Robert Makłowicz w olsztyńskim MOKu

Jak sobie obiecałem przeprowadzając się do Olsztyna, po raz kolejny poszedłem do naszego Miejskiego Ośrodka Kultury na spotkanie kulturalne. Gościem był  tym razem Robert Makłowicz znany kucharz, podróżnik i bajarz. Ja osobiście uważam go i szanuję za ożywianie w swoich programach klimatu dawnej Galicji, podróże w XIX wiek i austro-węgierskie opowieści. Dziś miał opowiadać o swoich bałkańskich podróżach. Też ciekawa sprawa.

[Robert Makłowicz w olsztyńskim MOKu - 10 II 2010]

Mały, niepozorny. Od razu widać że jakiś taki z Krakowa. Wygadany.

Continue reading

Przeprowadzka

Za mną przeprowadzka. Pierwsza. Nowy rok 2010 zaczynam od dużej jak dla mnie (ale koniecznej i wyczekiwanej) zmiany jaką jest wyfrunięcie z rodzinnego Wipsowa do Olsztyna. Czyli jednym słowem ze wsi do miasta. Pomyślmy jak wygląda bilans zysków i strat:

około 2-3 godzin czasu dziennie poprzez zlikwidowanie dojazdów – obecnie mając do pracy na godzinę ósmą wstaję przeciętnie o 5.55 i o 7.50 jestem w pracy (daje to dwie godziny od wstania do dotarcia do pracy). Kończąc pracę średnio o 14.25 w domu jestem o 16.40 (!!!). Daje to prawie 2,5 godz. na dotarcie do domu. Liczę obecnie na proporcje czasowe: wstawać o 6.55, bo do pracy mam 5 minut 8 minut samochodem. W domu być o 14.40 ( bo z powrotem tez jest 5 minut 8 minut- dosłownie) zysk powinien więc wynieść godzinę rano i około 2 godzin przy powrocie. Dla mnie bomba. Kiedy mam na 12 do pracy w końcu coś realnie mogę popracować nad własnymi zadaniami, a nie spieszyć się na pociąg o 9.50 ;/. Z drugiej strony dokładam sobie przez to ochoczo na plecy kolejne porcje rzeczy do zrobienia.

Continue reading

Zombie a sprawa polska

ZOMBIE_WALK_2008_088 by wvs.

Dlaczego w Polsce mamy nikłe szanse na przetrwanie zombie-apocalypse. Poniżej kilka luźnych przemyśleń na ten temat, spowodowanych twórczością Maxa Brooksa i dokonaniami kinematografi:

Jesteśmy krajem dość gęsto zaludnionym o dużej ilości miast co równa się szybkim rozprzestrzenianiem zarazy i zgrajom umarlaków tułających się po kraju. Dość trudno będzie przetrwać. Szczególnie na takim Śląsku czy w Warszawie.  Łatwiej byłoby Mongolii, gdzie step i step i step i co kilkaset kilometrów jakieś jurty.

Brak nam miejsc prawdziwie dzikich. Jesteśmy zakątkiem Europy ucywilizowanym prawie do granic możliwości. Zombie jako gatunek pochodny człowieka najlepiej czuje się z środowisku miejsko-wiejskim. To właśnie miejsca dzikie, naturalne i dziewicze mogą stanowić najlepszą barierę wspomagającą walkę z zombiami. A tak zawsze mogą zaatakować zza jakiegoś winkla. Z kolei w tych niebezpiecznych miastach łatwiej o prowiant i sprzęt.

W naszym najbliższym otoczeniu geograficznym brak ekstremalnych warunków klimatycznych. Jak wiadomo to właśnie mróz i gorąco są najlepszymi przyjaciółmi zombie-survivalistów. W cieple zombie powinny się szybko rozkładać, gnić i rozpadać, a z drugiej strony dzięki zimnu będą zamarzać. Stąd dobrym miejscem do ukrycia się przed zombiami są pustynie oraz lodowe pustkowia. U nas takowych brak. Klimat umiarkowany jest wymarzony dla zombie. Niestety.

Continue reading

To juz dwa lata? …tylko?

Dziś mijają dwa lata od pierwszego wpisu w tej wersji mojego bloga.

