Wojna Zombie – Max Brooks

World War Z: an Oral History of the Zombie War, po polskiemu „Wojna Zombie” [wydawnictwo Red Horse] bo tak brzmi tytuł perełki napisanej przez Maxa Brooksa, jest lekturą, która mnie przyjemnie zaskoczyła. Wymarzona na świąteczną przerwę, dla odseparowania się od wszędobylskich mikołajów, śnieżynek i filmów familijnych klasy B.

Poprzednie spotkanie z twórczością Brooksa utarło w mojej głowie obraz literatury zgrabnej, ale odtwórczej, dobrej ale bez błyskotliwych wypadów fabularnych. No ale poprzednio był to jedynie poradnik survivalowy na wypadek epidemii zombizmu. Tym razem otrzymaliśmy najprawdziwszą literaturę faktu. Cóż z tego że fakty te zostają zmyślone… ale za to jak! Sugestywnie, barwnie i tworzące całkiem logiczną i kompleksową całość.

Na Wojnę Zombie spojrzę także jako historyk, ponieważ autor oparł się na metodzie badawczej z pogranicza warsztatu reportera oraz historyka, czyli Oral History – historii mówionej. Stanowiącą to niezwykle interesujący sposób tworzenia narracji historycznych, a jak dowodzi m. in. omawiana książka doskonale nadaje się także do tworzenia interesujących fikcji literackich.  Metoda ta pozwala na stworzenie dużego realizmu opisywanych wrażeń, autor przeskakując z rozmówcy na rozmówcę, z tematu na temat, może w dość zwięzłej formie przedstawić całościowy obraz wydarzenia/zagadnienia. Podobne prace historyczne powstają na całym świecie, z tym zastrzeżeniem że dotyczą one jednak prawdziwych wydarzeń… w przeciwieństwie do omawianej książki :) . Brooks doskonale „dobrał” rozmówców, z którymi jego awatar – twórca raportu powojennego, przeprowadza wywiady. Mamy więc szeroką gamę przedstawicieli różnych klas społecznych i wzory ich zachowań, od Indyjskich wojskowych dowódców po standardową amerykańską rodzinę. Mamy tez szeroki zakres terytorialny, obejmujący cały świat, z którego pominięta została chyba jedynie Australia.

Historie/wywiady opowiadane w książce są ciekawe, większość z nich swobodnie mogłaby stanowić tematy dla oddzielnych książek. Jednak to właśnie ta skondensowana forma, powoduje że z kilku dobrych historyjek i kilku świetnych powstała fenomenalna książka. Autor błyska pomysłem, warsztatem i talentem.

Podobno w drodze już ekranizacja książki… może i dobrze, choć ja wolę swoje własne ekranizacje w wyobraźni powstające podczas zaczytywania się książką. Może mam trochę gorsze efekty specjalne, ale za to ja sam jestem jej reżyserem i jedynym widzem. Doskonale zaspokaja to moją próżność czytelniczą.

Książkę zdecydowanie polecam, a jeśli jeszcze nie macie prezentu dla jakiegoś fana twórczościa pana Romero to tą książką go uradujecie :) .

czemu SF

Literatura to piękny wynalazek ludzkości. Występuje w niezliczonym bogactwie gatunków, podgatunków, nurtów, stylów oraz form pisarskich. Wśród tego bogactwa każdy odnajduje coś dla siebie, upatruje sobie jeden lub kilka gatunków, które szczególnie są mu miłe. Podobnie jest z filmami. Podobnie też np. z gatunkami ciast, które smakują nam bardziej niż inne. Po prostu.

