XIX Olsztyńskie Noce Bluesowe [9-10 VII 2010]

Kolejna edycja Nocy Bluesowych za mną. Kolejna udana impreza przy świetnej muzyce i świetnej pogodzie. Olsztyńskie Noce Bluesowe pną się do rangi na prawdę kultowego festiwalu w skali kraju, a może i dalej!. Obowiązkowy punt w kalendarzu imprez:

Continue reading

Metallica na Sonisphere Festival [Warszawa - Bemowo 16 czerwca 2010]

Na koncertach bywam rzadko jednak wyprawa na Sonisphere Festival była bardzo udana. Nie jestem wielkim fanem klasycznego trash metalu, co tu dużo mówić, pojechałem głównie dla gwiazdy wieczoru – zespołu Metallica. Ehh… warto było. Po stokroć warto było usłyszeć Metallice na żywo. Czysta energia przenoszona za pomocą fal dźwiękowych. Charyzma zespołu i klimat n-i-e-p-o-w-t-a-r-z-a-l-n-e !!!

[wszystkie fotki własne]

Continue reading

XVIII Olsztyńskie Noce Bluesowe – wrażenia

Weekend minął pod znakiem bujania się w rytm bluesa [ i soulu]. 10 i 11 lipca odbyły się w naszym amfiteatrze XVIII Olsztyńskie Noce Bluesowe. Było fajnie. Trzy sceny (Amfiteatr, Targ Rybny, Fosa), kilkanaście zespołów i idealnie umiarkowana ilość ludzi.

I dzień:

Poszliśmy posiedzieć na Targu Rybnym, wypić piwka, posłuchać polskich kapel biorących udział w konkursie „Twój Blues poleca” (czy Twój Blues rekomenduje?), ale poziom niestety nie za wysoki. Grają, śpiewają, ale każdy tak samo i podobnie do siebie. Brak czegoś. Albo przyjechały zespoły z dolnej półki, albo słabo u nas z bluesem… i wszyscy chyba ze Ślaska. To ja jż wiem co się stało z tymi górnikami co ich z kopalni pozwalniali.. :)

Potem poszliśmy do amfiteatru zająć miejsca dla większej ekipy, którą się wybieraliśmy. W amfiteatrze, bardzo fajnie wyremontowanym kilka nowości, ale jedna zasadnicza in plus: całkowity zakaz spożywania alkoholu, poza kawiarenką w podziemiach. Bardzo dobry pomysł, ochroniarze pilnowali rzeczywiście tego i było bardzo spokojnie. Razem z zakazem palenia papierosów, dało to miłą atmosferę, wręcz rodzinną.

Na dużej scenie po trzy zespoły na dzień. Pierwszy zawsze z polski, laureat zeszłorocznego konkursu Twojego Bluesa, gdzie nagrodą jest właśnie duża scena. W piątek było Puste Biuro – soulowy w sumie zespół średniej klasy, poprawny w sumie, ale najlepiej wyszły im i tak covery co chyba świadczy trochę… Jako drugi zespół bluesowy z Niemiec – B.B. & the Blues Shacks. Blues z Reichu… najpierw pojawia się uśmieszek, ale potem opada szczęka. Są fenomenalni. Kręcą niesamowitą imprezę, ludzie szaleją, zabawa na całego na scenie i trybunach. Grają bardziej skocznego rock’n'rollowego bluesa w stylu lat pięćdziesiątych. Jak potem sprawdziłem nazywa się to West Coast Jump Blues. Publiczność przez nich rozgrzana maksymalnie dostaje gwiazdę wieczoru Livin Blues Xperience z Holandii, zespół który kiedyś był sławny, teraz trochę podupadł i powoli stara się wrócić. Zagrali bardzo ładnego bluesa, ale niestety nie było w tym tyle energii i duszy co u Niemców. Poza tym nie dali żadnego ze swoich hitów poza „Black Spider Woman”. Szkoda. Nie zagrali nawet żadnego bisu. Holendrzy jakoś nie dali się poczuć.impreza się skończyła i o 2 byłem w domu.

