Niedziela bibliotekarza

W niedzielę bibliotekarze nie pracują…ale nadal nieustannie knują jak przejąć władzę nad światem, zdominować Pudelka i zagarnąć stanowisko sekretarza generalnego nato. A co na to nato? Na to nie ma odpowiedzi. Bibliotekarze są o krok bliżej od dominacji nad światem.

Podobno za oceanem biblioteki z jednej strony przeżywają finansowy kryzys, ale z drugiej ma miejsce wielki najazd użytkowników, którzy tnąc wydatki na kulturę coraz częściej wypożyczają książki niż je kupować i wypożyczają filmy niż chodzą na nie do kina. Poza tym darmowy net w bibliotece pozwala szukać pracy. To za oceanem. A u nas po staremu.

Nie żeby bibliotekarz w pracy się nudził, ale czasem w drodze z książką w ręce od półki do klienta, pojawia się myśl. Bibliotekarz zamyśla się i już wie co ożywiłoby wokół niego rzeczywistość, wyrwało go z monotonii.

Rzeźba.

Taka jak ta. Wiosenna lub z książki SF:

A tu rzeźba na której biblioteka wymiotuje książkami :)

Największe wrażenie robi na mnie jednak rzeźba z Biblioteki Mijeskiej w Pradze. Majstersztyk.

O wiele więcej przykładów rzeźb z wykorzystaniem książek znajdzieie w serwisie Flickr

W teatrze

W sobotę udałem się do teatru. Po długiej przerwie. Po raz pierwszy na „offową” scenę Margines w Teatrze im. Sterfana Jaracza w Olsztynie. Wybraliśmy, a w sumie wybrany został,  spektakl Hotel Palace w reż. Cezarego Ilczyny.  Był to ostatni pokaz, przedstawienie spadało z afisza.I dobrze, że spadło.

Bez ogródek, moje wrażenia są jednoznacznie negatywne. Humor z założenie mający kojarzyć się z absurdalnym Monty’m, tutaj zapośredniczony od francuskiego pierwowzoru Hotelu Palace, który powstał w latach 70 jako rewiowy show kabaretowy, w wydaniu jaraczowskim jest niestrawny. To co dla francuskiej klasy średniej w latach 70 mogło być śmieszne, nie jest dla dzisiejszego widza w postaci mojej. Choć na sali śmiech słychać było co chwilę i to w natężeniu świadczącym o wielkiej radości i admiracji na wyczynów aktorskich, to jakoś nie mogłem uchwycić w spektaklu nic wykraczającego poza banalne gagi. Gdzieniegdzie zdarzyło się błysk dobrego humoru, jednak wynikał on bardziej z indywidualnej inwencji i interpretacji roi niż z samego przedstawienia. Ogólnie to oglądałem z zażenowaniem. Dzięki bogom ja byłem ostatnim który się męczył. Zdjęli je.

Teraz inna kwestia bo coś mi tutaj śmierdzi. Śmierdzi w teatrze. Nie wiem czy to ogólny trend czy tylko olsztyński teatr podaje się jednemu z najbardziej niepokojących nurtów w kulturze i sztuce XXI wieku. TABLOIDYZACJI. Repertuar przechodzi na miekką papkę, bardziej na pseudo musicalowe przedstawienia o lekkiej, kabareowej tematyce niż poważne, poruszające egzystencjalne tematy sztuki. Dla zarobku? Dla publiki? Nie wiem. To wymaga głębszej obserwacji. Nie wiem jak jest w innych miastach, ale podobne głosy słyszałem ostatnio odnośnie Teatru Polonia Krystyny Jandy. Podejrzewam, że gdzie indziej nie jest wcale lepiej.

A u „nas” offowa scena przeznaczona początkowa dla celów eksperymentów, na której mieli wyszumieć się młodzi, żądni niecodziennych drażniących tematów „młodzi”  połknięta została przez Komercję. I nawet jeśli to tylko wybryk , to takich rzeczy się potem nie zapomina. I smrodek zostaje…

Powoływanie się przy okazji spektaklu Hotel Palace na humor Monty Pythona uznaję za całkowite nieporozumienie. Tutaj jest raczej prymitywny wieśniacki żart w stylu serialu „Allo, Allo”. Francuzi, miałem po raz kolejny co do nich rację, nie mają zbyt wiele do wniesienia w kulturze współczesnej. Amen.

polecam krytyczną recenzję: