Stefan Meller – ostatni tom…

Skończyłem czytać drugi tom pamiętników Stefana Mellera [ o pierwszym tomie pisałem niedawno].

Co mnie urzekło w lekturze tej książki to wiedza i doświadczenie, które Meller przekazuje nam za pomocą swoich opowiadań. Nie jest to jednak wiedza o jakimś konkretnym zagadnieniu, a po prostu wskazówki o tym jak żyć i jak ze swojego życia być zadowolonym. Co jest ważne a co jest na prawdę ważne ze wszystkich wartości. Pokazuje jak powinno dokonywać się wyborów i jak ponosić za nie konsekwencje; że najgorsze to nie umieć być za siebie samego odpowiedzialnym, że na każdym z nas ciaży odpowiedzialność wobec otoczenia, ale przede wszytkim samego siebie, tak aby na końcu nie musieć się wstydzić.

Stefan Meller odszedł. Zmarł po cichu, w wieku przedwczesnym, chyba jednak w wielu kwestiach spełniony. Tak czułem czytając jego wspomnienia.  Chciałbym, szczerze, osiągnąć spełnienie w tak wielu płaszczyznach w swoim życiu. NIeczego nie żałować, wszystkiego próbować i mieć odwagę oraz uśmiech, taki jaki zawsze miał pan Stefan.

Meller bardzo lubił ludzi, miał do nich słabość, a zarazem potrafił ich sobie zjednywać momentalnie. Począwszy od wszechwładnego demokratycznego cara Putina po zakonnice, których uczył języków… miał wielką moc w tej materii. Opowiadał też o nich w sposób fenomenalny czym od razy zdradzał wielkie umiłowanie gatunku ludzkiego. Obojętnie czy był to kolega ze studiów, irytujący urzędnik z  epoki PRL czy któryś z jego przyjaciół. O nikim nie wyrażał się w sposób jednoznacznei negatywny, każdemu dawał szansę i szukał jakiejś głębi. Miał wiele taktu i kultury, nie wylewał żółci, nie rzucał nazwiskami, nie opowiadał szczegółów, które mogły by komuś – nawet nieprzychylnej mu osobie – zaszkodzić. Takie maiła zasady, taką miał kulturę osobistą.

Stefan Meller umierający, jak piszą jego przyjaciele jeszcze szarpał się kilka razy pomiędzy życiem i śmiercią, żył nikłą nadzieją, lecz chyba z godnością umiał poddać się temu nieuniknionemu. Chyba nie miał żalu.  Nie przelewał swojego bólu i lęku na papier, nie chciał pisać o umieraniu, chciał pisać o życiu i do ostatnich stron o swojej chorobie wspominał zdawkowo. Michałowi Komarowi, spisującemu wywaid-rzekę jeszcze na krótko przed śmiercią mówił że kiedy będzie dobierał on zdjęćia do drugiego tomu, niech wybiera jak najweselsze, nie chce żadnego smutactwa. Wiedział ze umiera, chyba po prostu nie chciał tworzyć martyrologii, która zaciemniłaby by wówczas ważniejsze przesłanie jakie w obu tomach starał się przekazać. Żyć trzeba odważnie, kochać każdą chwile i każdego przyjaciela, walczyć z losem kiedy można, zatrzymać się z pokorą kiedy nadejdzie nasz czas. Tak zrozumiałem. Ostanie strony i dodatkowe wypowiedzi Mellera na końcu były dla mnie najtrudniejsze.  Po tylu setkach stron czułem się jednak już jakos związany z panem ambasadorem. Zacząłem go podziwiać.

Jako historyk i humanista, Meller otworzył mi oczy na wiele spraw bardzo ważnych. Że wykształcenie to nie cel ale narzędzie, którego trzeba używać z radością. Że historia to sztuka, nie nauka. Że wiedza bez inteligencji to tylko ciężar, a bez wychowania nie znaczy nic.  Czytając – przysłuchując się jego opowieściom z czasów ambasadorkich, czy wcześniejszych, wydaje mi się że choć trochę poznałem rolę humanisty w świecie którą pokazuje w sposób wyśmienity – jako spoiwo i łącznik. Może to jest właśnie ten cel którego szukałem ostanio i miejsce jakie świat wyznaczył dla nauk humanistycznych. Toichę podnosi mnie to na duchu po ostatnich tygodniach przychodzących i odchodzących wątpliwości…

Co podobało mi się w drugim tomie – umiejętność dostosowanie narracji do spraw omawianych w teksćie. Jest to książka zdecydowanie poważniejsza. Chyba bardziej filozoficzna i o wiele więcej można się z niej nauczyć niż z pierwszego tomu.

Chce sie uczyć całe życie i kiedy nadejdzie odpowiedni moment nie żywić do nikogo urazy i kochać wszystkich którzy na to zasługują. Plan minimum.

Polecam najgoręcej – Świat według Stefana Mellera. Tom 2: życie i polityka: ku przyszłości.

Świat według Stefana Mellera

Przed kilkoma dniami pochłonąłem (bo inaczej tego nazwać nie mogę) książkę pt: Świat według Mellera. Jest to zapis wspomnień Stefana Mellera zebranych podczas rozmów z Michałem Komarem.