httpv://www.youtube.com/watch?v=Fo-JM8_FCp4

II dzień

Znowu na 17 na Targ Rybny. Tam zaczęło się bardzo fajnie od Marka „Makarona” Motyki, który solowo zagrał klasycznego gitarowego bluesa w najlepszym stylu delty Mysysypy. Blues w gwarze śląskiej wydawałoby sę rzecz śmieszna, ale okazało się bardzo autentyczne i dobrze brzmiące. Przyjemne skojarzenie z takimi mistrzami jak Blind Willy Johnson i filmem Soul of a Man. Po nim wyszły już jedynie gorsze zespoły, a potem okazało się że w konkursie Makaron nie wygrał, a jakiś zespolik z dziewczynką na wokalu. Hmm, nie umieją docenić chyba autentycznego bluesa, wolą bezrefleksyjne kalkowanie tego ze stanów, co i tak się nigdy nie uda.

Przed 20 znowu trzeba zająć dobre miejscówki pod budką akustyków (pod dachem w razie deszczu i oparciem dla pleców).  Koncert zaczyna się znowu od Polaków. Katarzyna Cygonek i Tomi Band czy coś takiego. O wiele lepiej niż Puste Biuro z wczoraj, ale jak to w Polsce, jakoś nie do końca. Wokalistka miała fajny głos, bardzo niski i była bosa, to chyba wszystko co zapamiętałem z ich występu i mieli jedną fajną piosenkę… Po 21 zaczęła się transmisja radiowa, na scenę wyszedł Boo Boo Davis, prawdziwy murzyn z delty co za młodu bawełnę był zbierał (ale robił to na farmie swojego ojca, więc obszarnik ;]) i od razu zaskarbił sobie publiczność mamrocząc coś w ichniej gwarze. Ciekawa osobowość, fajna muzyka. Moje pierwsze zetknięcie z prawdziwym bluesem na żywo. Prawdziwy „czarny” blues to coś całkiem innego niż to co grają u nas.  Mam wrażenie że najbardziej jak polskie zespoły mogą zbliżyć się do grania „czarnego” bluesa to poprzez ubranie się na czarno… hehehe, wystarczyło popatrzeć na strój i muzykę niektórych  zespołów – patrz.: Puste Biuro. Nawet na koncercie Claptona w zeszłym roku czuć było że brak mu tej „czarnej” charyzmy choć technikę ma opanowaną.

httpv://www.youtube.com/watch?v=nXFTmWNZ62k

Boo Boo i jego zespół dali dobry show. Po nich wyszła gwiazda wieczoru imperator (podobno) muzyki soul Otis Clay wraz z całkiem sporym zespołem. I znowu, ten soul w porównaniu z naszym soulem to dwa światy. Czarni mają chyba większe dusze bo muzyka duszowa im wychodzi lepiej i jest bardziej poruszająca. Mr. Otis zagrał dość spory koncert, fajne kawałki do bujania się, sporo nastrojowych, świetny kunszt muzyczny, performerski i genialne wrażenie na żywo. Ogólnie czuć było powrót do złotych lat soulu, ten klimat lat 70tych, trochę 80tych. Otis miał śmieszą marynareczkę w stylu tamtych lat i ogólnie robił miłe wrażenie starszego pana. Na scenie dużo zabawy, wykonawcy roześmiani, weseli, to się udziela od razu publiczności. Biali tego nie potrafią? Wieczór był świetny. Podniósł Noce na kolejny level. Ciekawe co w takim razie za rok?

Podsumowanie:

Baaaardzo fajna impreza. Karnet niesamowicie tani – 39 zł w przedsprzedaży za dwa dni zabawy.

Całego bootlega z Nocy można obejrzeć na youtubie w kanale Horacy67

Muzyczna retrospekcja

O polskiej muzyce szarych powojennych lat głębokiego PRLu wbrew temu co by się mogło wydawać wiemy przeważnie niewiele. Znamy główne zespoły, które dały radę przetrwać do czasów „wolności” lub tak skutecznie sprzedały się władzy że tapetowano nimi każdy festiwal.  Skaldowie, Czerwone Gitary itp. Innych z kolei znamy najbardziej z ich lżejszych, mainstreamowych piosenek jak np Czesława Niemena czy grupę Breakout, a ich prawdziwa twórczość pozostaje nieznana.

