Maciej Rynarzewski - mikroagencja kreatywna
+ 48 664 453 930 – maciej.rynarzewski@gmail.com
Maciej Rynarzewski - mikroagencja kreatywna
+ 48 664 453 930 – maciej.rynarzewski@gmail.com

W Tygodniku Powszechnym ukazał się niedawno artykuł, „Ani praca, ani naukowa” Joanny Soćko,  który porusza bardzo bliski mi problem statusu doktoranta w polskim systemie nauki. Jeśli zaś do systemowego problemu kim jest doktorant, dodamy bagienny klimat polskiej nauki to rysuje się obraz nie do końca wesoły.

Istnieje kilka zagadnień dotyczących polskiej nauki, zarówno tej jeszcze niedoszłej jak i tej zabetonowanej na akademickich stołkach, które w przyszłości zaowocować mogą, o ile nie zapaścią, to utrzymaniem jej na obecnym, miernym poziomie. Są to moim zdaniem następujące kwestie:

Niski poziom moralny wśród naukowców, którzy ucząc doktorantów mają ich nie tylko naukowo, ale i moralnie kształtować. A jak mamy czuć się kiedy o misji nauczyciela akademickiego opowiada doktorantom hipotetyczny profesor, który znany jest z tego że lubi zaszaleć na naukowych objazdach ze studentkami (i specjalnie się z tym nie kryje) oraz ma (pozamałżeńskie) dziecko z jedną ze swoich podwładnych. A do tego cała sytuacja jest jeszcze najczęściej akceptowana przez ogół akademickiej „society”. I takich hipotetycznych profesorów, doktorów, magistrów są setki, bo środowisko jest zdegenerowane. O ile trafiają się chlubne postacie, które podtrzymują etos naukowca jako zawodu o wyższym poziomie zaufania społecznego, to giną one niestety w tłumie ludzi, którzy wykorzystują stanowisko do załatwiania swoich interesów i zaspokajania swoich żądz. Siedzieć cicho, podnosić rękę na głosowaniach, odklepać dydaktykę, zaliczyć może przy okazji jakąś studentkę, zrobić minimum punktów i napić się wódki z kim trzeba to i habilitacje jakoś się przepchnie. Przepis na statystycznego polskiego naukowca.

Kwestia finansowa. Najczęściej podnoszony argument w dyskusji nad życiem doktoranta.  Za 1044 zł , które doktorant dostaję od uczelni zobowiązany jestem poprowadzić 90 godzin zajęć (i przygotować się do nich), a jednocześnie dla własnego rozwoju i wypełnienia programu studiów do uczestnictwa w 2-3 zajęciach/wykładach tygodniowo. Jeśli do tego dodamy prowadzenie badań naukowych, to okaże się, że jest to całkiem sporo pracy. Mogę jeszcze przypomnieć tylko, że cena kserokopii dokumentu z archiwum kosztuje 2 zł za sztukę (!). Licząc same tylko podstawowe koszty utrzymania to zasadniczo ze stypendium nie ma prawa pozostać nic na życie poza podstawową egzystencją, bo zakładam, że jako młody człowiek nie mam własnego mieszkania ani innych dóbr specjalnych. A miło by jeszcze było gdyby doktorant poza swoją dziedziną był na bieżąco z trendami w sztuce, literaturze itp. Wszystko to za 1044 zł.  Podobnie jest z wyjazdami naukowymi. Uczelnia (przynajmniej u mnie) programowo robi problemy z opłacaniem delegacji za wyjazdy. A nawet jak już opłaci delegację to nie zwróci opłaty konferencyjnej. Ale jak już jesteśmy odpowiednio zdeterminowani to musimy poświęcić kilkanaście godzin na chodzenie, proszenie, czekanie, podpisywanie i tak w kółko. O wyjazdach zagranicznych ciężko marzyć, trzeba się zasłużyć u odpowiednich osób, wtedy może dadzą trochę grosza.