Zasadniczo nie są to dwa lata w jednym miejscu, ani dwa pierwsze lata blogowania. Zaczęło się od nieistniejącego już bloga na Onecie. Żył chyba coś około roku. Służył bardziej za dziennik niż blog „kreatywny”. Tym bardziej żałuję że już nie istnieje. Straciłem możliwość spojrzenia na rok mojego życia spisywany prawie dzień po dniu. Idealny przykład tego jak giną dane elektroniczne. A ja głupi byłem że tego wszystkiego gdzieś nie zarchiwizowałem…

Potem zaczął się okres zasadniczego pisania, którego efekty możecie tutaj przeczytać. Zaczęło się jednak na googlowym Blogspocie, gdzie szlifowałem pierwsze umiejętności techniczne i skrobanie tekstów:

strona skierowująca na aktualną wersję wciąż istnieje w sieci pod adresem http://rynarzewski.blogspot.com/ . Ostatecznie system okazał się dla moich potrzeb trochę niewystarczający od strony technicznej. Brakowało też jakiejś formy społeczności blogspotowej. Na szczęście natrafiłem na platformę WordPressa i dzięki możliwości migracji danych, którą zapewniał gógiel sprawnie i ładnie przeniosłem się na darmowe konto http://rynarzewski.wordpress.com/ . Strona także nadal istnieje i tak samo poleca odwiedzenie aktualnej wersji bloga:

Obie wersje zostały ogołocone niestety z treści. Chciałem aby całość tekstów została w aktualnej wersji. Żałuję, że nie zrobiłem zrzutów ze stron kiedy jeszcze żyły. Kiedy blog był na darmowej domenie wordpress.com bardzo fajnie funkcjonowała społeczność wokół strony i tylko żałowałem, że są takie małe możliwości tuningu. Opanowałem możliwe podstawy zabawy wordpressem i zdecydowałem się na zakup domeny i własnego hostingu. Wybór domeny był prosty: www.rynarzewski.pl. I pod taką nazwą strona jest obecna do dziś w sieci.  Może się to zmienić i pewnie zmieni w najbliższym czasie dlatego daję zrzut z obecnego kształtu mojej strony:

[kliknij w obrazek aby obejrzeć go w całej okazałości --->]

Z ogólnych statystyk za te dwa minione szczęśliwie lata wychodzi że: napisałem, a właściwie opublikowałem (bo napisałem na pewno więcej) 192 posty13 kategoriach( które się zmieniały i zmieniają) nadałem ponad 500 tagów. Moje wpisy zostały skomentowane ogromną liczbą blisko 650 komentarzy. Bardzo miłe statystyki. Ogólna liczba odwiedzających składa się z buchalterii zebranej z trzech miejsc na których strona istniała. Około 1000 gości na blogspocie, 34 tyś na wordpress.com (wykop robi swoje  ;] ) i około 20 tyś na własnej domenie daje około 55 tysięcy odwiedzin.

Z okazji tego podsumowania miałem okazję przejrzeć mniej więcej jak wygląda ta moja pisanina i jakie tematy w niej poruszam. Powiem szczerze że sam z najczęściej zaciekawieniem wracam do tekstów napisanych jakiś czas temu… czasem może wręcz z uśmiechem politowania wobec samego siebie. Blog ostatnimi czasy ucierpiał trochę w związku z rozkręcaniem projektu Pulowerek.pl jednak teraz mam nadzieję na wielki kombak do regularniejszego pisania.

Ogólnie, z ręką na sercu, musze powiedzieć, że jestem zadowolony z dwóch lat istnienia mojego bloga. Olbrzymie podziękowania należą się także dla wszystkich regularnych i przypadkowych czytelników. Do zobaczenia w kolejnym wpisie.

