka z Billem Murray’em. Film specjalnie do gatunku zbyt wiele nie wnosi (może poza cennym ostrzeżeniem przed ubikacjami), ale ogląda się go całkiem przyjemnie i dla odmiany od zombie-horrorów warto by pojawiały się na rynku i takie filmy. Bardzo fajnie opracowany graficznie i ogólne wpasowanie we współczesną estetykę zombie. Warto obejrzeć w piątkowy wieczór przy piwie. Jestem zobowiązany nadmienić, że zombiaki są dość szybkie. Gatunek wyraźnie ewoluuje. Trzyma się tylko Miszcz.

***

Na koniec chciałbym sobie pozwolić na małe wyznanie: nie widziałem żadnej części Piły, żadnego Hostela. Nie ciągnie mnie. Wolę moje zombie i mutanty. Amen

Wyciągnięte z szuflady…

Odkąd pamiętam miałem dziwne przeczucie, że coś się w końcu musi zacząć psuć w naszej cukierkowej globalnej układance polityczno – ekonomicznej. Że to wszystko jest sklecone trochę prowizorycznie, że w końcu musi coś pójść nie tak i wszystko rozpieprzy się tak doszczętnie, że nie będzie już czego zbierać. Zawsze miałem jednak nadzieję, że zdążę jeszcze choć trochę zasmakować luksusu i spokoju zanim nadejdzie czas głodu, śmierci i smutku. Bo zawsze przychodzi w końcu taki czas.

Miałem 24 lata, pracę, narzeczoną, nadwagę i plany zakrojone na najbliższe kilka lat z perspektywą na kilkanaście kolejnych. Miałem też lęki. Lęki i sny. Już sam nie wiem co było gorsze. Bałem się wojny. Bałem się śmierci. Bałem się że będę musiał patrzeć jak giną ludzie. Sny pojawiały się rzadziej, ale były gorsze od wszystkich moich lęków. Na szczęście nauczyłem się je zapominać.

Strzał, przeładuj, strzał, przeładuj, strzał. Pięć razy. Chwila przerwy. Trzeba doładować naboje do sztucera. Najważniejsze jest jak przycelujesz pierwszy raz. Potem już zawsze łatwiej. Pach. Pach. Pach. I w każdej wolnej chwili trzeba pamiętać o pilnowaniu żeby magazynek był pełny. Koniecznie. A poza tym najważniejszy jest spokój. Już nie jeden raz uratował mi skórę. Spokój i trochę szczęścia żeby nie trafić na wędrowne stado. Z pojedynczymi można sobie zawsze poradzić, z watahą już niekoniecznie.

Nikt by nie pomyślał jakie łatwe stało się zabijanie. Także ludzi. Załaduj, przyceluj, wystrzel. Pach i nie żyje. W sumie „nie żyje” nie jest to termin adekwatny do sytuacji, należałoby może powiedzieć „padł”. Pach Pach – padło dwóch. Można by tak prawie cały dzień. Do znudzenia. Na szczęście okazja do postrzelania zdarza się nie tak często żeby się tym zmęczyć. Ale i nie tak rzadko żeby stracić czujność. Przez ostatni tydzień przybyło mi 20 łusek. 15 zabitych. W sumie niezły wynik, choć nocą przez noktowizor celuje się znacznie gorzej. Trzeba było kilka razy poprawiać.

Całe szczęście że udało nam się zbudować mur. Z gruzu, desek, wraków i wszelkiego rodzaju śmieci. Postapokaliptyczna palisada naszej wsi – Festung Woppen. Las dookoła to kolejna palisada, dzięki której jest o niebo spokojniej niż w pozostałych osadach. Z drugiej strony to także przekleństwo. Zamyka nas tak samo jak nas chroni. Ludzie w ciągu dwóch lat nauczyli się czuć bezpiecznie jedynie w chronionych osadach i na pustej przestrzeni gdzie każde niebezpieczeństwo widać jak na dłoni. Przez las podróżuje się tylko w najwyższej konieczności.

Najgorzej jest kiedy wypada służba na polu. 12 godzin na słupie. Niczym pieprzony Szymon słupnik. Tylko, że siedzisz akurat na takim betonowym. W zamontowanej na bezużytecznym już słupie energetycznym budzie z desek i blachy wielkości metr na metr. Nazywamy je M1. Przeważnie M1 wypada raz w tygodniu. A takich mieszkanek mamy w okolicy, poza palisadą, pięć. Każde broni innego pola, choć w sumie w razie większych kłopotów rola słupnika powinna sprowadzać się do walenia w gong i wystrzelenia racy sygnalizacyjnej.

