Coquere necesse est! …pancakes vel racuchy

Zapraszam na kolejny odcinek „kuchni w warunkach polowych”. Jako że nie mam pełnowymiarowej kuchenki a mikro-aneks kuchenny z jednopalnikową indukcją i całkowitym brakiem blatu, moje gotowanie jest minimalistyczne w formie i skierowane na maksymalną optymalizację procesu przygotowanie jedzenia… bo jak mam za dużo naczyń w zlewie to blokują mi dostęp do kuchenki, a jak gotuje to nie mogę zmywać bo jak woda chlapnie to mi spali kuchenkę.. :) . Niemniej „coquere necesse est”, więc co i raz próbuję coś upichcić. Tym razem zainspirowany ostatnią wizytą w Lublinie i naleśnikarnią niedaleko starówki, postanowiłem zrobić pankejki… czyli po naszemu racuchy.

Przepis nie jest ani klasyczny na amerykańskie pancakes, ani na na rodzime racuchy na sodzie. Połączyłem, jak mi się wydawało najlepsze cechy obu pomysłów i dzięki temu są mniej kaloryczne niż amerykańskie (bez masła) i bogatsze smakowo niż rodzime (cukier puder+olej).

Przepis:

  • dwie szklanki mąki
  • półtorej szklanki mleka
  • 1/3 szklanki cukru pudru
  • dwa jajka
  • czubata łyżeczka sody
  • trzy łyżki oleju
  • do przyozdobienia: cukier puder, dżem, lejący miód, syrop klonowy, bita śmietana (co kto lubi lub wszystko na raz…)

Składniki są oczywiście bardziej na oko… Wszystko wrzucić do garnka i zmiksować do konsystencji gęstej śmietany. Ciasto nie może być zbyt lejące bo będą problemy podczas przewracania. Patelnie rozgrzać do średniej temperatury. Na jednej stronie smażyć aż pojawią się bąbelki (zazwyczaj kilkadziesiąt sekund). Potem szybko przewracamy, tak żeby nie rozlały nam się i zachowały kształt (Z tego powodu pankejski nie mogą być za duże bo się rozlecą przy przewracaniu). Przewracamy tylko raz. Pieką się bardzo szybko, więc potrawa jest ekspresowa. Optymalny rozmiar to 10-12 cm średnicy. Z podanych składników powinno wyjść 8-9 średniej wielkości pankejków.

Są przepyszne, lekkie, mają chrupiącą skórkę kiedy są świeże. Podawać można klasycznie z syropem klonowym, posypane cukrem pudrem, z dżemem… lub wszystkim naraz!

Naleśniki a’la Zielona Pożywka

W filmie „Soylent Green” społeczeństwo karmione jest zieloną substancją mającą stanowić substytut normalnego pożywienia w przeludnionym świecie. Charlton Heston przechadza się po świecie (wykreowanym przez Harrego Harrisona w książce „Przestrzeni, Przestrzeni”) i próbuje dowiedzieć się skąd bierze się tajemnicza zielona pożywka. Po wielu trudach dociera do tej informacji i odkrywa przerażającą prawdę…

U mnie także nastał czas na zieloną pożywkę. Na szczęście nie ma ona nic wspólnego z przetworzonymi szczątkami ludzkimi. Pochodzi prosto z mojego zamrażalnika. Dostała się tam z Tesco. Do Tesco zaś jak głosi opakowanie dotarła ona z Austrii.

Mrożony szpinak! Zielony klocek z supermarketu! Zielona pożywka!

Continue reading

Gotowanie na ekranie.

Jest taki kanał telewizyjny, który w przeciwieństwie do wszystkich innych mogę oglądać godzinami. Jest takie zajęcie, które pomaga mi się zrelaksować. Kanał to Kuchnia.TV, a zajęcie to naturalnie gotowanie. Magia na ekranie, smakowity jest cały kineskop i pachnący niczym paella z owocami morza robi się nawet pilot od tv. W ustach ślinka, a w głowie marzenie o rozkoszy podniebienia nasyconej wyrazistymi smakami i soczystymi kolorami potraw. Jednym słowem: Gotowanie na ekranie.

Makłowicz, Nigella, te dwie starsze panie na motorze, Pascal, Para w Kuchni, Gotuj z Kuroniem, Anthony Thompson, Cookabout, Jamie Oliver a ostatnio nawet Martha Stuart i wiele innych… Programy kulinarne. Po prostu fascynujące – lepsze niż TVN24 lepsze niż Ale!Kino, lepsze niż Discovery…

Wielki show pobudzający zmysły. Atrakcyjny smakowo, wizualnie i prawie jakbym mógł to wszystko nawet powąchać. Bo czy uż same nazwy potraw: „Karmelizowany korzeń lotosu” albo „Orzechowe ciastka z syropem klonowym” nie przyprawiają was na skraj szaleństwa z rozkoszy. Kiedy Nigella robi „czekoladowy fondat z malinami”, albo „sorbet brzoskwiniowy z lodami waniliowymi” znajduje się na skraju kulinarnego nieba. Kiedy Makłowicz snujać jakąś wybujałą opowieść przyrządza „Sandacza z czosnkiem” jakiego w Wiedniu jadał cesarz Austro-Węgier, potem zaś delektuje się torcikiem w wiedeńskiej kawiarence, to jest to dla mnie lepsza podróż historyczna niż jakakolwiek książka o czasach cesarza Franciszka Józefa. Kiedy Jamie Oliver [ostatnio chyba najsławniejszy kucharz, a muszę powiedzieć że i mój ulubiony obecnie] przygotowuje z niebywałą nonszalancją proste, ale smakowite dania, to zaraz łapie się za garnki i mam ochotę upichcić „Pieprzowy stek z sarniny z sosem z czerwonego wina i czekolady”.

W programie kulinarnym dostajemy magiczny show, przewyższający wszystko inne. Ze zwyczajnych rzeczy powstaje coś cudownego – coś z niczego. To wręcz zahacza o mistykę!

Uwielbiam To!