Od tego miejsca mojego wywodu zacznę podpierać się swoim własnym przykładem. Jestem człowiekiem, który według ogólnych standardów można powiedzieć iż czyta dość dużo – cztery, pięć książek miesięcznie to wynik, który mogę uznać za moją średnią. Czytam przeważnie dla przyjemności, czasem z potrzeby, czasem dla zabicia nudy. Wszystko do tego momentu wydawałoby się raczej ok. średniio mogę policzyć iż dwie lub trzy ksiażki z tych przeczytanych w miesiącyu to literatur sceinece fiction. Wiele znajomych osób reaguje bardzo dziwnie kiedy po tym jak mi zadadzą to kurtuazyjne pytanie „co czytasz”, pokazuje im moją książkę. Reagują dziwnie, jednak zgodnie z tym o zaczerpnęli z naszej kultury.

SF to moim zdaniem jeden z ciekawszych i bardziej inteligentnych nurtów literackich (jednak „de gustibus…”). Jednocześnie bardzo nie doceniany i „poniżany” wobec np przeintelektualizowanej prozy poetyckiej i awangardowej, tak wychwalanej przez krytyków. Jako nurt SF ukształtował się ostatecznie nie licząc prekursorów) w latach przed II wojną światową, jednak największe lata rozkwitu uważam, iż są to lata 40te (amerykańscy klasycy) oraz 50te (literatura związana z atomem i powojennym boomem technologicznym). Można więc powiedzieć, że literatura SF ma już prawie 100 lat i nadal trzyma się bardzo mocno. Co ciekawe wiele innych gatunków podupada mocno lub całkowicie zanika po jakimś czasie.

SF często łączone jest i porównywane z nurtem Fantasy. Uważam to za całkowicie bezsensowne. Ponadto krzywdzące dla SF, jako całkowicie odmiennego kierunku rozwoju i często także innej jakości. Moim wrażeniem po kilku(nasto)letniej przygodzie z fantasy, od czasów podstawówki do liceum i może jeszcze dalej, to jedno ciągłe skojarzenie z literaturą przygodową. Naturalnie trafiają się tacy geniusze jak Tolkien czy Tad Williams (najlepsza znana mi seria fantasy „Pamięć Smutek i Cierń”, wyrastająca wysoko ponad poziom, nie wiem czy nie ponad samego Mistrza). Niemniej całe rzesze pisarzy po prostu tworzą literaturę przygodową w pseudo średniowiecznym magicznym klimacie, w sumie składając fabułę z gotowych klocków-schematów. No ale nie mam tu nic przeciw. To wszystko jest jakby powiedzieli anglo-sasi „very entertaining” i chyba nic ponad to.

Za coś całkowicie innego uważam SF. Prozę wybiegającą w całkowicie inne terytoria literackie niż jakiekolwiek fantasy. Czasem mam wrażenie że SF jest jedynie nakładką na tradycyjne gatunki literacie, pewnym przetworzeniem całego spektrum gatunków które zdołał wytworzyć ludzkość. SF zawiera w sobie szeroką gamę literackich wariantów fabularnych – od romansu, poprzez kryminał, do utworu filozoficznego. Jest nakładką, która ułatwia spojrzenie na wiele spraw w całkowicie inny sposób dzięki przeniesieniu rzeczywistych motywów i problemów w odrealnione, obce czytelnikowi otoczenie. Doskonale robił to Lem i bracia Strugaccy i wielu innych klasyków, którzy potrafili zajmować się socjologicznymi problemami społecznymi, demaskować ideologiczne kłamstwa, pokazywać bezsens niektórych naszych działań, a w końcu też testować psychikę ludzką i ją analizować na całkowicie wirtualnych przykładach świata przyszłości.

Jak wszędzie także i w SF, zdarzają się książki lepsze i gorsze, zdarzają się też te całkowicie genialne (np. Diuna, Fundacja). Jedno co zawsze będę bronił i co chętnie udowodnię opornemu osobnikowi na przykładach to to że pisarze SF to ludzie niewyobrażalnie pomysłowi o niewyczerpanej zdawałoby się wyobraźni. Niemniej opinia jest taka że SF to literatura dla nastolatków i pryszczatych informatyków w sweterkach. Bywa, iż pewne postacie zyskują wielce zasłużoną estymę, a w raz nimi podświetlona zostaje ich twórczość nad którą specjaliści się rozpływają. Często powodowane jest to jednak po części pozaliterackimi czynnikami które krytycy uznają za ich zaletę – Philip K. „Wariat” Dick, Stanisław „że też ci zacofańcy zza kurtyny umieją pisać SF” Lem. To co mi się marzy to prawdziwe badania literaturoznawcze nad SF, nie traktujące go jako kuriozum.

