Pomiędzy

deszczowe[...]

- Wiesz, powiem ci, że uwielbiam taką pogodę.

- Rozumiem.

- Lubię kiedy niebo zakryte jest takimi ciemno-szarymi, ale nie ołowianymi chmurami, kiedy jeszcze nie pada, a słońce nie ma już siły przedrzeć się przez powłokę chmur. Ten kolor światła i powszechne uczucie senności…. prawie że magiczny klimat. Natura na moment wstrzymuje oddech, a silnik przejeżdżającego samochodu brzmi wyraźnie i przejrzyście, nienaturalnie. Pociągasz nogą po ziemi i wzbijasz tumany kurzu, a w nosie czuć już delikatny, ledwie wyczuwalny zapach deszczu. Tak na kilka minut przed deszczem.

- Ja z kolei lubię już sam moment kiedy uderza pierwsza kropla. Ta, która przedwcześnie wyrwała się przed szereg ulewy. Zawsze musi być taka kropla. Z jednej strony jakby chciała krzyknąć, ostrzec nas „uciekajcie”, a z drugiej spieszy jej się na ziemię, w szalonym pędzie by spełnić jak najlepiej swój los. I wygrywa w wyścigu z innymi kroplami. Taki deszczowy bohater-samobójca….

- hmm… Dziś jednak deszczu mogą się spodziewać jedynie mieszkańcy Północnej i północno wschodniej Polski. Temperatura od 12 stopniu w Suwałkach do 20 we Wrocławiu. Ciśnienie na terenie całego kraju niskie , w ciągu dnia będzie nieznacznie spadać. I to wszystko w dzisiejszej prognozie pogody, oddajemy głos Marcinowi, który przedstawi  teraz najważniejsze wydarzenia sportowe.

- Żegnamy państwa, do usłyszenia.

- Do usłyszenia.

Wyciągnięte z szuflady…

Odkąd pamiętam miałem dziwne przeczucie, że coś się w końcu musi zacząć psuć w naszej cukierkowej globalnej układance polityczno – ekonomicznej. Że to wszystko jest sklecone trochę prowizorycznie, że w końcu musi coś pójść nie tak i wszystko rozpieprzy się tak doszczętnie, że nie będzie już czego zbierać. Zawsze miałem jednak nadzieję, że zdążę jeszcze choć trochę zasmakować luksusu i spokoju zanim nadejdzie czas głodu, śmierci i smutku. Bo zawsze przychodzi w końcu taki czas.

Miałem 24 lata, pracę, narzeczoną, nadwagę i plany zakrojone na najbliższe kilka lat z perspektywą na kilkanaście kolejnych. Miałem też lęki. Lęki i sny. Już sam nie wiem co było gorsze. Bałem się wojny. Bałem się śmierci. Bałem się że będę musiał patrzeć jak giną ludzie. Sny pojawiały się rzadziej, ale były gorsze od wszystkich moich lęków. Na szczęście nauczyłem się je zapominać.

Strzał, przeładuj, strzał, przeładuj, strzał. Pięć razy. Chwila przerwy. Trzeba doładować naboje do sztucera. Najważniejsze jest jak przycelujesz pierwszy raz. Potem już zawsze łatwiej. Pach. Pach. Pach. I w każdej wolnej chwili trzeba pamiętać o pilnowaniu żeby magazynek był pełny. Koniecznie. A poza tym najważniejszy jest spokój. Już nie jeden raz uratował mi skórę. Spokój i trochę szczęścia żeby nie trafić na wędrowne stado. Z pojedynczymi można sobie zawsze poradzić, z watahą już niekoniecznie.