Piernik

Za pasem święta. Przygotowania zostawiam zazwyczaj pozostałym członkom rodziny uciekając w spokój jaki oferuje praca, jednak czasem mnie coś nachodzi. Dziś przywiozłem od Szanownej Narzeczonej [a właściwie od jej mamy] przepis na pierniki. Prosty, szybki i dający świetne efekty wizualne w postaci wypasionych pierników:

[to moje pierniki po udekorowaniu]

Przepis:

  • 60 dkg mąki
  • 15dkg [szklanka] miodu
  • 10 dkg cukru [albo i nie]
  • 12 dkg masła
  • 2 żółtka
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżki kakao
  • 1 opakowanie przyprawy korzennej

Przygotowanie:

Miód, masło i przyprawę wrzucić do garnka i podgrzać, aż się wszystko rozpuści, wymierza i zacznie wrzeć. Miksturę odstawić żeby ostygła. Przygotować miskę, w której wymieszać należy pozostałe składniki i dodać ostudzony wywar miodowo-maślano-korzenny. Wszystko zagnieść dodając podczas wyrabiania mąkę by uzyskać konsystencję ciasta zdatną do rozwałkowania. Ciasto rozwałkować dość grubo i popuścić wodzę fantazji w nadawaniu ciastkom kształtów. Z jednej porcji powinny wyjść 2-3 standardowe blachy. Ciastka piec w temperaturze 160 stopni na nieprzywierającym podkładzie [ważne] przez 8-10 minut. Nie dłużej. Ciastka pomimo że po wyjęciu będą miękkie to zaraz szybko będą twardnieć i staną się kruche. Po udekorowaniu pierników odstawić w pojemniku żeby odstały swoje i trochę zmiękły.

Spod mojej ręki wyszły zarówno standardowe gwiazdki, księżyce, koniczynki, precle jak wykonane ręcznie, wypracowane techniką: choinki, bałwany, mikołaje, ludziki i najbardziej skomplikowana w zestawie – ośmiornica. Tak to wygląda:

[ośmiornica w lesie pod rozgwieżdżonym niebem]

Mam nadzieję że część z pierników zawiśnie. Na choince. Stary chłop jestem, ale czasami mnie coś chwyci i sentymentalnie wracam do czasów dzieciństwa. Sporo przy tym zabawy i jeszcze więcej satysfakcji, że człowiek w końcu odszedł od komputera i zrobił coś  „handmade” od początku do końca.

Terapia zajęciowa

W ramach terapii zajęciowej wracam do pisania w prywatnej przestrzeni mojego bloga o sprawach bliższych i dalszych sercu. Będę znajdował te kilkanaście minut żeby przelać kilka słów. Wiele pokrewnych projektów i ważnych zwrotów w mikro-karierze wymagało sporo uwagi. Teraz jednak jak najbardziej potrzebuje chyba terapeutycznej możliwości wyrzygania się na klawiaturę z całej żółci jaka mój umysł zaległa [czego przykładem jest choćby poprzedni post]. Droga do Feng-Shui prowadzi przez klawiaturę.

Zaczął się rok akademicki. Po rocznej przerwie. Wracam do zajęć. Dziwne uczucie. Wykłady zaczynają mi się podobać. Zdecydowanie zmieniło się moje nastawienie. Dziś np. z przyjemnością słuchałem wykładu z filozofii na którym profesor przez godzinę robił wykład z filozoficznego podejścia do sieci neuronowych, niemożliwości powstania życia na ziemi z logicznego punktu widzenia oraz tegoż filozoficznych implikacji.

Jak na razie próby wyfrunięcia z gniazda podcinane są brzytwą realizmu. Rzeczywistość próbuje skopać młodych ludzi jak najbardziej żeby nauczyli się nie fikać jak w końcu dorosną. W największym mieście regionu w największym portalu ogłoszeniowym w Polsce pojawiają się „aż” dwa ogłoszenia o wynajmie dziennie…wow!

Zakupiłem aparat i zamierzam nim fotografować. Cyfrowa lustrzanka Sony DSLR-A230 – najbardziej podstawowe body z kit’owym obiektywem 18-55. Na początek wystarczy potem dokupię sobie jakieś szkło może jakieś lepsze. Założyłem Flickr’owe konto gdzie wrzucać będę zdjęcia coby nie poginęły na dysku jak to drzewiej bywało. Pierwsze próbki już są.

Miałem urlop. Byliśmy w Pradze przez tydzień i zdążyła przez ten czas zrobić wrażenie. Pewnie napisze coś oddzielnie o wyprawie.