Na koniec kilka gorzkich słów. Szczerze przyznaje się że jakoś specjalnie nie afiszuję się moją ogromna i nieustającą fascynacją literaturą SF. Przyzwyczaiłem się że kiedy staram się rzeczowo odpowiedzieć na pytanie „co czytasz” zazwyczaj ludzie już na sama frazę „literatura science fiction” zazwyczaj przestają mnie słuchać. Nie wyjaśniam im więc, po prostu zdawkowo i półgębkiem burknę tytuł i autora, który nic im i tak nie powie i przechodzę do dalszej rozmowy. Drugą bolączką jest to, że niby SF jest literaturą popularną, a jednak ciężko znaleźć mi osobę, z która mógłbym porozmawiać „tak naprawdę” o SF. Może nie jestem wielkim znawcą, ale szczerze mnie to fascynuje. Czasem się czuję jak jakiś niespełniony filatelista, który nie ma komu pokazać swojej kolekcji znaczków, ani z kim się wymienić.

Jeśli wiec tu i teraz czyta mnie ktoś kto także jest wielbicielem SF niech da znać. Jeśli ktoś ma ochotę doedukować się z SF udzielę swojej biblioteki. Jeśli ktoś przeczytał coś ciekawego, lub poszukuje jakiejś książki niech się odezwie.

Stawiam wyzwanie tobie chłopcze, tobie dziewczynko, jeśli twierdzisz że SF to literatura dla dzieciaków chętnie udowodnię ci, że jest inaczej (na przykładach)

Nie wywołany odpowiadam

Po lekturze wpisu z bloga Bawidełka, pomimo iż nie zostałem wyzwany/wezwany do odpowiedzi na łańcuszkowe i zawarte tam pytania sam sobie i wobec na nie odpowiadam, bo skoro już czytając tekst w myślach na niego odpowiadałem to zapisuję co pomyślałem. Archiwista – nawet jeśli nie praktykujący i niewierzący to jednak zawsze czujny. Archiwizuje się więc moje odpowiedzi:

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
najchętniej wieczorem, jednak by nie marnować czasu staram się czytać w każdej wolnej chwili. Codziennie przed snem- bez książki nie zasypiam, potem niestety zapominam gasić światło kiedy zasnę z książka w ręku przez co pai się ono całą noc i zastanawiam się coraz częściej nad automatycznym kontaktem z możliwością ustawienia czasu zgaśnięcia światła

2. Gdzie czytasz?
W domu – na łóżku, na dworcu kolejowym, w pociągu, na przystanku autobusowym, w autobusie. Nie czytam w pracy, bo jak to sie mówi nie ma co wnosić drewna do lasu. W pracy pracuje… i pisze.

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

Na plecach jeśli czytam długo. Najczęściej na boku, zmieniając bok co kilkanaście minut przez co kiedy zasypiam książka ląduje na podłodze (wersja optymistyczna) bądź za łóżkiem (wersja mniej optymistyczna) lub zasypiam na niej (wersja tragiczna). Ostatnio staram się czytać na fotelu nabytym drogą przekazania.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Jeśli miałbym całkowitą możliwość wyboru wyłącznie jedynego gatunku to z pewnością literatura sf. Nie liczę książek „służbowych” choć i je lubię.

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś?