Nikt by nie pomyślał jakie łatwe stało się zabijanie. Także ludzi. Załaduj, przyceluj, wystrzel. Pach i nie żyje. W sumie „nie żyje” nie jest to termin adekwatny do sytuacji, należałoby może powiedzieć „padł”. Pach Pach – padło dwóch. Można by tak prawie cały dzień. Do znudzenia. Na szczęście okazja do postrzelania zdarza się nie tak często żeby się tym zmęczyć. Ale i nie tak rzadko żeby stracić czujność. Przez ostatni tydzień przybyło mi 20 łusek. 15 zabitych. W sumie niezły wynik, choć nocą przez noktowizor celuje się znacznie gorzej. Trzeba było kilka razy poprawiać.

Całe szczęście że udało nam się zbudować mur. Z gruzu, desek, wraków i wszelkiego rodzaju śmieci. Postapokaliptyczna palisada naszej wsi – Festung Woppen. Las dookoła to kolejna palisada, dzięki której jest o niebo spokojniej niż w pozostałych osadach. Z drugiej strony to także przekleństwo. Zamyka nas tak samo jak nas chroni. Ludzie w ciągu dwóch lat nauczyli się czuć bezpiecznie jedynie w chronionych osadach i na pustej przestrzeni gdzie każde niebezpieczeństwo widać jak na dłoni. Przez las podróżuje się tylko w najwyższej konieczności.

Najgorzej jest kiedy wypada służba na polu. 12 godzin na słupie. Niczym pieprzony Szymon słupnik. Tylko, że siedzisz akurat na takim betonowym. W zamontowanej na bezużytecznym już słupie energetycznym budzie z desek i blachy wielkości metr na metr. Nazywamy je M1. Przeważnie M1 wypada raz w tygodniu. A takich mieszkanek mamy w okolicy, poza palisadą, pięć. Każde broni innego pola, choć w sumie w razie większych kłopotów rola słupnika powinna sprowadzać się do walenia w gong i wystrzelenia racy sygnalizacyjnej.

Najgorzej było na samym początku. Do pracy już przestałem jeździć już kilka lat temu. Wszystko się przecież ostatecznie sypnęło, jak po dwóch miesiącach wojny na Kaukazie NATOwcy postanowili unieruchomić przemysł pana Cara Wszechrosji. Ale kogo to tak naprawdę obchodziło, skoro u nas już dawno tzw. surowce strategiczne były na wyłączny użytek państwa. Komu potrzebny kierowca autobusu, kiedy benzyny nie widział nikt od kilku tygodni. Więc siedziałem w domu i próbowałem wiązać koniec z końcem. Życie zgodne z naturą. Wszędzie zaczęto budować nagle wiatraki, w ogniwa fotoelektryczne jakoś nikt nie inwestował, bo to za szybo się psuło i naprawić było strasznie ciężko podobno. Więc prawie każda wioska stała się małą Holandią. Tylko trawy nie paliło się bo nie było za co.

A rowery jak w cenę weszły. Ho ho ho. A jakie rzeczy mogą powstać z połączenia pedału, łańcucha i koła. Nikt by nie pomyślał dopóki trzeba było się za to zabrać z konieczności. „Potrzeba matką wynalazków” powinna stać się dewizą ludzkości. A przynajmniej tej części, która zaskoczona została kryzysem i całym syfem, naszą małą apokalipsą, którą spłacaliśmy w ratach. Trzeci świat, wiele biednych państw w których i tak rzadko widywano samochody poza dużymi miastami, a prąd był widzimisię lokalnych watażków – oni nie zauważyli zasadniczej zmiany jakości życia. To my, „Zachód”, spadliśmy niespodziewanie do niższej ligi – zostaliśmy karnie zdegradowani za oszustwa, przekupstwa i nadużycia wobec świata. Reszta cały czas musiała radzić sobie bez całej sterty elektroniki, włókien węglowych i spieków ceramicznych.

