Formica must die

Jest nowa piosenka zespołu Prodigy „Invaders must die”.

Może nawet sami o tym nie wiedzą, ale nakręcili teledysk do książki Janusza Zajdla „Wyjście z cienia”. Książka opowiada [spoiler] o świecie opanowanym przez mrówki, rządzące z ukrycia nieświadomą niczego ludzkością, która nie wie że to właśnie one kryją się za maszynami obcych i w ich wnętrzach. Jedynie niewielkie podziemie stara się walczyć i badać sprawę najeźdźców. Ludzie kontra formica rubra.

Piosenka bardzo fajnie wpisuje się w klimat książki.

httpv://www.youtube.com/watch?v=EiqFcc_l_Kk

Jak tanio przetrwać atomowy holokaust

Pensje są jakie są, każdy jednak chciałby przetrwa atomową zagładę świata. Obok kupowania kurtek na zimę, butów na wiosnę i kebaba w ulubionym barze, nie można zapomnieć o przeznaczeniu choćby paru groszy na powolne przygotowywanie się na nieuchronny koniec cywilizacji. Bo jak już nadejdzie to allegro przestanie działać i nie zdążycie skompletować swoich zestawów.

Niektórzy twierdzą ze koniec będzie coś około 2012, inni sytuują go w trochę odleglejszych czasach. A może nadejść choćby jutro.  USA, Rosja,Pakistan, Iran, Indie, Izrael, Chiny…. za dużo niewiadomych w równaniu naszego przetrwania.  Więc poniżej kilka tanich przedmiotów, które mogą zwiększyć szansę naszego przetrwania choćby odrobinę… o ile znajdziemy się odpowiednio daleko od wybuchu.

Proponowany przeze mnie zestaw być może zwiększyłby szansę przeżycia o jakiś niewielki procent, jednak dalsze życie w świecie skażonym opadem radioaktywnym byłoby pewnie na dłuższą metę niemożliwe, jeśli nie udałoby nam znaleźć się nieskażonego regionu lub schronu przeznaczonego do przetrwania takiego wydarzenia.

Jedyną pewną jak dotychczas opracowaną przez naukowców metodą jest „Duck and Cover” ;]

httpv://www.youtube.com/watch?v=C0K_LZDXp0I

W artykule Nonsenspedii dotyczącego bomby atomowej znalazłem fragment który rozbawił mnie niesamowicie. Oto niektóre z walet i zad bomby A:

Zalety:

  • Bomba daje dużo ciepła
  • Państwo oszczędza na elektryczności w rejonie wybuchu
  • Elektrownie wiatrowe, pod wpływem fali uderzeniowej wyprodukują więcej prądu

Wady:

  • Na terenach poatomowych nie można przez pewien czas uprawiać pomidorów,
  • I ziemniaków TEŻ.

9

Świat filmów animowanych (nie tych Polskich naturalnie) potrafi mnie zaskoczyć.

Na blogu PEACE GRENADE znalazłem informację o czymś niezwykłym i porażającym mój postapokaliptyczny mózg.

Znikąd, z czeluści holiłudu wyłania się nagle COŚ – pełnometrażowy film animowany o nazwie „9″. Piękny, niesamowity, klimatyczny, intrygujący – tak się przynajmniej zapowiada…  Premiera dopiero za kilka miesięcy [ 09.09.2009 ], ale już gotowy jest ten jakże zachęcający trailer:

httpv://pl.youtube.com/watch?v=UFyx8WvGlnk

Fajna muzyk! nie? Ta gitarka pod koniec… :)

Dość powiedzieć że w produkcję zaangażowany jest Tim Burton (co widać) i wszystko oparte zostało na pomyśle. Shane’a Ackers’a i jego filmie krótkometrażowym o nazwie „9″ z 2005 roku, który święcił swego czasu sukcesy, jednak nigdy nie stał się znany przeze duże Zet. Przynajmniej ja go nie widziałem wcześniej:)

Film „9″ to postapokaliptycznawizja ziemi bez ludzi, gdzie kręcą się małe sackbagi oraz jakieś robotopotwory. Przypomina trochę fallouta, trochę kojarzy mi sie z filmem „Artur i Minimki”. Póki  nie będzie więc ekranizacji Fallouta (swoją drogą skandal lub może raczej błogosławieństwo…?) trzeba karmić sie apokalipsą w innym wydaniu. Ogólnie więc czekam z niecierpliwością.

Zachęcam do obejrzenia oryginalnego krótkometrażowego „9″:

httpv://pl.youtube.com/watch?v=yeNbO85m2dM

Wojna Zombie – Max Brooks

World War Z: an Oral History of the Zombie War, po polskiemu „Wojna Zombie” [wydawnictwo Red Horse] bo tak brzmi tytuł perełki napisanej przez Maxa Brooksa, jest lekturą, która mnie przyjemnie zaskoczyła. Wymarzona na świąteczną przerwę, dla odseparowania się od wszędobylskich mikołajów, śnieżynek i filmów familijnych klasy B.