Stefan Meller, historyk, pisarz, polityk, minister spraw zagranicznych, zmarł niestety ledwie doczekawszy pojawienia się swoich wspomnień. Odkryłem go dopiero dzięki tej książce i to odkryłem go jako człowieka oraz historyka. Zawsze wesołego, pogodnego, starającego się przetrzymać liczne przeciwności jakie los rzucał mu pod nogi – czy to oskarżenia i pomówienia w roku 1968, czy to długoletni całkowity zakaz pracy w zawodzie, czy inne przeszkody na życiowej drodze. Stefan Meller, jak dowiadujemy sie z jego wspomnień, nawet w najczarniejszych czasach potrafił się dobrze bawić, robić żarty i żyć… bo co innego miał w sumie robić.

Nie jest o jednak tylko zapis jego figli i psot. Znajdujemy w książce wiele wspomnień dotyczących poważnych spraw oraz przemyśleń dojrzałego, doświadczonego mężczyzny. Jest też charakterystyka ówczesnego środowiska inteligencko-historycznego Warszawy, kręgu przyjaciół i znajomych którzy jakoś sobie radzili w tych realiach. Świetne historie z czasów studenckich, interesujące opowieści o legendarnych dziś postaciach – historykach UW,

Książkę czytałem jednym tchem, zarówno dlatego, że jest dobrze napisana (w końcu to wypowiedz człowieka będącego znakomitym mówcą), jak i dlatego że ogromnie wciągnęła mnie jej atmosfera oraz ludzie w niej wspominani. Polecam książkę wszystkim, w szczególności historykom, zaręczam że można zarówno uśmiać się do łez, jak i przeczytać wiele mądrych słów. Ogromnie cieszę się że mogłem poznać tego człowieka.

Poniżej pokuszę się o kilka ciekawych z licznych cytatów jakie wynotowałem sobie ze wspomnień Mellera:

Po latach kiedy, dojeżdżałem do Białegostoku, była nią [szczepionką przeciwko protekcjonalnemu traktowaniu ludzi z innych środowisk] i samo miasto i ludzie z zupełnie innych środowisk, których tam spotykałem, ale przede wszystkim – pociąg (zwłaszcza osobowy) Warszawa-Białystok. To powinna być właściwie obowiązkowa lekcja dla osób interesujących się polityką i problemami społecznymi: pociąg fenomenalnie weryfikuje wszystkie, nawet teoretycznie nadzwyczaj szlachetne pomysły. Daje dar oglądu rzeczywistości. Nawet jeśli jest to rzeczywistość niekiedy głupia.” s. 43-44

W Paryżu zorientowałem się, że mam niepokojącą lukę dotyczącą tej epoki: przez rok zaczytywałem się monografiami z dziedziny mediewistyki. Uzupełniałem wykształcenie, bo nagle zrozumiałem, że to takie głupie i prostackie lenistwo i zaniechanie. Każdy historyk musi przez to przejść – bez znajomości średniowiecza nie jest profesjonalistą, niewiele rozumie z tego czym się zajmuje” s. 65

Kobiecość to nie tylko uroda twarzy , ale także sposób chodzenia, poruszania się, sposób mówienia, cały wdzięk – to bardzo trudno ocenić; klasyczne pytanie „czy pan woli brunetki, czy blondynki: jest pytaniem idiotów do idiotów, bo to nie na tym polega” s. 130-131

i na koniec anegdota przy której zaśmiewałem się do łez :D :

Historia z profesorem [Stefanem] Kieniewiczem zdarzyła się kiedy Adam szykował się do kolokwium habilitacyjnego. Zadzwoniłem do niego na kilka godzin przed kolokwium i powiedziałem: – Dzień dobry, panie docencie. Na co mi Adam powiedział: – Uspokój się, nie mów do mnie „panie docencie”, bo mi to przyniesie pecha. Po godzinie odbieram telefon. Dzwoni Adam i pyta: – Słuchaj, czy ty dzwoniłeś do mnie? Ja mówię: – Nie, to nie ja. Po drugiej stronie słyszę przerażone: – O, cholera.
- Słuchaj – Mówi Adam – przed chwilą był telefon i ktoś powiedział „Dzień dobry, panie docencie, mówi Stefan” Ja już nie słuchałem dalej, tylko wrzasnąłem – Odpierdol się, przecież już ci mówiłem. I rzuciłem słuchawkę. Byłem przekonany że to ty…
Widocznie musiałem przekonujący w zaprzeczeniach, bo Adam spytał z przerażeniem: – A jak myślisz, kto to mógł być? Czy masz jakiś pomysł? Mówię: – A jak powiedział „Dzień dobry”?. Czy wymawiał poprawnie „r”? Jaki miał głos?
Jednym słowem – wyszło na to, że dzwonił do niego profesor Kieniewicz, zresztą jeden z recenzentów rozprawy habilitacyjnej. Tyle tylko że nie zdążył się do końca przedstawić kiedy usłyszał, że ma się odpierdolić… Adam wpadł w histerię, w końcu było to tuż przed kolokwium.
” S. 223-224.