Jak się szybko okazało, cywilizacja to wyjątkowo kruchy twór. Wystarczyło kilka miesięcy epidemii i wszystko rozsypało się w drobny mak. Jak zamek z klocków z którego wystarczy wyciągnąć jeden element a cały od razu wali się w ruinę. Zabrakło środków komunikacji i transportu, zaczęło brakować paliwa i prądu. Państwa porozpadały się z czasem na luźno rozrzucone odizolowane osady, miasta nie utrzymały się bez ciągłych dostaw towarów z prowincji. Kiedy zjedzono konserwy, wszystkie zapasy suchego jedzenia i wszystkie zwierzęta domowe, tysiące ludzi z miast ruszyło na wieś uciekając przed głodem. Zdziesiątkowani przez choroby, głód i ghoule rozleźli się po kraju niczym szarańcza. Zorganizowane gangi, grupy pielgrzymów szukających miejsca na osiedlenie się i zdesperowani uciekinierzy błagający o pomoc.

Broń. Broń to oddzielna historia. Prawdziwy problem. O ile w Stanach kiedyś każdy miał w domu strzelbę, lub co najmniej pistolet, to u nas w Europie broń wcale nie była i nadal nie jest tak dostępna jak mogłoby się wydawać. Naturalnie pistolety mieli np. policjanci i część pozostałych służb mundurowych. Strzelby, sztucery mieli myśliwi. Trochę było broni sportowej. Przeważające część cywili nie miała jednak żadnego, ale to żadnego dostępu do broni palnej. Wojsko broń miało, ale przeważnie w magazynach, skąd szybko rozejść mogła się ona po okolicy. Jednak regiony na których nie było rozmieszczonych jednostek wojskowych pozbawione zostały całkowicie tego źródła dopływu broni. Musiano próbować sobie radzić „tradycyjnymi” metodami. Wiele osób odkryło urok prostej lecz skutecznej broni jaką jest włócznia. Wielu pokochało swoje maczety, domorośli kowale zyskali na popularności i wielu zaczęło nosić przy sobie rożnego rodzaju broń białą. Z czasem uruchomiono lokalne fabryczki prochu, głównie czarnego, najłatwiejszego w przygotowaniu.

Cisza nie jest stanem naturalnym i zawsze powinna być pierwszym sygnałem alarmowym dla każdego podróżnika i trapera. Tego zdążyłem nauczyć się od mojego dziadka kiedy byłem jeszcze mały. Teraz jednak cisza była moim najbliższym przyjacielem. Zdechły wszystkie ptaki, które kiedyś skrzeczały przemykając nad grzywiastymi falami szmaragdowego morza. Tak samo wszystkie zwierzęta pozdychały w przeciągu kilku miesięcy od Zagłady. Ludzie, niektórzy z nas, przetrwali jedynie dzięki temu ze potrafili zakopać się wystarczająco głęboko. W luksusowych norach niczym krety żyliśmy we wnętrzu ziemi.

***

Położył maczetę obok radiostacji i włączył porządnie na pierwszy rzut oka wysłużone już urządzenie. Wiatrak na dachu energicznie obracał się, pędzony zimnym jesiennym wiatrem, dając energię dla żarówki zawieszonej pod sufitem i radiostacji trzeszczącej falami na plastykowym stoliku.

- Tu stacja czwarta, tu stacja czwarta. Melduje się do popołudniowego raportu. Melduje się do popołudniowego raportu – powiedział do słuchawki.

- Witaj Ka…. Jak sytuacja…..cie… – szumy i trzaski zniekształcały cichy przekaz wydobywający się z głośników. – Czwórka meldowała o ruchu od strony drogi E14 w kierunku dawnej jednostki. Wi…. na…ście…. całe stado.

- Dobra, możesz zejść z posterunku, zbieraj chłopaków i ruszaj do jeziora. Cały czas stado pędź przed sobą po prawej.

