Jesteś dla mnie kimś w rodzaju kowboja!

Abstrakcyjna twórczość. Zainspirowana kiedyś przez Monię, długo kiełkowała w umyśle. Oto przedstawiam balladę smutnego ranchera:

„Jesteś dla mnie kimś w rodzaju Kowboja”

[foto - Flickr]

[Melorecytacja zwrotek przez kowboja-ranchera, który oporządza swoje bydło o zachodzie słońca na swoim rancho. Zachód słońca, melancholijne ciepłe barwy i pustka na horyzoncie podkreślają wewnętrzną pustkę w sercu bohatera.]

Gdy na prerii czarne chmury
zasnuwają moje ranczo
moje bydło nieszczęśliwe
smutne razem ze mną łka

Continue reading

„Dział zły” w VariArt

Z przyjemnością mogę się pochwalić że moje krótkie opowiadanko „Dział Zły” zostało opublikowane w czasopiśmie VariArt wydawanym przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Olsztynie. Dodatkowo opowiadanie ilustruje wykonane przeze mnie zdjęcie. Dla ułatwienia podpowiadam, że wszystko znajduje się na stronie 7… :)

Dział zły

dział_zły

Kolejny raz budzik przerwał mu sen o namiętnym spotkaniu pośród kokosowych palm, o gorącym piasku błękitnej laguny. Kolejny raz budzik wyrwał go z lepszego świata i walnął nim o szary bruk codzienności. Otworzył oczy. W pierwszym zmęczonym już spojrzeniu  na plakat znajdujący się na wprost łóżka. Idealny krajobraz prosto z Malediwów, kupiony na wyprzedaży plakatów w supermarkecie, wypełniał sobą większą część ściany małego pokoju. Marzenia do spełnienia. Nawet nie chciało mu się rzucić w kierunku sufitu tradycyjnego porannego bluzgu skierowanego do sił wyższych zawiadujących tym całym biznesem. Postawił stopy na zimnych panelach, potarł zarośnięty policzek – dziś zdecydowanie nie będzie mu się chciało ogolić. Jaskrawy blask ostrego zimowego słońca uwydatniał brudne szyby, popaćkany czymś parapet oraz brudną pościel. Otoczenie doskonale pasowało do jego nastroju.

Continue reading

Pomiędzy

deszczowe[...]

- Wiesz, powiem ci, że uwielbiam taką pogodę.

- Rozumiem.

- Lubię kiedy niebo zakryte jest takimi ciemno-szarymi, ale nie ołowianymi chmurami, kiedy jeszcze nie pada, a słońce nie ma już siły przedrzeć się przez powłokę chmur. Ten kolor światła i powszechne uczucie senności…. prawie że magiczny klimat. Natura na moment wstrzymuje oddech, a silnik przejeżdżającego samochodu brzmi wyraźnie i przejrzyście, nienaturalnie. Pociągasz nogą po ziemi i wzbijasz tumany kurzu, a w nosie czuć już delikatny, ledwie wyczuwalny zapach deszczu. Tak na kilka minut przed deszczem.

- Ja z kolei lubię już sam moment kiedy uderza pierwsza kropla. Ta, która przedwcześnie wyrwała się przed szereg ulewy. Zawsze musi być taka kropla. Z jednej strony jakby chciała krzyknąć, ostrzec nas „uciekajcie”, a z drugiej spieszy jej się na ziemię, w szalonym pędzie by spełnić jak najlepiej swój los. I wygrywa w wyścigu z innymi kroplami. Taki deszczowy bohater-samobójca….

- hmm… Dziś jednak deszczu mogą się spodziewać jedynie mieszkańcy Północnej i północno wschodniej Polski. Temperatura od 12 stopniu w Suwałkach do 20 we Wrocławiu. Ciśnienie na terenie całego kraju niskie , w ciągu dnia będzie nieznacznie spadać. I to wszystko w dzisiejszej prognozie pogody, oddajemy głos Marcinowi, który przedstawi  teraz najważniejsze wydarzenia sportowe.

- Żegnamy państwa, do usłyszenia.

- Do usłyszenia.

Wyciągnięte z szuflady…

Odkąd pamiętam miałem dziwne przeczucie, że coś się w końcu musi zacząć psuć w naszej cukierkowej globalnej układance polityczno – ekonomicznej. Że to wszystko jest sklecone trochę prowizorycznie, że w końcu musi coś pójść nie tak i wszystko rozpieprzy się tak doszczętnie, że nie będzie już czego zbierać. Zawsze miałem jednak nadzieję, że zdążę jeszcze choć trochę zasmakować luksusu i spokoju zanim nadejdzie czas głodu, śmierci i smutku. Bo zawsze przychodzi w końcu taki czas.

