Tomasz Lem – Awantury na tle powszechnego ciążenia

http://www.empik.com/b/o/8e/43/8e4349208c9c2418b11d7e3a698204a3.jpg

Szukając w księgarni świątecznych prezentów trafiłem na całą kupę książek, jak to bywa w tym dziwnym świecie, które sam chciałbym dostać pod choinkę, a których ostatecznie nie dostałem… Jedną z nich były wspomnienia o Stanisławie Lemie napisane przez jego syna Tomasza pt. „Awantury na tle powszechnego ciążenia” (Wydawnictwo Literackie 2009). Człowiek jednak nie na darmo pracuje w bibliotece, więc wypożyczyłem sobie kniżkę na posylwestrony lazy-weekend.  Nie za długa – ok 260 stron, ładnie wydana, no i najważniejsze jak się okazało – bardzo ciekawa.

O Lemie napisano już wiele, zarówno od strony opracowań naukowych jak i tzw „wywiadów rzek” (dwie takie pseudo-biografie pochodzą z lat 2002 i 2007… o ile się nie mylę bo sprawdzać mi się tego nie chce). Teraz kilka nowych cegiełek do obrazu klasyka sf dołożył jego syn, tworząc opowieść o ojcu literacie i synu literata. Nie ma tam jednak sensacji w stylu młodego Olbrychskiego, nie jest to także pean na cześć sławnego Polaka. Fajna, czasami anegdotyczna, opowieść syna o ojcu. Sporo o tym jak to jest dorastać przy ojcu z wielką wyobraźnią. Dowiedziałem się z niej m. in. o tym że Lem senior był szalonym kierowcą i wielkim pasjonatem aut. I na całą grubą książkę tylko kilka zdań o tym jak to jest być synem sławnego ojca. Na szczęście.

Continue reading

Na srebrnym globie [1976-1988] reż. Andrzej Żuławski

Wydawnictwo kanału filmowego Kino Polska wydaje niezwykle ciekawe reżyserskie pakiety w serii Arcydzieła Polskiego Kina. Miałem możliwość obejrzeć niedawno pochodzący z tej kolekcji film Andrzeja Żuławskiego (jeden z trzech w pakiecie) pod tytułem: Na srebrnym globie. Obraz niezwykły i ciekawy… także ze względów pozafilmowych.

Obraz ten jest ekranizacją prozy Jerzego Żuławskiego, znanego literata, fantasty młodopolskiego. Jest on ni mniej ni więcej tylko stryjecznym dziadkiem reżysera obrazu Andrzeja Żuławskiego. Powierzenie nakręcenia fantastycznej superprodukcji władze PRL, poza światową renomą i umiejętnościami, powierzyły mu między innymi także z tego względu.

Fabuła dla osób, które nie czytały trylogii Żuławskiego (Jerzego), czego ja niestety także o ile mnie pamięć czyni nie zrobiłem, jest dość trudna do streszczenia. W kilku słowach opiera się jednak na tym że prymitywni mieszkańcy ziemiopodonej planety znajdują kawałek żelastwa, który postanawiają dostarczyć rezydującym w jakimś rodzaju stacji nasłuchowej traktowanym jak bóstwa kosmonautom. Ci po odcyfrowaniu zapisanych w pamięci, jak się okazało, prymitywnej sondy, obrazów odnajdują pamiętnik z nieudanej ekspedycji kolonizacyjnej. Akcja przenosi się na opisywaną w pamiętniku planetę. Jest ona surowa, pusta i spowita w dziwnym granatowo-szarym blasku. Tam też po rozbiciu się statku muszą starać się przeżyć kosmonauci rozbitkowie. Jeden z pośród tych którzy przeżyli umiera w trakcie podróży, zaś pozostała trójka: kobieta i dwóch mężczyzn, zakładają osiedle i próbują żyć. Stopniowo rodzą im się dzieci, które są zaczątkiem kolejnych pokoleń. Ulegają oni jednak stopniowemu dziczeniu, stając się prymitywną kulturą plemienną.