Koncepcja Zalewskiego

Mechanicznym ruchem złapał za klamkę, jednak na chwilę zawahał się nie mogąc podjąć decyzji czy ma drzwi pchnąć czy pociągnąć. Po chwili przetwarzania danych zdecydował się popchnąć drzwi. Zrobił krok do przodu i znalazł się w jasno oświetlonym pomieszczeniu o wysokim suficie. Blask przemysłowych jarzeniówek był tak silny że musiał przesłonić ręką oczy przyzwyczajone jeszcze do panującego na zewnątrz mroku. Po chwili powolnym ruchem zabrał znad oczu rękę. Był w sporych rozmiarów pomieszczeniu wypełnionym ustawionymi w szeregi półkami. Znajdowały się na nich różne towary w agresywnie kolorowych opakowaniach. Wszystkie one starały się przyciągnąć choć na chwilę jego wzrok. Do tego zostały stworzone. Przyciągnąć wzrok, zmusić do podejścia do półki, a w końcu za pomocą krzykliwych napisów, uśmiechniętych kobiecych twarzy zmusić go do kupienia ich. On nie był jednak w stanie odebrać jakichkolwiek, nawet podświadomych, sygnałów. Aktywne były jedynie te jego funkcje, które niezbędne były do życia i dotarcia do pokoju na odpoczynek. Jedna jedyna tylko myśl kołatała się w jego głowie: „mleko, chleb, ser”

W czasie kilkumetrowej podróży od drzwi jego umysł monotonnie powtarzał: „mleko, chleb, ser, mleko,chleb,ser,mlekochlebsermlekochlebser… Nie były to nawet jego myśli, ale zakodowane w jego umyśle polecenie. Szedł ze spuszczoną lekko głową, nie podnosząc jej o nie miał na to siły. Kierując się zakodowanym gdzieś w głębi umysłu planem sklepu kierował się w kierunku lady. Nie wykonując żadnych zbędnych ruchów, dotarł do blatu. Teraz zmusił swoją się by podnieść głowę i spojrzeć na sprzedawcę. Był to młody hindus w bordowym turbanie na głowie, który był zdecydowanie znudzony swoim zajęciem. Właśnie odkładał gazetę i wlepiał na twarz obowiązkowy uśmiech. Spojrzał na klienta i pytającą podniósł brwi, co zapewne miało znaczyć:
- …czym mogę panu pomóc?
- Poproszę jeden chleb, litr mleka i jeszcze może kostkę sera – odpowiedziałby klient, gdyby miał na to siłę. Tak z jego ust wydobyło się niewyraźne – chleb, mleko i ser.

W czasie gdy sprzedawca poszedł przynieść zamówione produkty klient stał nieruchomo wpatrzony tępo w przestrzeń przed sobą. Nie pozwolił swojej głowie opaść, gdyż ponowne podniesienie jej, kiedy wróci młody hindus, kosztowało by wiele energii której tak bardzo mu brakowało. Rozmazany obraz przed oczami i całkowicie wyłączony mózg powodowały iż nie zauważał nawet upływu czasu jaki spędził przed ladą.

Sprzedawca był już z powrotem i przeciągał zakupy nad czytnikiem. W tym czasie on sięgnął do kieszeni, wyciągnął kartę i przeciągnął ją nad czytnikiem płatności. Dołożył jeszcze swój kciuk i mechanicznym ruchem wykonał akcję odwrotną do niedawno wykonanej. Schował kartę.

Hindus zapakował zakupy do plastykowej torby wręczył ją mu i skinął głową. Mogło to oznaczać „ dziękuję za zrobienie u nas zakupów i dobranoc panu”. Klient przejął od niego ładunek, a nieznaczna zmiana u niego wyrazu twarzy znaczyła zapewne „dziękuję, dobranoc”. Kiedy przejął zakupy od sprzedawcy w ręce zaciążyło mu około dwa kilogramy produktów niezbędnych, aby jego organizm uzupełnił braki energii. Skierował się do wyjścia. W tym czasie mózg odłączył ośrodek mowy i całkowicie oczyścił się z jakichkolwiek zbędnych myśli. Po wykonaniu polecenia chlebmlekoser całą pozostałą energię skierowano na funkcje motoryczne. Prawa ręka w tył, lewa noga w przód, lewa ręka w tył, prawa noga w przód. I tak dalej zgodnie z zakodowanym w umyśle schematem. Jedna część mózgu wychwyciła z podświadomości polecenie. „Dom”. Już inna część mózgu opracowała program dla ciała, które zgodnie z poleceniami w nim zawartymi miało przemieścić się spod sklepu do mieszkania jak najkorzystniejszą trasą, przy jak najkrótszym. Mózg spośród kilku wariantów trasy wybrał ten najbardziej ekonomiczny. I już wprowadził pierwsze polecenia dla kończyn. Biologiczna maszyneria już ruszyła.

