Tomasz Lem – Awantury na tle powszechnego ciążenia

http://www.empik.com/b/o/8e/43/8e4349208c9c2418b11d7e3a698204a3.jpg

Szukając w księgarni świątecznych prezentów trafiłem na całą kupę książek, jak to bywa w tym dziwnym świecie, które sam chciałbym dostać pod choinkę, a których ostatecznie nie dostałem… Jedną z nich były wspomnienia o Stanisławie Lemie napisane przez jego syna Tomasza pt. „Awantury na tle powszechnego ciążenia” (Wydawnictwo Literackie 2009). Człowiek jednak nie na darmo pracuje w bibliotece, więc wypożyczyłem sobie kniżkę na posylwestrony lazy-weekend.  Nie za długa – ok 260 stron, ładnie wydana, no i najważniejsze jak się okazało – bardzo ciekawa.

O Lemie napisano już wiele, zarówno od strony opracowań naukowych jak i tzw „wywiadów rzek” (dwie takie pseudo-biografie pochodzą z lat 2002 i 2007… o ile się nie mylę bo sprawdzać mi się tego nie chce). Teraz kilka nowych cegiełek do obrazu klasyka sf dołożył jego syn, tworząc opowieść o ojcu literacie i synu literata. Nie ma tam jednak sensacji w stylu młodego Olbrychskiego, nie jest to także pean na cześć sławnego Polaka. Fajna, czasami anegdotyczna, opowieść syna o ojcu. Sporo o tym jak to jest dorastać przy ojcu z wielką wyobraźnią. Dowiedziałem się z niej m. in. o tym że Lem senior był szalonym kierowcą i wielkim pasjonatem aut. I na całą grubą książkę tylko kilka zdań o tym jak to jest być synem sławnego ojca. Na szczęście.

Continue reading

Historie rodzinne

Chyba powoli jako historyk i członek mojej rodziny dojrzewam by zająć się zebraniem, zbadaniem, a kiedyś może opisaniem historii mojej rodziny. Czas upływa, zdjęcia blakną, pamięć staje się coraz zawodna, a ludzie niestety odchodzą. Lata studiów, z których wyniosłem wcale nie tak wiele wiedzy i jeszcze mniej wzorców z pewnością nauczyły mnie jednego – że historię zamiast nauczyć się, lepiej jest spróbować zrozumieć. A że niezbędnym elementem do jej poznania jest najpierw zebranie i spisanie jej okruchów to ktoś musi podjąć sie tego zadania. raczej przyjemności.

Zawsze najbardziej pociągało mnie obcowanie z materią historyczną na poziomie jak najbardziej bezpośrednim. Ad fontes chciałoby się rzec i dobrze, gdyż właśnie w nich znajdowałem zawsze największą przyjemność badawczą, lecz wielki żal mam iż nie pokazano nam i nie pokierowano ku źródłom innym niż drukowane. Źródło słowa – źródłu pamięci. To w ludzkich wspomnieniach kryje się najpiękniejsza historia.

 

[fragment albumu mojej babci Eugenii Rynarzewskiej]

 

Uzbrojony w aparat, dyktafon i skaner mogę chyba już zaczynać. Najwyższa pora i najwyższy obowiązek.

Opowieści kolejowe… cz. 2

Istniały w moich czasach i w moim położeniu geo-politycznym, tak jak i zapewne obecnie dwa modele uczęszczania do szkoły średniej – dojeżdżanie oraz internat vel. bursa. Oba wiązały się w pewien sposób z podróżowaniem z tym że „dojeżdżanie” w dniach od poniedziałku do piątku, zaś „internat/bursa” w piątki i niedziele. U mnie z powodu niedużej odległości w grę wchodziło praktycznie tylko „dojeżdżanie”, z resztą jak miałem się okazję przekonać potem po stanie umysłowo-wychowawczym kolegów z burs – dzięki bogu!

Pierwszy rok dojeżdżania był pewnym szokiem. Kwestia zaaklimatyzowania się i widmo tzw. „kocenia” powodowało pewien dyskomfort na początku, jednak człowiek jest istotą łatwo adoptującą się do ekstremalnych warunków i jakoś się dostosowałem, zresztą nie byłem wówczas sam. Podobnie sytuacja miała się z całym pokoleniem moich rówieśników, tych znajomych oraz nieznajomych.