Poprzednie spotkanie z twórczością Brooksa utarło w mojej głowie obraz literatury zgrabnej, ale odtwórczej, dobrej ale bez błyskotliwych wypadów fabularnych. No ale poprzednio był to jedynie poradnik survivalowy na wypadek epidemii zombizmu. Tym razem otrzymaliśmy najprawdziwszą literaturę faktu. Cóż z tego że fakty te zostają zmyślone… ale za to jak! Sugestywnie, barwnie i tworzące całkiem logiczną i kompleksową całość.

Na Wojnę Zombie spojrzę także jako historyk, ponieważ autor oparł się na metodzie badawczej z pogranicza warsztatu reportera oraz historyka, czyli Oral History – historii mówionej. Stanowiącą to niezwykle interesujący sposób tworzenia narracji historycznych, a jak dowodzi m. in. omawiana książka doskonale nadaje się także do tworzenia interesujących fikcji literackich.  Metoda ta pozwala na stworzenie dużego realizmu opisywanych wrażeń, autor przeskakując z rozmówcy na rozmówcę, z tematu na temat, może w dość zwięzłej formie przedstawić całościowy obraz wydarzenia/zagadnienia. Podobne prace historyczne powstają na całym świecie, z tym zastrzeżeniem że dotyczą one jednak prawdziwych wydarzeń… w przeciwieństwie do omawianej książki :) . Brooks doskonale „dobrał” rozmówców, z którymi jego awatar – twórca raportu powojennego, przeprowadza wywiady. Mamy więc szeroką gamę przedstawicieli różnych klas społecznych i wzory ich zachowań, od Indyjskich wojskowych dowódców po standardową amerykańską rodzinę. Mamy tez szeroki zakres terytorialny, obejmujący cały świat, z którego pominięta została chyba jedynie Australia.

Historie/wywiady opowiadane w książce są ciekawe, większość z nich swobodnie mogłaby stanowić tematy dla oddzielnych książek. Jednak to właśnie ta skondensowana forma, powoduje że z kilku dobrych historyjek i kilku świetnych powstała fenomenalna książka. Autor błyska pomysłem, warsztatem i talentem.

Podobno w drodze już ekranizacja książki… może i dobrze, choć ja wolę swoje własne ekranizacje w wyobraźni powstające podczas zaczytywania się książką. Może mam trochę gorsze efekty specjalne, ale za to ja sam jestem jej reżyserem i jedynym widzem. Doskonale zaspokaja to moją próżność czytelniczą.

Książkę zdecydowanie polecam, a jeśli jeszcze nie macie prezentu dla jakiegoś fana twórczościa pana Romero to tą książką go uradujecie :) .

Handlarze Kosmosem wg. wencków

Wśród wielu książek, które czytam dla przyjemności z obowiązku lub z nudy sa takie które zasługują na kilka słów komentarza na moim blogu. Zasługiwać mogą bądź to jako wyraz zachwytu nad nimi i szacunku dla inwencji autora, bądź to jako przestroga i próba piętnowania lichości literacko wydawniczej.

Książka duetu Fredek Pohl i Cyryl Kornbluth "Handlarze Kosmosem" to jak wyczytałem na wielu fachowych stronach klasyczna pozycja SF. Przy okazji większych zakupów na allegro dorzuciłem także i tą niedużą książeczkę jako dodatek do mojej sajfajowej biblioteki. Klasykę trzeba przeczytać i wypada mieć.

Fabułę streszczam za pomocą notki edytorskiej dostarczonej przez wydawcę bo nie chce mi się jej opowiadać i nie jest celem mojej wypowiedzi zaprezentowanie tej książki samo przez się:

Świat jest przepełniony i wyeksploatowany, ludzkość stoi na skraju ekologicznej katastrofy. Samochody zastąpiono pojazdami z napędem pedałowym, za pożywienie służy chemiczna substancja produkowana na bazie soi, klatki schodowe biurowców służą za sypialnie dla pracowników. Podstawą funkcjonowania gospodarki jest niepohamowana konsumpcja, a jej motorem napędowym wielkie korporacje reklamowe. Mitchell Courtenay jest wysokiej rangi redaktorem, pracownikiem potentata reklamowego. Interesuje się nim bezwzględna konkurencja i ”Consies”, terrorystyczne podziemie o proekologicznych przekonaniach.