Trzeba więc jeszcze gdzieś pracować. Na pół lub 3/4 etatu, w nieregularnych godzinach naturalnie, bo trzeba jeszcze poprowadzić zajęcia, pójść na wykłady. Czy wielu jest tak wyrozumiałych pracodawców, którzy przedłożą rozwój pracownik, nad własny interes? Mam akurat szczęście pracować w Bibliotece Uniwersyteckiej, czyli jestem pracownikiem tej samej firmy, która mnie edukuje. Jest łatwiej. Ale co mają powiedzieć ludzie, którzy pracują na poczcie, w szkole, lub w supermarkecie i jednocześnie studiują? Może nadejść taki dzień, że będą zmuszeni do wybrania pomiędzy jedną, a drugą stroną mocy. A z takiego dorabiania można wyciągnąć dodatkowy tysiąc? może trochę więcej. Jakoś wtedy starczy na utrzymanie się, nawet na kupienie kilku książek, pójście do kina i rekreacyjny wyjazd do prawdziwej Europy.

Można oczywiście uwiesić się rodziców i jako podstarzały laluś z reklamy banku prosić o nóż z ząbkami. Można też postarać się o dobrze sytuowanego partnera/partnerkę, która utrzyma nas w czasie pisania doktoratu. Zgodnie z kulturowymi stereotypami, w przypadku kobiet ujdzie jeszcze znalezienie sobie bogatego męża. W przypadku faceta, może to stać się przyczyną sporym problemów z poczuciem własnej wartości, jeśli nie będzie mógł zająć przypisanej mu przez społeczeństwo roli.

Mamy więc do wyboru:

  • klepanie bieda
  • druga praca i brak czasu
  • pasożyt na rodzicach
  • pasożyt na partnerze

żadna z opcji nie zapewnia godziwych warunków. Ale i tak na mojej uczelni było (juz nie jest) pięknie bo wszyscy przyjęcci mieli stypendium. Na wielu uczelniach stypendium jest łaską i przedmiotem porządania. Z czego wówczas się utrzymują doktoranci? Nie mam pojęcia.

Pytanie: Na co polskim uczelniom, zmęczeni życiem, mało kreatywni ludzie, którzy w wieku 30 lat ostatecznie dobili szczęśliwie do tytułu doktora i cudem wyjęczeli sobie etat, poświęcając do tego swoją własną godność, nauczyli się od starszych kolegów strategii przetrwania i robią swoje?

Odpowiedź: Są potrzebni do kontynuowania „misji” uniwersytetów, bo nie stanowią konkurencji i  są pokorni!

i tak oto gładko przechodzimy do kolejnego zagadnienai którym jest: Pochwała uniżoności i promowanie dyspozycyjnych osób o niekoniecznie największym potencjale naukowym.Nie wiem czy góra to sobie do końca uświadamia ale jest to poważne (najpoważniejsze??) zagrożenie dla poziomu nauki w naszym kraju. Dość powszechnym zjawiskiem wydaje się być istnienie zjawiska „dworu”. Nepotyzm (który sam w sobie nie jest zły) na uczelniach pojawia się w najgorszej formie.  Funkcjonuje także powszechne (poparte wieloma przykładami) przeświadczenie, że na uczelni można załatwić wszystko sypiając z kim trzeba, pijąc wódkę z odpowiednimi ludźmi, lub przytakując najgłupszym pomysłom i kryjąc finansowe przekręty przełożonych podczas grantów. Dotyczy to zarówno studentów, doktorantów, jak i „dorosłych” naukowców. I jak potem można narzekać na „drenaż umysłów”, skoro u nas nie istnieją mechanizmy pozwalające dostrzec ludzi z potencjałem i dać im szansy na rozwój. Mamy za to całą metodologie kumactwa, kunktatorstwa, spychologii, załatwiactwa i nepotyidiotyzmu.