Na tym zakończę opis fabuły, żeby ustrzec się spoilerów. Od strony technicznej film jest wykonany bardzo ciekawie jak na koniec lat 70tych. Jest to chyba najwcześniejszy znany mi przykład obrazu kręconego w dużej mierze „z ręki” widzimy charakterystyczne rozbiegane ruchy kamery, patrzymy z punktu widzenia coraz to innego bohatera. Właściwie to patrzymy z punktu widzenia ich osobistych kamer rejestrujących wyprawę.  Na prawdę robi wrażenie, jeśli przypomnimy sobie nudne i sztywne produkcje z tamtego okresu . Tutaj mamy zaś nowatorskiego reżysera, który nie boi się zastosować nowatorskich metod. Oprócz kamery z ręki, mamy więc jeszcze ów dziwny filtr koloryzujący życie na obcej plancie i bardzo udanie imitujący światło obcej gwiazdy. Mamy też ekspresyjne role, najeżony emocjami i wręcz opętańczy styl gry, co jest najczęściej pojawiającym się określeniem wobec sposobu kierowania aktorami przez Żuławskiego. Wszystko robi fenomenalne wrażenie. Szczerze nie chce się wierzyć, że coś takiego można było wówczas kręcić w mainstreamie.

Można było, jednak jak się okazało w trakcie realizacji, do pewnego tylko czasu. Film po dwóch latach kręcenia, w momencie zakończenia 3/4 zdjęć, został nagle zablokowany. Odgórnym nakazem ówczesnego ministra kultury Janusza Wilhelmi wstrzymano wszelkie prace zaś dekoracje i kostiumy, które zostały już wówczas przygotowane do końcowych scen, skazano na zniszczenie. Zarzutem była olbrzymia kosztochłonność produkcji, rujnująca polski przemysł filmowy. Po latach mit ten wciąż stara się obalać sam reżyser filmu, który opisuje, chałupnicze wręcz metody jakimi realizowano tą superprodukcję SF.  Władza dopięła jednak swego i film pozostał niedokończony. Jedynie cudem ocalał dekadę po której Żuławski w miejsce scen brakujących dokręcił sceny z wizerunkiem warszawy oraz swoim głosem tłumaczącym co powinno się znaleźć w danym momencie.

Na tym zakończę rozpisywanie się bo o perypetiach tego ciekawego filmu można by wiele opowiadać.  Na koniec pozostaje więc podzielić się moimi refleksjami osobistymi. Film „Na srebrnym globie” jest niezwykle ciekawym przykładem zmarnowanych szans. Genialne kostiumy, realistyczna gra aktorska, świetna scenografia, której pozazdrościć mógłby nawet Kubrick. Pięknie i sugestywnie wykreowany świat. Jednym słowem film wyprzedzający swoją epokę. Z drugiej strony w warstwie tekstowej trudny, bardzo symboliczny, wręcz filozofujący. Niestety nie wiemy jak wyglądałby on w momencie gdyby udało się go dokończyć. Być może brakujące sceny spięły by go klamrą, która trochę wyprostowałaby jego zawiłości. Wersja końcowa dzięki współczesnym dokrętkom i komentarzowi uzyskała niezwykle ciekawy klimat zarazem filmu SF, jak i dokumentu odsłaniającego proces twórczy. Doskonały przykład na to że proces twórczy trwa do ostatniego momentu, do ostatniego tknięcia dzieła przez artystę. Dopiero wtedy możemy powiedzieć czym jest jego dzieło. W przypadku tego filmu zostało to sztucznie przerwane. Pomimo iż jest to film długi i momentami nużący, wywodzący na manowce i dezorientujący widza, to uważa, że koniecznie trzeba go obejrzeć. Obowiązkowa misja dla każdego filmofila.