Pociągowe społeczeństwo okresu mojego pierwszego „dojeżdżania” charakteryzowało się pewną hierarchią. Pierwszoroczniacy, średni dojeżdżacze, dojeżdżacze seniorzy oraz charakteryzujące się własną hierarchią warstwy wyższe. Mieszanie się klas „dojeżdżających” następowało w rożnym stopniu – pierwszoroczniacy szukali często protekcji u seniorów, przed wyzyskiem i uciskiem klas od nich wyżej postawionych. Najczęściej opierało się to na więzach rodzinno-sąsiedzkich. Jednocześnie zaś ucisk stosowany był także przez środowiska bliskie uciskanemu. Kocenie w okresie swojego apogeum, które na szczęście miejsce miało nim ja zacząłem dojeżdżać, zahaczało momentami o dręczenie i wręcz znęcanie się. Obecnie o ile zauważyłem, zwyczaj ten zanikł prawie całkowicie.

Dojeżdżanie to nie tylko cała bogata kultura „wagonowa” [której nie jestem w tym momencie w stanie przedstawić w sposób wyczerpujący – mam nadzieję kiedyś się za to zabrać] – to także jej subkultura „peronowa”. Oczekiwanie na podstawienie składu, lub pociąg długodystansowy posiadało określone reguły. Peron podzielony był na poszczególne rewiry – objęte w niepisane posiadanie przez grupy zawodowe, towarzyskie lub związane z poszczególnymi miejscowościami. Układ ten znajdował jednocześnie pewne odzwierciedlenie w rozkładzie poszczególnych grup w wagonach składu. Dojeżdżając przez pewien czas pociągiem o określonej godzinie, z prawdopodobieństwem 95 procent zdolny byłem określić w którym z kolejności wagonie dana osoba się znajduje, a także z dużą dokładnością określić przedział lub część wagonu w której mogę ją odnaleźć. Niepisana umowa regulowała ład i porządek dojeżdżającego społeczeństwa. Taka rewirowość doskonale świadczy reliktach pierwotnych instynktów stadnych.

Ten wykład „Opowieści kolejowych” zawarł w sobie wiele zagadnień teoretycznych, a mniej bezpośrednich przykładów z moich wspomnień… …bywa :)

opowieści kolejowe… cz.1

Ostatnio doszedłem do wniosku że motywem przewodnim mojego życia, jeśli miałbym takowy wybierać, z pewnością byłyby dworce i kolej nasza wspaniała, PKP.

Stykałem się z PKP od lat najmłodszych – pierwsze wspomnienia moje kolei dotyczące sięgają wczesnego dzieciństwa. Miałem pewnie 5-6 latek, czyli akurat wypadał przełom ustrojowy, a ja zapoznawałem sie z molochem-instytucją o tajemniczym skrócie PKP, która miała wywrzeć wielki wpływ na moje późniejsze życie. Jednak od początku…

Dziadek i Babcia byli kolejarzami. Mieszkali w budynku przy samych torach – tzw. Spedycji. Wakacje spędzane u nich to m. in. okno za którym co chwila przejeżdżały pociągi (kiedyś jeździło ich więcej niż dziś). Nocą pociagi te początkowo mnie budziły, podobno płakałem, ale szybko sie przyzwyczaiłem i spałem jak kamień przy przetaczających się za oknem pospiesznych i towarowych. Dziadek nim przeszedł na emeryture pracował jako spawacz na kolei ichodziliśmy wtedy z nim czasem na dyżury do takich śmiesznych wagonów mieszkalnych, co dla mnie jako smyka było frajdą niesamowitą. Zapamiętałem z nich piętrowe łóżka i piecyk w przedsionku. Zapamiętałem też zapach kolejowy. Trudny do określenia, będący zapewne pochodną woni jakichś smarów, stali, tłucznia. Na nieużywanych torowiskach można też było znaleźć różne ciekawe kawałki żelastwa, a tłuczeń kolejowy stanowił świetny budulec do tras dla naszych resoraków. Często spotykałem też w dzieciństwie „robaki kolejowe” – charakterystyczny gatunek czerwono czarnego żuka, który mieszkał przy dworcach, torach ib udynkach kolejowych. Miał charakterystyczne wzorki na pancerzu i lubił wygrzewać się na betonie w ciepłe dni. Niestety od kilku lat już ich nigdzie i wcale nie spotykam… co się stało z tym gatunkiem? Wyginął?