Miałem ostatnio możliwość przeszkolenia się z muzyki trochę bardziej zapomnianej przygotowując prezentację do wykładu prof. Grzegorza Jasińskiego pt: „Pomiędzy „Marszową śpiewką” a „Balladą o Nutrońcach”. Oblicza polskiej muzyki rockowej na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych” który wygłosił na 17 Ogólnopolskim Zjeździe Studentów Historyków w Olsztynie w połowie kwietnia. Poniżej kilka z wrzuconych na tubę i nieudolnie wykonanych „tymy rencamy” teledysków.

Podczas słuchania należy zwrócić uwagę głównie na treść piosenek, która dziś wywołuje często szeroki uśmiech. No i ci ludzie na zdjęciach [głównie skany oryginalnych okładek i "książeczek"]:

  • Test – Żółw na Galapagos:

httpv://www.youtube.com/watch?v=3y_zsD8-1m4

  • Nurt – Parter na klaustrofobię

httpv://www.youtube.com/watch?v=CGq0ATDQnQg

  • Romulad i Roman – Towarowy rusza do Indii [fragment]

httpv://www.youtube.com/watch?v=UCKwmxXEsds

I best of the best:

  • Zdrój Jana – Ballada o nutrońcach

httpv://www.youtube.com/watch?v=iVO94vQL9hc

Każdy kawałek prezentuje inny zapomniany zespół. I bardzo szkoda, że zapomniany, bo miały one COŚ do zaoferowania. Co prawda przeważnie kopiują muzykę w mniejszym lub większym stopniu od swoich braci z zachodu, jednak jako całość tworzą odświeżającą jakość. Szczególnie dziś w papce szołbizu i wytwórnianych „odkryć”. To byli chłopaki, które dobrze bawili się muzyką, jednak nie dorośli do profesjonalizmu. Nie było im todane,  a socjalistyczna ojczyzna zdecydowanie nie sprzyjała muzyce funkcjonującej poza głównym obiegiem. Z czasem zespoły umierały na prozę życia i rozpadały się na muzyków, którzy szukali zarobku w nurcie koryta lub np. fabryce opon samochodowych w Dębicy.

Jeśli chcecie posłuchać więcej tego typu psychodelicznej :) muzyki, zapraszam na mój kanał na youtube: Ozi84. Polecam

Crossroads Guitar Festival 2004

Dziś w pracy przy pracy po raz kolejny obejrzałem DVD z  zapisem  świetnego koncertu/festiwalu Crossroads Guitar Festival z 2004 r stworzonego przez żyjącą legendę Erica Claptona. Legenda zaprosiła legendy. Na scenie najważniejsi gitarzyści świata z różnych, czasem egzotycznych, nurtów. Z gwiazd pierwszej miary: Buddy Guy, BB King,  Santana, John Mayer, młodszy Voughan i inni. Fenomelnalne. Gitary wszelkiego rodzaju. Talenty przedniej klasy. Atmosfera zarówno na scenie jak i na trybunach iście piknikowa. Zawsze kiedy oglądam to DVD poprawia mi humor. Na przednówku jak znalazł.

Poniżej niezły mix coutry – bluesowy Road to Nashvegas. Odkryłem ten kawałek dzięki temu koncertowi i zapadł mi w ucho. Dan Tymiński robił bluesową muzykę m. in do filmu „Bracie gdzie jesteś”:

httpv://www.youtube.com/watch?v=_uRrcOzmgQY

Poniżej drugie z odkryć. Robert Randolph i jego pedal steel guitar (aka elektrczna gitara hawajska) dziwne urządzenie pomiędzy pianinem a gitarą elektryczną, które daje niesamowite dźwięki i jak wygląda z miny Roberta chyba dużo radości. Kolejna świetna melodia:

httpv://www.youtube.com/watch?v=Nw9xvy1DWsk

W drugiej i jak dotąd ostatniej edycji w roku 2007 ponownie zebrała się banda Guitar Heroes i pokazali co umieją. Gościnnie wystąpił Bill Murray :D

Gorąco polecam!!!