Miałem 24 lata, pracę, narzeczoną, nadwagę i plany zakrojone na najbliższe kilka lat z perspektywą na kilkanaście kolejnych. Miałem też lęki. Lęki i sny. Już sam nie wiem co było gorsze. Bałem się wojny. Bałem się śmierci. Bałem się że będę musiał patrzeć jak giną ludzie. Sny pojawiały się rzadziej, ale były gorsze od wszystkich moich lęków. Na szczęście nauczyłem się je zapominać.

Strzał, przeładuj, strzał, przeładuj, strzał. Pięć razy. Chwila przerwy. Trzeba doładować naboje do sztucera. Najważniejsze jest jak przycelujesz pierwszy raz. Potem już zawsze łatwiej. Pach. Pach. Pach. I w każdej wolnej chwili trzeba pamiętać o pilnowaniu żeby magazynek był pełny. Koniecznie. A poza tym najważniejszy jest spokój. Już nie jeden raz uratował mi skórę. Spokój i trochę szczęścia żeby nie trafić na wędrowne stado. Z pojedynczymi można sobie zawsze poradzić, z watahą już niekoniecznie.

Nikt by nie pomyślał jakie łatwe stało się zabijanie. Także ludzi. Załaduj, przyceluj, wystrzel. Pach i nie żyje. W sumie „nie żyje” nie jest to termin adekwatny do sytuacji, należałoby może powiedzieć „padł”. Pach Pach – padło dwóch. Można by tak prawie cały dzień. Do znudzenia. Na szczęście okazja do postrzelania zdarza się nie tak często żeby się tym zmęczyć. Ale i nie tak rzadko żeby stracić czujność. Przez ostatni tydzień przybyło mi 20 łusek. 15 zabitych. W sumie niezły wynik, choć nocą przez noktowizor celuje się znacznie gorzej. Trzeba było kilka razy poprawiać.

Całe szczęście że udało nam się zbudować mur. Z gruzu, desek, wraków i wszelkiego rodzaju śmieci. Postapokaliptyczna palisada naszej wsi – Festung Woppen. Las dookoła to kolejna palisada, dzięki której jest o niebo spokojniej niż w pozostałych osadach. Z drugiej strony to także przekleństwo. Zamyka nas tak samo jak nas chroni. Ludzie w ciągu dwóch lat nauczyli się czuć bezpiecznie jedynie w chronionych osadach i na pustej przestrzeni gdzie każde niebezpieczeństwo widać jak na dłoni. Przez las podróżuje się tylko w najwyższej konieczności.

Najgorzej jest kiedy wypada służba na polu. 12 godzin na słupie. Niczym pieprzony Szymon słupnik. Tylko, że siedzisz akurat na takim betonowym. W zamontowanej na bezużytecznym już słupie energetycznym budzie z desek i blachy wielkości metr na metr. Nazywamy je M1. Przeważnie M1 wypada raz w tygodniu. A takich mieszkanek mamy w okolicy, poza palisadą, pięć. Każde broni innego pola, choć w sumie w razie większych kłopotów rola słupnika powinna sprowadzać się do walenia w gong i wystrzelenia racy sygnalizacyjnej.

Najgorzej było na samym początku. Do pracy już przestałem jeździć już kilka lat temu. Wszystko się przecież ostatecznie sypnęło, jak po dwóch miesiącach wojny na Kaukazie NATOwcy postanowili unieruchomić przemysł pana Cara Wszechrosji. Ale kogo to tak naprawdę obchodziło, skoro u nas już dawno tzw. surowce strategiczne były na wyłączny użytek państwa. Komu potrzebny kierowca autobusu, kiedy benzyny nie widział nikt od kilku tygodni. Więc siedziałem w domu i próbowałem wiązać koniec z końcem. Życie zgodne z naturą. Wszędzie zaczęto budować nagle wiatraki, w ogniwa fotoelektryczne jakoś nikt nie inwestował, bo to za szybo się psuło i naprawić było strasznie ciężko podobno. Więc prawie każda wioska stała się małą Holandią. Tylko trawy nie paliło się bo nie było za co.