Dzieciństwo to także podróże pociągiem z rodzicami nim jeszcze kupiliśmy pierwszego malucha. Najlepiej pamiętam chyba podróże zimowe – wyprawy wigilijne do dziadków, którzy mieszkali jedną stacje dalej. Rodzice ubierali mnie w misiowaty płaszczyk, pamiętam też rękawiczki na sznurkach i czapkę zawiązywaną pod brodą. Mróz szczypał w twarz, śnieg skrzypiał pod podeszwami butów, a my czekaliśmy na pociąg, który wjeżdżał na stację ciągnąc za sobą tuman śnieżnego pyłu. Pamiętam że nigdy nie siadaliśmy w przedziałach, bo podróż trwała tylko 7 minut i pilnie oglądałem uciekające za szybami krajobrazy. Na stacji u dziadków był kiosk. Lubiliśmy z bratem oglądać wszystko co było za okratowanymi szybami wystawione – plastykowe karabiny, kolorowanki, szampony, komiksy, gazety, karty do gry i inne drobiazgi…. Z dzieciństwa najbardziej chyba właśnie pamiętam trasę Wipsowo-Czerwonka Czerwonka-Wipsowo.

A długo potem, po skończeniu podstawówki zaczęło się dojeżdżanie… ale o tym później

Tajemnica Złotej Maczety

Może ktoś z was pamięta taki komiks z końca lat 80tych. Sześcioodcinkowa opowieść rodem z PRL. Historia o dwóch chłopcach, którzy sprowadzają się z rodziną do nowego miasta, gdzie ich tata jest inżynierem w kombinacie ;]. Idealna socjalistyczna familia… Bracia zaprzyjaźniają się z rówieśnikami oraz poznają pana Witolda, starszego człowieka, weterana II Wojny Światowej, który opowiada im przygody jakie spotkały go na frontach – od wojny obronnej 1939 do lotów dla Powstania Warszawskiego i powrotu do kraju, a wszystko okraszone jeszcze tajemnicą pewnej złotej maczety…

Był to jeden z czytanych wielokrotnie przeze mnie w dzieciństwie albumów, obok wielu wielu innych [o czym kiedy indziej]. Jakoś nie zauważałem jednak wówczas perelowskiej propagandy, a poziom wiedzy historycznej nie pozwalał na zauważenie pewnych przemilczeń i manipulacji dokonanych na naszej przeszłości. Dla mnie wówczas była to po prostu fajna opowieść przygodowa, w której mogłem zobaczyć, jak to na walczą wojnie i strzelają się i samoloty, i karabiny i takie sielankowe życie w demolandzie i pomarzyć że może kiedyś mi też przydarzą się takie przygody. Pod tym względem komiks jest trafiony.

Wrażenia po kilkunastu latach: graficznie średniawy, fabularnie słaby, faktograficznie widzę pewne celowe zabiegi mające przedstawić historię w określony sposób, a propaganda sukcesu socjalistycznej ojczyzny jest rażąca… no ale wspomnienia są wspomnieniami i sentyment mam.

Niestety z całej posiadanej przeze mnie kolekcji 6 części ostały się jedynie dwie, gdyż drogą wymiany pozbyłem się części w zamian za Klosssy gdzieś pod koniec podstawówki. Niemniej odnalazłem całość dzięki kolegom piratom/bandytom i jako zwyrodnialec udostępniam dalej dostępne na moim Chomiku spakowane w jednej paczce. Można je ściągnąć –> TUTAJ

A potem się dziwią że ich dzieci poszły na historię jak sie naczytały różnych takich komiksów ;] hehehehe

Świat według Stefana Mellera

Przed kilkoma dniami pochłonąłem (bo inaczej tego nazwać nie mogę) książkę pt: Świat według Mellera. Jest to zapis wspomnień Stefana Mellera zebranych podczas rozmów z Michałem Komarem.

Stefan Meller, historyk, pisarz, polityk, minister spraw zagranicznych, zmarł niestety ledwie doczekawszy pojawienia się swoich wspomnień. Odkryłem go dopiero dzięki tej książce i to odkryłem go jako człowieka oraz historyka. Zawsze wesołego, pogodnego, starającego się przetrzymać liczne przeciwności jakie los rzucał mu pod nogi – czy to oskarżenia i pomówienia w roku 1968, czy to długoletni całkowity zakaz pracy w zawodzie, czy inne przeszkody na życiowej drodze. Stefan Meller, jak dowiadujemy sie z jego wspomnień, nawet w najczarniejszych czasach potrafił się dobrze bawić, robić żarty i żyć… bo co innego miał w sumie robić.