Pracuje w bibliotece ;] jednak ostatnio kupiłem „Miasto” Simaka za piątaka od żula w Wysokiej Bramie, cztery tomy dziel zebranych Lema, „Pamieć, etyka i historia”, 1000 stronicową Biografię Hitchcocka, mało tego staram się hamować, a poza tym książki przysyłają mi czasem za darmo ;]

6. Co czytałaś ostatnio? [zgaduje że z książek]

„Nośniki Pamięci historycznej” M. Kula

„Red-ball express” t.1

„Wojna Zombie” Max Brooks

„Świat bez historii” J. Topolski

7. Co czytasz aktualnie?

„Pamieć, etyka i historia”

„Miasto” C. Simak

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
Czytam i zapamiętuję stronę, jednak jeśli już używam zakładki to jest to najczęściej paragon.

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?
Książki do słuchania są całkowicie nie do słuchania, jedyne co możliwe to zrobienie z książki słuchowiska, jak np. Lesio – Chmielewskiej. Przesłuchalem kilka audiobooków i jestem nieusatysfakcjonowany.

10. Co sądzisz o e-bookach?

Druga i równoległa gałąź rozwoju książek użytkowych typu, podręczniki, paperbacki (które ebooki prawdopodobnie zastąpią). Popieram i nie mogę się doczekać na czytnik readius… byle tylko staniał jeszcze ;/

Nikogo nie naznaczam jakom i ja nie był naznaczony!

Handlarze Kosmosem wg. wencków

Wśród wielu książek, które czytam dla przyjemności z obowiązku lub z nudy sa takie które zasługują na kilka słów komentarza na moim blogu. Zasługiwać mogą bądź to jako wyraz zachwytu nad nimi i szacunku dla inwencji autora, bądź to jako przestroga i próba piętnowania lichości literacko wydawniczej.

Książka duetu Fredek Pohl i Cyryl Kornbluth "Handlarze Kosmosem" to jak wyczytałem na wielu fachowych stronach klasyczna pozycja SF. Przy okazji większych zakupów na allegro dorzuciłem także i tą niedużą książeczkę jako dodatek do mojej sajfajowej biblioteki. Klasykę trzeba przeczytać i wypada mieć.

Fabułę streszczam za pomocą notki edytorskiej dostarczonej przez wydawcę bo nie chce mi się jej opowiadać i nie jest celem mojej wypowiedzi zaprezentowanie tej książki samo przez się:

Świat jest przepełniony i wyeksploatowany, ludzkość stoi na skraju ekologicznej katastrofy. Samochody zastąpiono pojazdami z napędem pedałowym, za pożywienie służy chemiczna substancja produkowana na bazie soi, klatki schodowe biurowców służą za sypialnie dla pracowników. Podstawą funkcjonowania gospodarki jest niepohamowana konsumpcja, a jej motorem napędowym wielkie korporacje reklamowe. Mitchell Courtenay jest wysokiej rangi redaktorem, pracownikiem potentata reklamowego. Interesuje się nim bezwzględna konkurencja i ”Consies”, terrorystyczne podziemie o proekologicznych przekonaniach.

W ostatnich słowach tej części tekstu mogę powiedzieć, że słusznie zaliczona została ta księga (książeczka raczej – poniżej 200 stron) do klasyki, ponieważ powstając w roku 1952 przewidziała wiele z dzisiejszych (a rodzących się już wówczas) mechanizmów rządzących naszym światem. Podejrzewam też, że i za kolejne 50 lat będzie ona tak samo aktualna w wielu kwestiach.

Koniec uprzejmości i teraz jedziemy…

Nic dobrego nie mogę jednak powiedzieć na temat sfery technicznej Handlarzy. Wydania podjęło się wydawnictwo Solaris p. Wojtka Sedeńki, które jest najbliższym mi terytorialnie wydawnictwem z tego segmentu i przez to podwójnie boli mnie brakoróbstwo, tandeta oraz rażące błędy jakich dopuszczono się wydając klasykę.