[fragment filmu]

httpv://www.youtube.com/watch?v=YhMu149W6V4

Dla tych co już bedą oglądać: Pierwsza scena i kostiumy pierwszych dzikusów, moim zdaniem arcydzieło. Na tle innych, także zagranicznych filmów SF z podgatunku społeczno-filozoficznego film „Na srebrnym globie” zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie. Jest to zdecydowanie jednocześnie film SF, jak  artystyczny, może wręcz eksperymentalny. Ciekawi mnie odbiór go na zachodzie…

Szybka aktualizacja: Na zachodzie jak sprawdziłem w IMDb odbiór filmu bardzo dobry. Ogólnie przewija się porównanie, że pewnie w tym stylu wyglądałaby nie zrealizowana nigdy przez Jodorowsky’ego Diuna.

Polecam: szersze opracowanie na temat filmu Na srebrnym globie w serwisie Film Polski. Na prawdę warto sięgnąć do jego lektury. Bardzo.

10%, 8%, mniej niż 4% … 38 %!!!

Przytoczone w tytule wartości procentowe wyznaczają moje miejsce na rynku książki. Tak wskazują badania czytelnictwa przeprowadzone przez Bibliotekę Narodową w 2008 roku.

Wyniki są smutne, a jednocześnie pocieszające. Smutne – wiadomo – mało czytają, mało kupują, ogólnie nie ma czym się cieszyć. Pocieszające – dla moich zdolności obserwacyjnych – nie jest z nimi tak źle, ponieważ już z własnych spostrzeżeń, bez czytania raportu wiedziałem że jest niedobrze.

Przechodząc więc do analizy procentów z nagłówka. Zacznę od tyłu.

mniej niż 4% – tyle osób kupuje rocznie więcej niż 12 książek rocznie

8% - to ci z tych co jak kupują to kupują literaturę tzw. Fantastykę ( czyli po naszemu SF i Fantasy)

10% – ci co czytają Fantastykę

Te liczby dotyczą mnie samego. Utożsamiam się z każdą z tych liczb i jeszcze z wieloma innymi z wspomnianego raportu.  Najgorsza wiadomość pozostawiona na sam koniec. Uwaga słuchać i się wstydzić narodzie:

TYLKO 38 % POLAKÓW MIAŁO STYCZNOŚĆ W CIĄGU ROKU Z JAKĄKOLWIEK KSIĄŻKĄ. Co oznacza jest wynikiem najgorszym w historii prowadzenia tych badań (od ponad 15 lat).

Shame on you!

Raport do pobrania ze strony BN : [KLIK]

Kiedy nadejdzie ciepły deszcz

W literaturze science-fiction ciężko o dobrą poezję.  Autorzy zazwyczaj unikają jej wprowadzenia. Ale czasem jak już wrzucą coś to robi zazwyczaj wrażenie. Kiedyś pisałem o wierszu w opowiadaniu Requiem – Heinleina. Dziś o wierszu z opowiadania Raya Bradburego:

There Will Come Soft Rains

There will come soft rains and the smell of the ground,
And swallows circling with their shimmering sound;

And frogs in the pools singing at night,
And wild plum-trees in tremulous white;

Robins will wear their feathery fire
Whistling their whims on a low fence-wire;

And not one will know of the war, not one
Will care at last when it is done.

Not one would mind, neither bird nor tree
If mankind perished utterly;

And Spring herself, when she woke at dawn,
Would scarcely know that we were gone.

Autorką wiersza była Sara Teasdale. Wiersz powstał około 1920 roku. Wymowa jego jest wyraźnie pesymistyczno-pacyfistyczna w otoczce snu. Powstał po doświadczeniach I Wojny Światowej i doskonale [niestety] wpisuje się w klimat kolejnych, a najlepiej opisuje tę ostatnią, która dopiero nadejdzie i zakończy wszystkie inne.  Wiersz ma piękny rytm i nostalgiczną nutę…

… bo świat bez nas będzie się toczył dalej.