Najgorzej było na samym początku. Do pracy już przestałem jeździć już kilka lat temu. Wszystko się przecież ostatecznie sypnęło, jak po dwóch miesiącach wojny na Kaukazie NATOwcy postanowili unieruchomić przemysł pana Cara Wszechrosji. Ale kogo to tak naprawdę obchodziło, skoro u nas już dawno tzw. surowce strategiczne były na wyłączny użytek państwa. Komu potrzebny kierowca autobusu, kiedy benzyny nie widział nikt od kilku tygodni. Więc siedziałem w domu i próbowałem wiązać koniec z końcem. Życie zgodne z naturą. Wszędzie zaczęto budować nagle wiatraki, w ogniwa fotoelektryczne jakoś nikt nie inwestował, bo to za szybo się psuło i naprawić było strasznie ciężko podobno. Więc prawie każda wioska stała się małą Holandią. Tylko trawy nie paliło się bo nie było za co.

A rowery jak w cenę weszły. Ho ho ho. A jakie rzeczy mogą powstać z połączenia pedału, łańcucha i koła. Nikt by nie pomyślał dopóki trzeba było się za to zabrać z konieczności. „Potrzeba matką wynalazków” powinna stać się dewizą ludzkości. A przynajmniej tej części, która zaskoczona została kryzysem i całym syfem, naszą małą apokalipsą, którą spłacaliśmy w ratach. Trzeci świat, wiele biednych państw w których i tak rzadko widywano samochody poza dużymi miastami, a prąd był widzimisię lokalnych watażków – oni nie zauważyli zasadniczej zmiany jakości życia. To my, „Zachód”, spadliśmy niespodziewanie do niższej ligi – zostaliśmy karnie zdegradowani za oszustwa, przekupstwa i nadużycia wobec świata. Reszta cały czas musiała radzić sobie bez całej sterty elektroniki, włókien węglowych i spieków ceramicznych.

Jak się szybko okazało, cywilizacja to wyjątkowo kruchy twór. Wystarczyło kilka miesięcy epidemii i wszystko rozsypało się w drobny mak. Jak zamek z klocków z którego wystarczy wyciągnąć jeden element a cały od razu wali się w ruinę. Zabrakło środków komunikacji i transportu, zaczęło brakować paliwa i prądu. Państwa porozpadały się z czasem na luźno rozrzucone odizolowane osady, miasta nie utrzymały się bez ciągłych dostaw towarów z prowincji. Kiedy zjedzono konserwy, wszystkie zapasy suchego jedzenia i wszystkie zwierzęta domowe, tysiące ludzi z miast ruszyło na wieś uciekając przed głodem. Zdziesiątkowani przez choroby, głód i ghoule rozleźli się po kraju niczym szarańcza. Zorganizowane gangi, grupy pielgrzymów szukających miejsca na osiedlenie się i zdesperowani uciekinierzy błagający o pomoc.

Broń. Broń to oddzielna historia. Prawdziwy problem. O ile w Stanach kiedyś każdy miał w domu strzelbę, lub co najmniej pistolet, to u nas w Europie broń wcale nie była i nadal nie jest tak dostępna jak mogłoby się wydawać. Naturalnie pistolety mieli np. policjanci i część pozostałych służb mundurowych. Strzelby, sztucery mieli myśliwi. Trochę było broni sportowej. Przeważające część cywili nie miała jednak żadnego, ale to żadnego dostępu do broni palnej. Wojsko broń miało, ale przeważnie w magazynach, skąd szybko rozejść mogła się ona po okolicy. Jednak regiony na których nie było rozmieszczonych jednostek wojskowych pozbawione zostały całkowicie tego źródła dopływu broni. Musiano próbować sobie radzić „tradycyjnymi” metodami. Wiele osób odkryło urok prostej lecz skutecznej broni jaką jest włócznia. Wielu pokochało swoje maczety, domorośli kowale zyskali na popularności i wielu zaczęło nosić przy sobie rożnego rodzaju broń białą. Z czasem uruchomiono lokalne fabryczki prochu, głównie czarnego, najłatwiejszego w przygotowaniu.

Cisza nie jest stanem naturalnym i zawsze powinna być pierwszym sygnałem alarmowym dla każdego podróżnika i trapera. Tego zdążyłem nauczyć się od mojego dziadka kiedy byłem jeszcze mały. Teraz jednak cisza była moim najbliższym przyjacielem. Zdechły wszystkie ptaki, które kiedyś skrzeczały przemykając nad grzywiastymi falami szmaragdowego morza. Tak samo wszystkie zwierzęta pozdychały w przeciągu kilku miesięcy od Zagłady. Ludzie, niektórzy z nas, przetrwali jedynie dzięki temu ze potrafili zakopać się wystarczająco głęboko. W luksusowych norach niczym krety żyliśmy we wnętrzu ziemi.