W książce natrafiłem na kilkadziesiąt (!!!!!!! o zgrozo) błędów – literówek, powtórzeń, błędów interpunkcyjnych oraz co gorsze i najbardziej mnie przerażające, błędów wskazujących na błędy w tłumaczeniu. Zerkam właśnie do książki i odczytuje, że tłumaczenie popełniła Małgorzata Łukomska… zapomnieli wpisać jeszcze tylko jakim translatorem się kobieta posłużyła…

Kolejny bubel to projekt graficzny. Masakra. Książka pochodzi z roku 2000, komputer jest już wówczas narzędziem sprawnym w rękach średnio wykwalifikowanego licealisty. Tutaj jednak p.Tomasz Wencek wykazał sie całkowitym brakiem estetyki i jakiejkolwiek inwencji. Może nawet nie czytał książki. Pewnie nie. Tak samo nie czytała jej zapewne spokrewniona w jakiś sposób z panem Tomaszem pani Małgorzata Wencek, odpowiedzialna rzekomo za korektę.

Tak oto jedna rodzina (?) pięknie wyrobiła w moich oczach i zapewne w oczach innych czytelników opinię na temat wydawnictwa Solaris.Wstyd.

Świetna książka, jednak polecam w oryginale lub z innego wydawnictwa w innym tłumaczeniu.

Malownicza pazerność cinkciarza

Polska literatura ponowoczesna to ciekawe zjawisko. O ile nie każdemu może sie podobać forma literatury oferowanej np. przez Masłowską, to nie można odmówić mu roli świetnego medium dla wyrażania kondycji naszej rzeczywistości. Chciałoby się powiedzieć że każde pokolenie ma swoje środki wyrazu. Nas Miłosz nei rusza…

"Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna Szczakowej" - książka młodego, choć już uznanego, pisarza Michała Witkowskiego to baaardzo ciekawa lektura. Moja przygoda z nią to historia przewlekła choć w odcinkach. Pierwsze zetknięcie nastąpiła dłuższy czas temu za pomocą programu literackiego na TVN24 (czy jeszcze on leci? chyba nie). Potem sporadycznie przemykała mi ona w księgarniach, jednak specjalnie za nowościami literackimi nie gonię, muszę się przyznać, gdyż są setki zaległości z klasyki i książek "służbowych". Ostatnio jednak los zetknął mnie z nią w sposób zdecydowanie wskazujący na to bym w końcu przeczytał "Barbarę"… W księgarni na dworcu w Poznaniu, w koszach z książkami z wyprzedaży (straszny proceder), pośród setek innych po krótkich wykopaliskach znalazła się Ona. Jedna jedyna, ostatnio, czekająca bym ją kupił. I za ile? 7….. 7! złotych! – przeceniona z 19.90. Grzech nie kupić.

Nie zgrzeszyłem.

Co do mojego zdania na temat książki to uczciwie przyznaję, że poetyka słowotoku – jego porwana struktura i prawie że hipertekstowa konstrukcja myślowa,doskonale nadają się dla opowieści o pazernym cinkciarzu z romantyczną duszą. I Witkowski pięknie wplata ów słowotok w realia czasów przełomu, czasów Polskiego dzikiego zachodu – gorączki złota i odkrycia pokładów złóż roponośnych pod zbutwiały społeczeństwem PRLu i wczesnego kapitalizmu. Pisarz świetnie buduje obraz znanej nam wszystkim (z autopsji lub opowieści) rzeczywistości czasów przełomu, lecz chyba momentami zbytnie popłynięcie w trendsetterskie i kuszące anegdoty, zaciemnia sens i "fabułę". Zdecydowanie książka słabnie, gdy ma się ku końcowi. Anegdoty już tak nie bawią, a błyskotliwego zakończenia brak. Nie ma show. Pozostaje wrażenie jakby "forma" zdominowała Autora.

Niemniej przyjac należy iż jest to przywilej tego stylu pisarskiego.  Zdecydowanie odległy od pozytywistycznego "ordnungu", od metafizycznej prozo-poezji powojennej, od przemyślanej fabuły książek "dedyktywistycznych. "Barbara" jest encefalogramem myśli, teledyskiem pamięci oraz zapisem wewnętrznego monologu znalezionego na bash.org.pl. Doskonałe oddanie potoku świadomości człowiekoa (po)nowoczesnego.