Stawianie na dydaktykę a nie na naukę. Życie uniwersytetów w przeważającej mierze kręci się wokół dydaktyki.  Bo za to jest pensja (wyrobić trzeba odgórnie określone pensum) i z tego jest się w głównej mierze rozliczanym (są tez i dokonania „naukowe” które także trzeba wyrobić normą, ale to odrębny temat). Nie każdy ma z kolei talent dydaktyczny. Tylko nieliczni szczęśliwcy pracuję gdzieś w PAN lub oddzielnych ośrodkach badawczych (które z racji braku dydaktyki zazwyczaj borykają się z problemami finansowymi – zamknięty krąg absurdu). Badania naukowe w naukach humanistycznych sa prowadzone często, niejako „na boku”. Z pozycji doktoranta na mojej uczelni wygląda(ło) to tak, że zadane 90 godzin mam do wyrobienia obowiązkowo w formie prowadzenia zajęć lub ich współprowadzenia. Struktura instytutu i siatka godzin jest taka, że niestety nie ma szans poprowadzenia zajęć które mogłyby przydać się mi w kierunku mojego obszaru badawczego, przez co zajmując się ogólnie zagadnieniami metodologii historii zmuszony jestem do prowadzenia zajęć z Polskiej polityki zagranicznej po 1945 roku. Absurd! Kilkanaście godzin tygodniowo wyjętych z życiorysu. Wcześniej udawało się wyrobić jakieś minimum w postaci jednej grupy, a resztę „pożyczyć” na zasadzie fikcyjnego współprowadzenia. W tym roku klapa, bo „naukowców” ktoś postraszył, że ze współprowadzenia będą odejmowane godziny z ich pensji i nagle skończyło się współprowadzenie. Absurd.

Tragiczny program studiów doktoranckich. Wyobrażałem sobie zajęcia na studiach doktoranckich jako coś bliższego rozmowie równego z równym, rozmowie starszego kolegi z młodszym kolegą. Jako wymianę zdań, dyskusję i wskazywanie ciekawych idei i kierunków myślenia młodemu człowiekowi, który już nie jest czystą kartą. Tak sobie to naiwnie wyobrażałem, patrząc na niektóre z moich poza-studenckich kontaktów z doktorami i profesorami, jeszcze w trakcie studiów magisterskich, a także już po ich zakończeniu.  Pierwszy rok studiów doktoranckich skutecznie wybawił mnie jednak od tych idyllicznych złudzeń. Pierwsze zajęcia: sala wykładowa 130 osób i wykład na temat metodologii ogólnej, gdzie sama wykładowczyni zaznacza, że z racji ogromnej rozpiętości dziedzin poziom abstrakcji musi być tak duży że niewiele z tych zajęć skorzystamy, no ale musi je poprowadzić bo tak jest w planie.  Potem zajęcia kierunkowe które podobnie okazały się fikcją, na której prezentowana była nieprzydatna już dziś wiedza sprzed około 10 lat (akurat moja pokrewna tematyka) zaś odbyło się około 30% zajęć zaplanowanych (potem w anonimowej ankiecie końcowej większość studentów skłamała w tej i innych kwestiach odnośnie tych tragicznych zajęć, żeby był spokój). Mentalnośc po obu stronać przeniesiona metoda ctrl-v ze studiów magisterskich.

Wmawianie braku perspektyw. Jeśli non-stop słyszy się, że nie ma szans na zatrudnienie i mówi o tym zarówno kierownik instytutu,  szef katedry,  dziekan wydziały oraz rektor to jak znaleźć motywację do rozwoju i pracy. Jednocześnie przy tym są nagle zatrudniane osoby całkowicie z zewnątrz (nie ośmielam się prorokować co do ich koneksji) i nadal słyszy się, że nie ma szans na zatrudnienie. Zapala się czerwona lampka, że coś jest nie tak. Ja rozumiem to jako formę celowego zaniżania samooceny studentów w stylu:  „rób doktorat, rób i tak ci nic z tego nie przyjdzie”. Młodzi (niezależni) adepci nauki są rozpatrywani jako  zagrożenie dla systemu, nie zaś jako jego nadzieja. Naturalnym jest że nie powinno się obiecywać wszystkim doktorantom pracy na uczelni bo jej po prostu fizycznie nie ma, ale choć niech czynniki decyzyjne powstrzymają się od wmawiania nam bzdur o tym, że nie ma szans na pracę.

