Deszczowa pogoda nie oznacza wyłącznie kałuż, przemokniętych ubrań i złych skojarzeń ze zmarnowanymi wakacjami. Czasem deszczowa pogoda po prostu mnie cieszy. Kiedy pada deszcz nie mam wymówki i muszę siedzieć w domu. Na bok trzeba odłożyć wszelkie prace domowe, na bok idzie nieporąbane drewno i niewywiezione zielsko z ogródka w rdzewiejącej na deszczu taczce. Na bok wszelkie rozpraszające człowieka (w tym przypadku mnie) codzienne drobne, ale za to jak irytujące (przynajmniej mnie!) obowiązki. Kiedy za oknem pada mogę siedzieć i czytać. Lub pisać. Lub oglądać filmy. Mogę wówczas robić wszystko to co jest wyłącznie przyjemnością ducha, nie wymaga angażowanie w to rąk, nóg, żadnych partii mięśni.
Ale kiedyś w końcu padać przestaje. Wychodzi słońce. Taczka wysycha, a nowe zielsko zaczyna rosnąć ze zdwojoną siłą by znaleźć w końcu swoje miejsce we wspomnianej taczce. I nie ma tutaj chyba co żałować żadnej z kropli deszczu, dzięki którym mogłem zanurzyć się w ocean intelektualnej rozpusty. Mogę wyjść ze swojego leża i poruszać się, rozprostować kości i wyprężyć wątłe mięśnie nałogowego humanisty.
I za to trzeba chyba doceniać naturę, że czasem myśli za nas.
Wiosna- pojawiły się wczoraj u mnie bociany, dziś muchy, a ja czuje się naładowany pozytywną energią… Wszystko jest proste, wszystko jest piękne, ze wszystkim sobie poradzę. Wiosna. Darmowa energia po długiej porze ciemności (bo zimą tego nazwać nie można), którą pochłaniam nie wiem kiedy i nie wiem jak, działa na mnie niczym narkotyk. Jestem na najprawdziwszym naturalnym haju. Wiosna plus trochę pracy w to włożonej. Magisterka napisana, praca załatwiona, słońce świeci, ktoś mnie kocha, ja kogoś kocham. Co więcej chcieć?