Piękny jest rytm tej książki. Jej soczystość i wyrazistość. Jest ona nasycona kolorem, brudem, smakiem, sugestywnym obrazem świata podstarzałego faceta z wąsami, który zakłada perły i marzy o pięknym Ukraińcu. Jak możemy przeczytać w recenzji Piotra Gruszczyńskiego w "Tygodniku Powszechnym":

Michał Witkowski słyszy, co pisze. Dzięki temu jego jego czytelnicy widzą to, o czym Witkowski napisał. To rzadka umiejętność.

Przyznaję ze książkę pochłonąłem jednym tchem i koniecznie muszę sięgnąć po inne jego utwory.

Dla pogłębienia polecam dwie recenzje:

 - Recenzja ze strony chojnowski.blogspot.com

 - Recenzja z Gazety Wyborczej

Polecam.

Michał Witkowski, Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna Szczakowej, WAB, 2007

PS

książkę w skandalicznej cenie 5.50 – czyli mniej więcej piwo w knajpie, można kupić w księgarni czytajtanio.pl

 

*.semita

Filosemita? Antysemita? Są to dwa obiegowe terminy ujawniające twój stosunek do narodu żydowskiego żyjącego w diasporze na terenie całego świata. Można być jednym lub drugim, żadnych form pośrednich pomiędzy tymi dwoma światopoglądami raczej się nie uznaje. Chyba nie spotkałem się jeszcze ze społecznym uznaniem formy pośredniej – ani filo ani anty. Po prostu człowiek traktujący Żydów normalnie, jakby po prostu byli. Byli i już. W tej kwestii nasze społeczeństwo i nasz krąg kulturowy myśli w kategoriach całkowicie dwubiegunowych – "0" lub "1". W związku z tragiczną historią holokaustu wykształciło się właśnie takie myślenie oparte na współczuciu, obawie przed powtórzeniem się wydarzeń i lęku przez cierpieniem jakiego naród ten doznał. Zarazem jest w tym odrobina wdzięczności, że to spotkało  "ich" a nie "nas". Mechanizmy te rozszyfrować może każdy domorosły socjolog z zacięciem psychologicznym.

"Strach" o którym mowa w książce Jana Tomasza Grossa to właśnie w dużej mierze ten o którym mowa była powyżej. Gross podkreśla jednak mocno wątek strachu jako lęku przed obwinieniem za bierność wobec zbrodni oraz lęku przed odebraniem zagrabionego na Żydach mienia. W wyniku zagłady Żydów Polacy przejęli w ciągu kilku lat wojny ich rolę jako kupców, handlarzy, rzemieślników, różnych poziomów średnio zamożnego mieszczaństwa będącego ważnym elementem społeczeństwa. Po "wejściu" polaków w miejsce starozakonnych nie istniała możliwość dobrowolnego powrotu do status quo ante. Nie w powojennym społeczeństwie, które żyło w świecie traumy, zdziczenia wojennego i powojennego (komunistycznego), społeczeństwa świadomego postępowania celowego niszczenia wszelkich więzów z epoką przedwojenną. Społeczeństwo po okupacji potrzebowało ukierunkować swój gniew, a jako że nie było możliwe zemszczenie się na Niemcach, mszczono się na ich ofiarach – Żydach. Moim zdaniem bardzo przydałyby się badania zespołu psychologów, socjologów oraz historyków nad tym skomplikowanym zagadnieniem. Antysemityzm niezaprzeczalnie istniał przed wojną zarówno w faszyzujących kręgach środowisk prawicowych jak i w całości społeczeństwa.  Mi osobuście najważniejsze tutaj wydaje się znalezienie wytłumaczenia co spowodowało jego wybuch na szeroką skalę.