Opowiadanie Bradburego doczekało się UWAGA radzieckiej ekranizacji. I to ekranizacji na świetnym poziomie… co jak co, ale pod cenzurą udało się czasem coś stworzyć. Radzieccy władcy chylącego się ku upadkowi imperium pozwalali głosić antynuklearną propagandę… bo mieli mniej bomb :) Ale wrażenia estetyczne genialne. Ruscy mają talent do SF:

Будет ласковый дождь

httpv://www.youtube.com/watch?v=t113Z3BBPP8&feature=related

materiały bonusowe:

Mega bonusem jest coś całkowicie przerażającego- maska gazowa dla dzieci stylizowana na Myszkę Miki wyprodukowana w latach 40tych. Jak z mrocznych horrorów.

Formica must die

Jest nowa piosenka zespołu Prodigy „Invaders must die”.

Może nawet sami o tym nie wiedzą, ale nakręcili teledysk do książki Janusza Zajdla „Wyjście z cienia”. Książka opowiada [spoiler] o świecie opanowanym przez mrówki, rządzące z ukrycia nieświadomą niczego ludzkością, która nie wie że to właśnie one kryją się za maszynami obcych i w ich wnętrzach. Jedynie niewielkie podziemie stara się walczyć i badać sprawę najeźdźców. Ludzie kontra formica rubra.

Piosenka bardzo fajnie wpisuje się w klimat książki.

httpv://www.youtube.com/watch?v=EiqFcc_l_Kk

czemu SF

Literatura to piękny wynalazek ludzkości. Występuje w niezliczonym bogactwie gatunków, podgatunków, nurtów, stylów oraz form pisarskich. Wśród tego bogactwa każdy odnajduje coś dla siebie, upatruje sobie jeden lub kilka gatunków, które szczególnie są mu miłe. Podobnie jest z filmami. Podobnie też np. z gatunkami ciast, które smakują nam bardziej niż inne. Po prostu.

Od tego miejsca mojego wywodu zacznę podpierać się swoim własnym przykładem. Jestem człowiekiem, który według ogólnych standardów można powiedzieć iż czyta dość dużo – cztery, pięć książek miesięcznie to wynik, który mogę uznać za moją średnią. Czytam przeważnie dla przyjemności, czasem z potrzeby, czasem dla zabicia nudy. Wszystko do tego momentu wydawałoby się raczej ok. średniio mogę policzyć iż dwie lub trzy ksiażki z tych przeczytanych w miesiącyu to literatur sceinece fiction. Wiele znajomych osób reaguje bardzo dziwnie kiedy po tym jak mi zadadzą to kurtuazyjne pytanie „co czytasz”, pokazuje im moją książkę. Reagują dziwnie, jednak zgodnie z tym o zaczerpnęli z naszej kultury.

SF to moim zdaniem jeden z ciekawszych i bardziej inteligentnych nurtów literackich (jednak „de gustibus…”). Jednocześnie bardzo nie doceniany i „poniżany” wobec np przeintelektualizowanej prozy poetyckiej i awangardowej, tak wychwalanej przez krytyków. Jako nurt SF ukształtował się ostatecznie nie licząc prekursorów) w latach przed II wojną światową, jednak największe lata rozkwitu uważam, iż są to lata 40te (amerykańscy klasycy) oraz 50te (literatura związana z atomem i powojennym boomem technologicznym). Można więc powiedzieć, że literatura SF ma już prawie 100 lat i nadal trzyma się bardzo mocno. Co ciekawe wiele innych gatunków podupada mocno lub całkowicie zanika po jakimś czasie.

SF często łączone jest i porównywane z nurtem Fantasy. Uważam to za całkowicie bezsensowne. Ponadto krzywdzące dla SF, jako całkowicie odmiennego kierunku rozwoju i często także innej jakości. Moim wrażeniem po kilku(nasto)letniej przygodzie z fantasy, od czasów podstawówki do liceum i może jeszcze dalej, to jedno ciągłe skojarzenie z literaturą przygodową. Naturalnie trafiają się tacy geniusze jak Tolkien czy Tad Williams (najlepsza znana mi seria fantasy „Pamięć Smutek i Cierń”, wyrastająca wysoko ponad poziom, nie wiem czy nie ponad samego Mistrza). Niemniej całe rzesze pisarzy po prostu tworzą literaturę przygodową w pseudo średniowiecznym magicznym klimacie, w sumie składając fabułę z gotowych klocków-schematów. No ale nie mam tu nic przeciw. To wszystko jest jakby powiedzieli anglo-sasi „very entertaining” i chyba nic ponad to.