W ostatnich słowach tej części tekstu mogę powiedzieć, że słusznie zaliczona została ta księga (książeczka raczej – poniżej 200 stron) do klasyki, ponieważ powstając w roku 1952 przewidziała wiele z dzisiejszych (a rodzących się już wówczas) mechanizmów rządzących naszym światem. Podejrzewam też, że i za kolejne 50 lat będzie ona tak samo aktualna w wielu kwestiach.

Koniec uprzejmości i teraz jedziemy…

Nic dobrego nie mogę jednak powiedzieć na temat sfery technicznej Handlarzy. Wydania podjęło się wydawnictwo Solaris p. Wojtka Sedeńki, które jest najbliższym mi terytorialnie wydawnictwem z tego segmentu i przez to podwójnie boli mnie brakoróbstwo, tandeta oraz rażące błędy jakich dopuszczono się wydając klasykę.

W książce natrafiłem na kilkadziesiąt (!!!!!!! o zgrozo) błędów – literówek, powtórzeń, błędów interpunkcyjnych oraz co gorsze i najbardziej mnie przerażające, błędów wskazujących na błędy w tłumaczeniu. Zerkam właśnie do książki i odczytuje, że tłumaczenie popełniła Małgorzata Łukomska… zapomnieli wpisać jeszcze tylko jakim translatorem się kobieta posłużyła…

Kolejny bubel to projekt graficzny. Masakra. Książka pochodzi z roku 2000, komputer jest już wówczas narzędziem sprawnym w rękach średnio wykwalifikowanego licealisty. Tutaj jednak p.Tomasz Wencek wykazał sie całkowitym brakiem estetyki i jakiejkolwiek inwencji. Może nawet nie czytał książki. Pewnie nie. Tak samo nie czytała jej zapewne spokrewniona w jakiś sposób z panem Tomaszem pani Małgorzata Wencek, odpowiedzialna rzekomo za korektę.

Tak oto jedna rodzina (?) pięknie wyrobiła w moich oczach i zapewne w oczach innych czytelników opinię na temat wydawnictwa Solaris.Wstyd.

Świetna książka, jednak polecam w oryginale lub z innego wydawnictwa w innym tłumaczeniu.

Podwójna recenzja ze wskazaniem

Dawno nie pojawiła się już u mnie żadna recenzja książki, teraz więc w ramach tzw. bonusu vel. gratisu przedstawię podwójną recenzję ostatnie przeczytanych przez mnie książę. Dwa tytuły nie zostały przeze mnie zestawione przypadkowo. Obie książki łączy gatunek literacki – science fiction, obaj autorzy są Polakami i obie książki stanowić miały miły i lekki przerywnik pomiędzy trudniejszymi i bardziej wymagającymi lekturami. Poza tymi kwestiami nie wymienię chyba już żadnego ważnego podobieństwa poza sprawami czysto technicznymi: czarną czcionką, białym papierem i umiarkowanie wygórowaną ceną. Od tego momentu pomiędzy obiema książkami pojawiać isę będzie znane z komputerowych bijatyk i bokserskich ringów słowo „versus”.

vs.

Pora więc zająć się ważną kwestią jaką jest przedstawienie obu książek z imienia i nazwiska. Pierwsza to „Apokalipsa wg Pana Jana” RobertaSzmidta, a druga – „Krótki lot motyla bojowego” Eugeniusza Dębskiego. Ograniczając do maksimum ilość szczegółów fabularnych [spoilerów], by nie zepsuć nikomu ewentualnej zabawy, dokonam jedynie krótkiej charakterystyki uczestników starcia. Z jednej strony mamy więc post apokaliptyczną wizję europy i losy odradzającej się Polski z drugiej cyberpunkowe niewiadomoco bez wyraźnej koncepcji fabularnej. Z jednej strony zaskakująca czasami, prostota z olbrzymim polotem z drugiej wyraźne trudności w kreowaniu świata książki wraz z rozbudowanymi ponad miarę wątkami psychologicznymi bohaterów. Z jednej strony kolejne przetworzenie dość wyświechtanego tematu, z drugiej ciekawy pomysł i duży potencjał. Z jednej strony czysta rozrywka, z drugiej czysty mętlik.

Wyraźna dysproporcja jakości pomiędzy przedstawionymi powyżej powieściami spowodowała u mnie duży zawód. "Apokalipsę" uważam za książkę bardzo udaną, natomiast "Lot motyla.." to zdecydowany niewypał. O ile Szmidt wyciągnął z wyświechtanego [zdawałoby sie jedynie] tematu coś niezłego na miarę rozrywki jaką książka ta miała stanowić, to Dębski z bardzo zabił swoje własne dziecko gubiąc główny i najciekawszy wątek na rzecz pobocznego i banalnego.

 Na koniec zostaje mi tylko polecić obie i samemu przekonać się o ich wartości.

Dobre choćby dlatego że polskie. Kupujcie polskie książki SF.