"Strach" jest książką o antysemityzmie i sam w sobie dla czytelnika nieświadomego różnorodnych postaw społeczeństwa wobec Żydów może być szkodliwy i utrwalić wizerunek polaka-antysemity (który niestety po części jest prawdziwy, lecz obecnie myślę, poziom antysemityzmy w Polsce nie różni nie od poziomu antysemityzmu w wielu innych krajach). O ile czytelnik nasz, rodzimy zapewne sam będzie umiał uświadomić sobie że jest to tylko relacja jednej ze stron, to obawiam się że czytelnik zachodni, szczególnie amerykański, pozbawiony ogólnej wiedzy może wyciągnąć błędne wnioski.

Dlatego jako "leki osłonowe" wobec ładunku zawartego w "Strachu" zastosować należałoby by dwa "środki"

Po pierwsze książkę Jana Błońskiego "Biedni Polacy patrzą na getto" ważny i bardzo dojrzały głos w dyskusji nad antysemityzmem, który zacytuje ze strony wydanictwa:

Według publicysty antysemityzm da się wyplenić, jeśli szczerze przeanalizujemy naszą historię – i to nie tylko tę pisaną złotymi literami, jak np. ponad 5 tysięcy drzewek posadzonych w Instytucie Yad Vashem przez Polaków – "sprawiedliwych wśród narodów świata", ale również te ciemne plamy w naszych dziejach (getta ławkowe, działalność Romana Dmowskiego, szmalcownictwo i obojętność wobec Holokaustu w czasie drugiej wojny światowej). W 1987 roku w „Tygodniku Powszechnym" Błoński pisał: „Myślę, że w naszym stosunku do żydowsko-polskiej przeszłości winniśmy przestać się bronić, usprawiedliwiać, targować. Podkreślać, czego nie mogliśmy zrobić za okupacji czy dawniej. Zrzucać winę na uwarunkowania polityczne, społeczne, ekonomiczne. Powiedzieć najpierw: tak, jesteśmy winni. Przyjęliśmy Żydów do naszego domu, ale kazaliśmy im mieszkać w piwnicy. Kiedy chcieli wejść na pokoje, obiecywaliśmy, że wpuścimy, jeśli przestaną być Żydami, jeśli się »ucywilizują«, jak mawiano w XIX wieku, nie tylko w Polsce, rzecz jasna".

 Dodatkowo Błoński przedstawia także ciekawą analizę literackiego spojrzenia na Żydów oczami największych narodowych pisarzy i poetów. Książka stanowiące niezwykle ciekawą lekturę, a jednocześnie bardzo cenne uzupełnienie wiedzy uzyskanej po lekturze "Strachu".

Jako kolejny "lek osłonowy" polecić należy mało znany, ale bardzo dobry film "Ulica Graniczna" z roku 1948 traktujący o stosunkach polsko – żydowskich. Co zadziwiające traktuje on ten problem bardzo dojrzale, ukazując zarówno przyjazne jak i wrogie nastawienie części społeczeństwa, co jednak wydaje mi się najważniejsze w filmie tym doskonale uchwycono to ewolucję postaw. Bohaterowie zmieniają swoje nastawienie, początkowo poddają się okupacyjnemu antysemityzmowi, jednak potrafią się z niego otrząsnąć. Obraz nie prezentuje dwubiegunowego obrazu antysemity kontra filosemity. Pozwala zatrzeć granice pomiędzy tymi dwoma pojęciami, przez wydaje się odzwierciedlać rzeczywiste nastoje ówczesnego społeczeństwa. Bo z pewnością byli antysemici, którzy nie mogli spokojnie patrzeć na cierpienie drugiego człowieka i tacy, którzy pomimo ,iż nie mieli nic przeciwko Żydom to koniunkturalnie wykorzystywali ich niedole. Miłosierny-antysemita i filosemita-antyżydowski.

Bo najważniejsze jest, wydaje mi się, żeby wszystkie problemy rozpatrywać w jak najszerszym kontekście. Wtedy mniejsze będzie prawdopodobieństwo błędu podczas konstruowania wniosków i opinii.