Już od jakiegoś czasu wszystkie nasze ośrodki badawcze pracują nad stworzeniem idealnego narzędzia, które potrafiłoby wykonać wszystkie nudne, nieprzyjemne lub uwłaczające ludzkiej godności zadania jakie na swej drodze spotyka człowiek. Nasi naukowcy podążając za nową koncepcją doktora Zalewskiego odnośnie budowy mózgu, opracowała epokowy wynalazek. Zdradzę państwu, że u podstaw naszego projektu legło pytanie: po co starać się podnieść roboty do poziomu inteligencji potrzebnej do samodzielnego podejmowania decyzji. Można przecież do tego stopnia obniżyć zdolności umysłowe człowieka pozbywając się wszelkich zbędnych fragmentów mózgu tak, by stał się on programowalnym narzędziem.
I oto mam przyjemność ogłosić że nasze badania zakończyły się całkowitym sukcesem! Oto przedstawiam państwu pierwszą i najdoskonalszą zarazem generację bio – robotów stworzoną w naszych laboratoriach! Oto Homo Instrumentum lub jak państwo wolą Hl-1

Wikihistoria [by Desmond Warzel]

Odkąd znalazłem to opowiadanie w necie na stronie ABBYS and APPEKS [TUTAJ] po głowie chodziło mi przetłumaczenie go na polski i udostępnienie szerszemu gronu. Na przekład nie otrzymałem zgody autora, nie zrobiłem tego w celach komercyjnych, nie jestem zawodowym tłumaczem [robie takie coś pierwszy raz w sumie], nie trzymałem się w kilku miejscach oryginału, jednak są to zmiany małe oraz nie zmieniające zasadniczego sensu, fabuły ani innych ważnych elementów opowiadania.

WIKIHISTORIA

autor: Desmond Warzel

Miedzynarodowe Stowarzyszenie Podróżników w Czasie: Forum członków; Subforum: Europa – wiek XX – Druga Wojna Światowa

Strona 263

11/15/2104

O 14:52:28, FreedomFighter69 napisał:

Zdaje sprawozdanie z mojej pierwszej wycieczki, odkąd jestem członkiem MSPC: właśnie wróciłem z Berlina w roku 1936, gdzie zająłem miejsce jednego z kamerzystów Leni Riefenstahl i dokonałem zamachu na Adolfa Hitlera podczas otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Niechaj świat cieszy się wolnością!

O 14:57:44, SilverFox316 napisał:

Wrocilem z Berlina w roku 1936; Obezwladnilem FredomFighter69 zanim dokonal swojego wyczynu. FreedomFighter69, jako ze jestes nowym czlonkiem, przeczytaj prosze biuletyn MSPC nr 1147 dotyczacy zabijania Hitlera przed swoja kolejna „wycieczka”. Jesli tego nie zrobisz moze to skutkowac twoim wydaleniem na mocy zarządzenia nr 223.

O 18:06:59, BigChill napisał:

Oszczędź dzieciaka SilverFox316; wszyscy zabijają Hitlera podczas swojego pierwszego wypadu. Ja tak zrobiłem ;]. A z resztą to i tak zostaje naprawione w ciągu kilku minut, więc co to za problem?