A rowery jak w cenę weszły. Ho ho ho. A jakie rzeczy mogą powstać z połączenia pedału, łańcucha i koła. Nikt by nie pomyślał dopóki trzeba było się za to zabrać z konieczności. „Potrzeba matką wynalazków” powinna stać się dewizą ludzkości. A przynajmniej tej części, która zaskoczona została kryzysem i całym syfem, naszą małą apokalipsą, którą spłacaliśmy w ratach. Trzeci świat, wiele biednych państw w których i tak rzadko widywano samochody poza dużymi miastami, a prąd był widzimisię lokalnych watażków – oni nie zauważyli zasadniczej zmiany jakości życia. To my, „Zachód”, spadliśmy niespodziewanie do niższej ligi – zostaliśmy karnie zdegradowani za oszustwa, przekupstwa i nadużycia wobec świata. Reszta cały czas musiała radzić sobie bez całej sterty elektroniki, włókien węglowych i spieków ceramicznych.

Jak się szybko okazało, cywilizacja to wyjątkowo kruchy twór. Wystarczyło kilka miesięcy epidemii i wszystko rozsypało się w drobny mak. Jak zamek z klocków z którego wystarczy wyciągnąć jeden element a cały od razu wali się w ruinę. Zabrakło środków komunikacji i transportu, zaczęło brakować paliwa i prądu. Państwa porozpadały się z czasem na luźno rozrzucone odizolowane osady, miasta nie utrzymały się bez ciągłych dostaw towarów z prowincji. Kiedy zjedzono konserwy, wszystkie zapasy suchego jedzenia i wszystkie zwierzęta domowe, tysiące ludzi z miast ruszyło na wieś uciekając przed głodem. Zdziesiątkowani przez choroby, głód i ghoule rozleźli się po kraju niczym szarańcza. Zorganizowane gangi, grupy pielgrzymów szukających miejsca na osiedlenie się i zdesperowani uciekinierzy błagający o pomoc.

Broń. Broń to oddzielna historia. Prawdziwy problem. O ile w Stanach kiedyś każdy miał w domu strzelbę, lub co najmniej pistolet, to u nas w Europie broń wcale nie była i nadal nie jest tak dostępna jak mogłoby się wydawać. Naturalnie pistolety mieli np. policjanci i część pozostałych służb mundurowych. Strzelby, sztucery mieli myśliwi. Trochę było broni sportowej. Przeważające część cywili nie miała jednak żadnego, ale to żadnego dostępu do broni palnej. Wojsko broń miało, ale przeważnie w magazynach, skąd szybko rozejść mogła się ona po okolicy. Jednak regiony na których nie było rozmieszczonych jednostek wojskowych pozbawione zostały całkowicie tego źródła dopływu broni. Musiano próbować sobie radzić „tradycyjnymi” metodami. Wiele osób odkryło urok prostej lecz skutecznej broni jaką jest włócznia. Wielu pokochało swoje maczety, domorośli kowale zyskali na popularności i wielu zaczęło nosić przy sobie rożnego rodzaju broń białą. Z czasem uruchomiono lokalne fabryczki prochu, głównie czarnego, najłatwiejszego w przygotowaniu.

Cisza nie jest stanem naturalnym i zawsze powinna być pierwszym sygnałem alarmowym dla każdego podróżnika i trapera. Tego zdążyłem nauczyć się od mojego dziadka kiedy byłem jeszcze mały. Teraz jednak cisza była moim najbliższym przyjacielem. Zdechły wszystkie ptaki, które kiedyś skrzeczały przemykając nad grzywiastymi falami szmaragdowego morza. Tak samo wszystkie zwierzęta pozdychały w przeciągu kilku miesięcy od Zagłady. Ludzie, niektórzy z nas, przetrwali jedynie dzięki temu ze potrafili zakopać się wystarczająco głęboko. W luksusowych norach niczym krety żyliśmy we wnętrzu ziemi.

***

Położył maczetę obok radiostacji i włączył porządnie na pierwszy rzut oka wysłużone już urządzenie. Wiatrak na dachu energicznie obracał się, pędzony zimnym jesiennym wiatrem, dając energię dla żarówki zawieszonej pod sufitem i radiostacji trzeszczącej falami na plastykowym stoliku.

- Tu stacja czwarta, tu stacja czwarta. Melduje się do popołudniowego raportu. Melduje się do popołudniowego raportu – powiedział do słuchawki.

- Witaj Ka…. Jak sytuacja…..cie… – szumy i trzaski zniekształcały cichy przekaz wydobywający się z głośników. – Czwórka meldowała o ruchu od strony drogi E14 w kierunku dawnej jednostki. Wi…. na…ście…. całe stado.

- Dobra, możesz zejść z posterunku, zbieraj chłopaków i ruszaj do jeziora. Cały czas stado pędź przed sobą po prawej.