Nie jest o jednak tylko zapis jego figli i psot. Znajdujemy w książce wiele wspomnień dotyczących poważnych spraw oraz przemyśleń dojrzałego, doświadczonego mężczyzny. Jest też charakterystyka ówczesnego środowiska inteligencko-historycznego Warszawy, kręgu przyjaciół i znajomych którzy jakoś sobie radzili w tych realiach. Świetne historie z czasów studenckich, interesujące opowieści o legendarnych dziś postaciach – historykach UW,

Książkę czytałem jednym tchem, zarówno dlatego, że jest dobrze napisana (w końcu to wypowiedz człowieka będącego znakomitym mówcą), jak i dlatego że ogromnie wciągnęła mnie jej atmosfera oraz ludzie w niej wspominani. Polecam książkę wszystkim, w szczególności historykom, zaręczam że można zarówno uśmiać się do łez, jak i przeczytać wiele mądrych słów. Ogromnie cieszę się że mogłem poznać tego człowieka.

Poniżej pokuszę się o kilka ciekawych z licznych cytatów jakie wynotowałem sobie ze wspomnień Mellera:

Po latach kiedy, dojeżdżałem do Białegostoku, była nią [szczepionką przeciwko protekcjonalnemu traktowaniu ludzi z innych środowisk] i samo miasto i ludzie z zupełnie innych środowisk, których tam spotykałem, ale przede wszystkim – pociąg (zwłaszcza osobowy) Warszawa-Białystok. To powinna być właściwie obowiązkowa lekcja dla osób interesujących się polityką i problemami społecznymi: pociąg fenomenalnie weryfikuje wszystkie, nawet teoretycznie nadzwyczaj szlachetne pomysły. Daje dar oglądu rzeczywistości. Nawet jeśli jest to rzeczywistość niekiedy głupia.” s. 43-44

W Paryżu zorientowałem się, że mam niepokojącą lukę dotyczącą tej epoki: przez rok zaczytywałem się monografiami z dziedziny mediewistyki. Uzupełniałem wykształcenie, bo nagle zrozumiałem, że to takie głupie i prostackie lenistwo i zaniechanie. Każdy historyk musi przez to przejść – bez znajomości średniowiecza nie jest profesjonalistą, niewiele rozumie z tego czym się zajmuje” s. 65

Kobiecość to nie tylko uroda twarzy , ale także sposób chodzenia, poruszania się, sposób mówienia, cały wdzięk – to bardzo trudno ocenić; klasyczne pytanie „czy pan woli brunetki, czy blondynki: jest pytaniem idiotów do idiotów, bo to nie na tym polega” s. 130-131

i na koniec anegdota przy której zaśmiewałem się do łez :D :

Historia z profesorem [Stefanem] Kieniewiczem zdarzyła się kiedy Adam szykował się do kolokwium habilitacyjnego. Zadzwoniłem do niego na kilka godzin przed kolokwium i powiedziałem: – Dzień dobry, panie docencie. Na co mi Adam powiedział: – Uspokój się, nie mów do mnie „panie docencie”, bo mi to przyniesie pecha. Po godzinie odbieram telefon. Dzwoni Adam i pyta: – Słuchaj, czy ty dzwoniłeś do mnie? Ja mówię: – Nie, to nie ja. Po drugiej stronie słyszę przerażone: – O, cholera.
- Słuchaj – Mówi Adam – przed chwilą był telefon i ktoś powiedział „Dzień dobry, panie docencie, mówi Stefan” Ja już nie słuchałem dalej, tylko wrzasnąłem – Odpierdol się, przecież już ci mówiłem. I rzuciłem słuchawkę. Byłem przekonany że to ty…
Widocznie musiałem przekonujący w zaprzeczeniach, bo Adam spytał z przerażeniem: – A jak myślisz, kto to mógł być? Czy masz jakiś pomysł? Mówię: – A jak powiedział „Dzień dobry”?. Czy wymawiał poprawnie „r”? Jaki miał głos?
Jednym słowem – wyszło na to, że dzwonił do niego profesor Kieniewicz, zresztą jeden z recenzentów rozprawy habilitacyjnej. Tyle tylko że nie zdążył się do końca przedstawić kiedy usłyszał, że ma się odpierdolić… Adam wpadł w histerię, w końcu było to tuż przed kolokwium.
” S. 223-224.