O 18:33:10, SilverFox316 napisał:

Latwo ci tak mowic BigChill, o ile mnie pamiec nie myli ty sam nigdy jeszcze nie zglosiles sie by tam wrocic i cos naprawić. Myzlisz ze nie mam nic lepszego do roboty?

11/16/2104

O 10:15:44, JudgeDoom napisał:

Dobre wieści! Właśnie opuściłem okopy we Francji w październiku 1916-tego, gdzie zastrzeliłem młodego bawarskiego posłańca wojskowego o imieniu Adolf Hitler! Nieźle jak na pierwszy raz, co?:D Sic semper tyrannis!


O 10:22:53, SilverFox316 napisał:

Powrocilem z Francji w roku 1916, gdzie w ostatniej sekundzie zapobiegłem przedwczesnej smierci Hitlera z rak JudgeDoom’a i co nieprawdopodobne, powstrzymałem sie takze z trudem od jednoczesnego zastrzelenie JudgeDoom’a, co oszczeddziłoby nam lat poprawiania jego kolejnych blazenstw. LUDZIE PPRZECZYTAJCIE BIULETYN 1147!!!

O 15:41:18, BarracksRoomLawyer napisał:

W kwestii formalnej: tematy dotyczące służby Hitlera w bawarskiej armii powinny znajdować się w dziale dotyczącym I Wojny Światowej.

11/21/2104

O 02:21:30, SneakyPete napisał:

Wiedeń 1907: po licznych próbach, udało mi się dostać do Akademii Sztuk Pięknych i ułatwić przyjęcie Hitlera do tej instytucji. Żegnaj Hitlerze dyktatorze, witaj Hitlerze średnio popularny malarzu krajobrazów! Przyniosłem ze sobą także kilka jego obrazów, znajdą się jacyś kupcy?

O 02:29:17, SilverFox316 napisał:

Zalatwione ;].

Powrocilem wlasnie z Wiednia w 1907-ym, gdzie upewnilem się co do wydalenia Hitlera z Akademii przy pomocy skomplikowanego numeru obejmującego prefekta, koze i pokazną ilosc oliwy… ;] Teraz zwracam się do naszych nowych braci, ktorzy pomimo zachowan sprzecznych z naszymi zasadami, nie maja zamiaru przeczytania Biuletyny 1147 (ani Dodatku: Inne Srodki Zmiany Losu Hitlera – i tutaj pije do ciebie SneakyPete). Pozwole sobie stresci go specjalnie dla ciebie i oszczedzic ci kłopotu czytania go: brak Hitlera oznacza brak Trzeciej Rzeszy, brak II Wojny Swiatowej, brak programu rakietowego, brak elektorniki, brak komputerow, brak podrozy w czasie. Rozumiesz teraz?

O 02:29:49, SilverFox316 napisał:

PS do SneakyPete’a: twoje obrazy Hitlera nie sa nic warte, cwoku, bo najpewniej przywiozłes je tutaj prosto z roku 1907, co znaczy że farba jest nadal swierza. Nie daje rady juz! Co za debile!!!

O 07:55:03, BarracksRoomLawyer napisał:

Amen, SilverFox316. Ja jednakże w kwestii formalnej, dyskusja dotycząca Wiednia na początku XX wieku, powinna znaleźć się w tamtym forum , a nie tutaj. Jest to tutaj zdaje się powracający problem. :)

11/26/2104

O 18:26:18, Jason440953 napisał:

SilverFox316, wydajesz sie wiedzieć dużo o zasadach, więc co mysłiusz o podróży, do powiedzmy, Braunau w Austri do roku 1875 i zabiciu Alojzego Hitlera nim będzie miał okazję zostać ojcem Adolfa? Co ty na to? Pytam tylko z ciekawości, bo już tam byłem i zrobiłem to :P

O 18:42:55, SilverFox316 napisał:

Jason440953, zerknij na rozporządzenie nr. 7, które mowi ze weszystkie zasady MSPC dotyczace postaci historycznych odnosza sie takze ich przodkow. Pisze to dla dobra wszystkich pozostałych, jako ze mlodemu Jasonowi wytłumaczylem juz to odobiscie gdy ciagnalem go za włosy z powrotem z roku 1875. Gdyby ktos wybralby się… powiedzmy do Moline w Illinois, powiedzmy do roku 2080 i zainterweniowal nie dopuszczajac do poczecia Jasona440953. Do mnie taka wizja przemawia. ;]

O 21:19:17, BarracksRoomLawyer napisał:
W kwestii Formalnej: dyskusja o dzięwietnastowiecznej Austri i Illinois w dwudziestym pierwszym wieku powinny znaleźć się w odpowiadaących im forach.

12/01/2104

15:56:41, AsianAvenger napisał:
FreedomFighter69, JudgeDoom, SneakyPete, Jason440953, jesteście bandą zwykłych rasistów. Niechaj światło mej prawości zaświeci nad waszym zapyziałym gniazdem żmij!

O 16:40:17, BigTom44 napisał:
No to sie teraz kurwa zacznie. :/

O 16:58:42, FreedomFighter69 napisał:
Rasistą? Za zabicie Hitlera? WTF?

O 17:12:52, SaucyAussie napisał:
AsianAvenger, chyba nie chcesz przerabiać jeszcze raz tej sprawy z Nagasaki, co? Dopiero co wszyscy zdążyli ochłonąć po twoim ostatnim razie.

O 17:22:37, LadyJustice napisał:
Popieram SaucyAussie. AsianAvenger, bredzisz jeszcze bardziej niż zwykle. Jest w tym jakiś sens?

O 18:56:09, AsianAvenger napisał:
Sens w tym taki, że wszyscy wałkują kwestię, która, nawet jeśli udana, uratowałaby jedynie kilka milionów europejczyków. A przecież nie większym problemem byłaby wyprawa do Fuyuanshui w Chinach do roku 1814 i zabicie Hong Xiuquan, udaremniając Powstanie Tajpingów w połowie XIX wieku i ratując tym samym pięćdziesiąt milionów istnień ludzkich. Lecz co to jest 50 milionów żółtków mniej lub więcej, co nie chłopaki? Mamy przecież Polaków i Francuzów o których trzeba się martwić!

O 19:01:38, LadyJustice napisał:

Więc co cię powstrzymuje od zabicia go AsianAvenger?

O 19:11:43, AsianAvenger napisał:

Tylko po to żeby SilverFox316 pokrzyżował mi plany? Nie warto się wysilać?

O 19:59:23, SilverFox316 napisał:
Jak dla mnie ten pomysl wydaje sie całkiem sensowny, AsianAvenger. Nie widze zadnych problemow z tym zwiazanych.

O 20:07:25, Big Chill napisał:
Dawaj chłopie!

O 20:11:31, AsianAvenger napisał:
Dobrze więc. Powrócę dosłownie za moment jako zbawca milionów!

O 20:14:17, LadyJustice napisał:
Właśnie sprawdziłem linie czasu, gratuluje ci sukcesu AsianAvenger!

12/02/2104

O 10:52:53, LadyJustice napisał:
AsianAvenger?

O 11:41:40, SilverFox316 napisał:
AsianAvenger, potrzebujemy twojego raportu, kolego.

O 17:15:32, SilverFox316 napisał:
Dobra, wyglada na to ze AsianAvenger był potomkiem Hong Xiuquan :/. Jacys ochotnicy zeby wrocic tam i powstrzymac go od zniszczenia jego wlasnej egzystencji?

12/10/2104

O 09:14:44, SilverFox316 napisał:
Ktokolwiek?

O 09:47:13, BarracksRoomLawyer napisał:
W kwestii formalnej: ta dyskusja przynależy do forum dynastii Quing. Wszyscy jesteśmy dorośli; czy możemy skupić się na ważniejszych sprawach?

Tłumaczył: Maciej Rynarzewski