Za coś całkowicie innego uważam SF. Prozę wybiegającą w całkowicie inne terytoria literackie niż jakiekolwiek fantasy. Czasem mam wrażenie że SF jest jedynie nakładką na tradycyjne gatunki literacie, pewnym przetworzeniem całego spektrum gatunków które zdołał wytworzyć ludzkość. SF zawiera w sobie szeroką gamę literackich wariantów fabularnych – od romansu, poprzez kryminał, do utworu filozoficznego. Jest nakładką, która ułatwia spojrzenie na wiele spraw w całkowicie inny sposób dzięki przeniesieniu rzeczywistych motywów i problemów w odrealnione, obce czytelnikowi otoczenie. Doskonale robił to Lem i bracia Strugaccy i wielu innych klasyków, którzy potrafili zajmować się socjologicznymi problemami społecznymi, demaskować ideologiczne kłamstwa, pokazywać bezsens niektórych naszych działań, a w końcu też testować psychikę ludzką i ją analizować na całkowicie wirtualnych przykładach świata przyszłości.

Jak wszędzie także i w SF, zdarzają się książki lepsze i gorsze, zdarzają się też te całkowicie genialne (np. Diuna, Fundacja). Jedno co zawsze będę bronił i co chętnie udowodnię opornemu osobnikowi na przykładach to to że pisarze SF to ludzie niewyobrażalnie pomysłowi o niewyczerpanej zdawałoby się wyobraźni. Niemniej opinia jest taka że SF to literatura dla nastolatków i pryszczatych informatyków w sweterkach. Bywa, iż pewne postacie zyskują wielce zasłużoną estymę, a w raz nimi podświetlona zostaje ich twórczość nad którą specjaliści się rozpływają. Często powodowane jest to jednak po części pozaliterackimi czynnikami które krytycy uznają za ich zaletę – Philip K. „Wariat” Dick, Stanisław „że też ci zacofańcy zza kurtyny umieją pisać SF” Lem. To co mi się marzy to prawdziwe badania literaturoznawcze nad SF, nie traktujące go jako kuriozum.

Na koniec kilka gorzkich słów. Szczerze przyznaje się że jakoś specjalnie nie afiszuję się moją ogromna i nieustającą fascynacją literaturą SF. Przyzwyczaiłem się że kiedy staram się rzeczowo odpowiedzieć na pytanie „co czytasz” zazwyczaj ludzie już na sama frazę „literatura science fiction” zazwyczaj przestają mnie słuchać. Nie wyjaśniam im więc, po prostu zdawkowo i półgębkiem burknę tytuł i autora, który nic im i tak nie powie i przechodzę do dalszej rozmowy. Drugą bolączką jest to, że niby SF jest literaturą popularną, a jednak ciężko znaleźć mi osobę, z która mógłbym porozmawiać „tak naprawdę” o SF. Może nie jestem wielkim znawcą, ale szczerze mnie to fascynuje. Czasem się czuję jak jakiś niespełniony filatelista, który nie ma komu pokazać swojej kolekcji znaczków, ani z kim się wymienić.

Jeśli wiec tu i teraz czyta mnie ktoś kto także jest wielbicielem SF niech da znać. Jeśli ktoś ma ochotę doedukować się z SF udzielę swojej biblioteki. Jeśli ktoś przeczytał coś ciekawego, lub poszukuje jakiejś książki niech się odezwie.

Stawiam wyzwanie tobie chłopcze, tobie dziewczynko, jeśli twierdzisz że SF to literatura dla dzieciaków chętnie udowodnię ci, że jest inaczej (na przykładach)