***

Położył maczetę obok radiostacji i włączył porządnie na pierwszy rzut oka wysłużone już urządzenie. Wiatrak na dachu energicznie obracał się, pędzony zimnym jesiennym wiatrem, dając energię dla żarówki zawieszonej pod sufitem i radiostacji trzeszczącej falami na plastykowym stoliku.

- Tu stacja czwarta, tu stacja czwarta. Melduje się do popołudniowego raportu. Melduje się do popołudniowego raportu – powiedział do słuchawki.

- Witaj Ka…. Jak sytuacja…..cie… – szumy i trzaski zniekształcały cichy przekaz wydobywający się z głośników. – Czwórka meldowała o ruchu od strony drogi E14 w kierunku dawnej jednostki. Wi…. na…ście…. całe stado.

- Dobra, możesz zejść z posterunku, zbieraj chłopaków i ruszaj do jeziora. Cały czas stado pędź przed sobą po prawej.

Kryzys dupe wygys

Parafrazując ginące wraz z ostatnimi  syberyjskimi tygrysami przysłowie plemion Ewenków: „Tygrys, tygrys dupe wygrys”, ponarzekam trochę na kryzys.

Po pierwsze pan Kryzys atakuje medialnie. W gazetach, telewizji, w internecie też. Naturalnie. Już sam nie wiem czy on taki straszny czy to medialna panika. Pewnie się nie przekonam dopóki mnie nie dotknie. A pewnie już dotyka tylko nie wiem. Tylko gdzie on mnie dotyka? tego też nie wiem. Strach pomyśleć…

Otwieram gazetę ogólnopolską wydanie weekendowe i cały dział gospodarki poza jednym artykułem ( o czym później ) dotyczy mniej lub bardziej kryzysu. Tu zwolnią 600 tyś osób, tam walczą o ceny gazu, Rupert Murdoch na minusie, Toyota na minusie, Łucznik i Zelmer wstrzymują produkcję… DZIĘKI BOGOM, ŻE JESTEM W „BUDŻETÓWCE”!!! biednie, ale stabilnie. Stać mnie na gazetę nawet…

…Krysys sięgnął jednak po mnie swoją chudą łapą: pożarł moja kartę w bankomacie. A jednak dotknął. W okolice serca, gdzie noszę portfel :)

Wracając do jedynego ciekawego artykułu w dziale gospodarka. „Uwaga, zombi na odcinku najbliższych 10 kilometrów” donosi o pojawianiu się dziwnych napisów na znakach sygnalizacji drogowych robót w całych USA. Teksty ostrzegają przed zombiami i nazistowskimi zombiami które stanowić moga zagrożenia na drodze. Masteriece!. Hakierom udało sie włamać do sieci sterowania sygnalizacją znakami i podmieniają tekst, jednak jak wyśledzili pilni żurnaliści, za tym wszystkim kryje się zapewne działalność marketingowa wokół norweskiego horroru „Dead Snow” który ma niedługo wejść do kin… a opowiada on właśnie o nazistowskich zombiach. Pozostaje pytanie czy żurnaliści mają rację, czy mamy do czynienia z kolejnym przejawem „kreatynego ” marketingu ( obok marketingu jutubowego i forumowego), czy jeśli to prawda, że jakaś firma zleciła takie działania, to czy jest to zgodne z prawem? Pytań wiele, jedno jest  pewne, robi na mnie wrażenie. [na marginesie uważam że w tytule cytowanego artykułu powinno być "zombie" zamiast "zombi" - nie jestem zwolennikiem tłumaczenia wszystkiego na PL... potem wyjdzie jak z tymi terminami żeglarskimi co za komuny próbowali polonizować]

Last but not least:

Ciasto na Sobotę: Szarlotka „Kryzys dupe wygrys” – szybka, tania, z tego co pod ręką. Dla osłodzenia kryzysu.

Składniki:
1 szklanka mąki pszennej
1 szklanka kaszy manny
1 szklanka cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
Matka daje jeszcze cukier waniliowy dla zapachu
1 kilogram jabłek
200g masła lub margaryny
cynamon

Margarynę schłodzić w zamrażalniku. Jabłka obrać, zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Dodać 3 łyżki cukru i cukier waniliowy, wymieszać, podzielić na 2 części. Mąkę, cukier, kaszę mannę i proszek do pieczenia wymieszać, podzielić na 3 równe części. Małą tortownicę wysmarować tłuszczem i posypać bułką tartą. Na dno wsypać jedną część mąki z dodatkami, nałożyć połowę startych jabłek. Wysypać drugą warstwę sypkich składników, wyłożyć resztę jabłek. Na koniec posypać ostatnią częścią mąki z dodatkami.Zamrożoną margarynę zetrzeć na tarce o dużych oczkach wprost na ciasto, wiórki równo rozłożyć. Ciasto wstawić do gorącego piekarnika, pIec 40-45 minut w temperaturze 180 stopni C.