Istniały w moich czasach i w moim położeniu geo-politycznym, tak jak i zapewne obecnie dwa modele uczęszczania do szkoły średniej – dojeżdżanie oraz internat vel. bursa. Oba wiązały się w pewien sposób z podróżowaniem z tym że „dojeżdżanie” w dniach od poniedziałku do piątku, zaś „internat/bursa” w piątki i niedziele. U mnie z powodu niedużej odległości w grę wchodziło praktycznie tylko „dojeżdżanie”, z resztą jak miałem się okazję przekonać potem po stanie umysłowo-wychowawczym kolegów z burs – dzięki bogu!
Pierwszy rok dojeżdżania był pewnym szokiem. Kwestia zaaklimatyzowania się i widmo tzw. „kocenia” powodowało pewien dyskomfort na początku, jednak człowiek jest istotą łatwo adoptującą się do ekstremalnych warunków i jakoś się dostosowałem, zresztą nie byłem wówczas sam. Podobnie sytuacja miała się z całym pokoleniem moich rówieśników, tych znajomych oraz nieznajomych.
Pociągowe społeczeństwo okresu mojego pierwszego „dojeżdżania” charakteryzowało się pewną hierarchią. Pierwszoroczniacy, średni dojeżdżacze, dojeżdżacze seniorzy oraz charakteryzujące się własną hierarchią warstwy wyższe. Mieszanie się klas „dojeżdżających” następowało w rożnym stopniu – pierwszoroczniacy szukali często protekcji u seniorów, przed wyzyskiem i uciskiem klas od nich wyżej postawionych. Najczęściej opierało się to na więzach rodzinno-sąsiedzkich. Jednocześnie zaś ucisk stosowany był także przez środowiska bliskie uciskanemu. Kocenie w okresie swojego apogeum, które na szczęście miejsce miało nim ja zacząłem dojeżdżać, zahaczało momentami o dręczenie i wręcz znęcanie się. Obecnie o ile zauważyłem, zwyczaj ten zanikł prawie całkowicie.
Dojeżdżanie to nie tylko cała bogata kultura „wagonowa” [której nie jestem w tym momencie w stanie przedstawić w sposób wyczerpujący – mam nadzieję kiedyś się za to zabrać] – to także jej subkultura „peronowa”. Oczekiwanie na podstawienie składu, lub pociąg długodystansowy posiadało określone reguły. Peron podzielony był na poszczególne rewiry – objęte w niepisane posiadanie przez grupy zawodowe, towarzyskie lub związane z poszczególnymi miejscowościami. Układ ten znajdował jednocześnie pewne odzwierciedlenie w rozkładzie poszczególnych grup w wagonach składu. Dojeżdżając przez pewien czas pociągiem o określonej godzinie, z prawdopodobieństwem 95 procent zdolny byłem określić w którym z kolejności wagonie dana osoba się znajduje, a także z dużą dokładnością określić przedział lub część wagonu w której mogę ją odnaleźć. Niepisana umowa regulowała ład i porządek dojeżdżającego społeczeństwa. Taka rewirowość doskonale świadczy reliktach pierwotnych instynktów stadnych.
Ten wykład „Opowieści kolejowych” zawarł w sobie wiele zagadnień teoretycznych, a mniej bezpośrednich przykładów z moich wspomnień… …bywa
Ostatnio doszedłem do wniosku że motywem przewodnim mojego życia, jeśli miałbym takowy wybierać, z pewnością byłyby dworce i kolej nasza wspaniała, PKP.