Dewaluacja znaczenia stopnia naukowego. Przy masowości studentów (na roku studiów doktoranckich jest na cały uniwersytet łącznie około 130 osób) trudno nie tylko o stosunek mistrz-uczeń, który jest najbardziej funkcjonalnym (jedynym?) sposobem rozwoju, ale nawet problemem jest to, że po raz kolejny mamy zajęcia w grupach, które liczą 30 osób. Dochodzi do sytuacji jaka miała (i ma nadal) miejsce przy pracach magisterskich. Końcowa praca na studiach staje się fikcyjną formalnością, bo nie ma możliwości aby doktor, czy profesor przyłożył się do oceny i wsparcia 10 prac magisterskich i podobnej lub większej liczby prac licencjackich w jednym semestrze. Jest to fizycznie niemożliwe. Powoduje to drastyczne obniżenie poziomu prac, bo często studenci nie są naprostowywani w popełnionych podstawowych błędach, bo nie ma na to czasu. I kończą studia z przeświadczeniem, że napisali świetną pracę końcową i świat stoi przed nimi otworem. Podobnie zaczyna dziać się z nadawaniem tytułu doktora. Już dziś wśród znajomych z wyższych lat słyszę, że wystarczy aby napisali jako-taki doktorat, nie musi być specjalnie dobry i obronią się bez problemu, bo po tylu latach przecież im się należy, a i w statystykach to będzie ładnie na uczelni wyglądało. Albo ich promotor ma dobrą pozycję i dochodzi do najzwyklejszego szantażu:

„Ten pan się obroni doktorat, a ja panu w zamian wystawię dobrą recenzję do habilitacji… a jak  w rzeczywistości jest obaj dobrze wiemy, ani ten doktorat nie powinien być obroniony, ani pan nie powinien mieć tej habilitacji… no ale ręka rękę myje. ” – Rzekł tak zapewne jeden znany profesor w pewnej nauce pomocniczej mniej znanemu doktorowi któremu po raz kolejny odrzucono habilitację.

Proszę więc nie oszukiwać młodych ludzi, nie mamić ich wizjami. Stop drobnym poniżeniom, stop układom i układzikom, stop moralnej gangrenie, stop kieratowi bezsensownej dydaktyki. Bycie młodym naukowcem nie ma sensu jeśli zamiast budować swoją wartość na dokonaniach starszych kolegów, musimy się uczyć jak wygodnie umościć się pod ich opieką i nie w żadnym wypadku nie wystawać ponad nich. Nie ma to najmniejszego sensu.

[Kilka dni temu zrezygnowałem ze studiów doktoranckich. Byłem na początku drugiego roku i od kilku miesięcy rozważałem decyzję „rzucenia” studiów i zajęcia się kilkoma innymi rzeczami, które mi w życiu jako tako idą i które chciałbym zrobić. Ostatecznie podjąłem decyzję, co nie było łatwe, i jestem odrobinę bardziej wolny (moralnie i psychicznie). Mam przed sobą spory kawał przyszłości w który patrzę z uśmiechem. Spróbowałem i wiem że to nie dla mnie. Niemniej innym życzę powodzenia i kibicuje co zdolniejszym kolegom i koleżankom, które mam nadzieję znajdą sposób na pokonanie akademickiej hydry!]

[ilustracja Wrote @ Flickr]

13 Responses
  1. Martyna Matacz

    To wszystko jest dla mnie tak szokujące i tak prawdziwe, że zastanawiam się po co w ogóle rozważam (zawczasu) doktorat. Niby się mówi, że na każdym kierunku jest inaczej, ale takie stwierdzenie jest tak naiwne, że aż śmieszne. To jak powinno być naprawdę to tylko pobożne życzenia, a jak jest w rzeczywistości, no cóż, to jest po prostu smutne. Chciałoby się renesansowego mecenatu, a dostaje się żałosną kpinę. Mówisz o degeneracji szerzącej się wśród tej „elity”, ja w swoim środowisku zauważam nieco inną tendencję – coś na zasadzie „innym nie dam, abym tylko sam miał” lub „jeśli masz czas na przyjemności, ba, jeśli masz w ogóle czas to znaczy, że się nie nadajesz”. Odczuwam brak motywacji głównie z tego względu, że w mojej dziedzinie profesor zrobi wszystko, żeby ci udowodnić, że nic nie wiesz, nic nie umiesz, jesteś kompletnym ignorantem i do niczego się nie nadajesz. Czasem mam ochotę rzucić zgniłym pomidorem…

    Pozdrawiam świątecznie i dzięki za arcyciekawą notkę!

  2. no no to żeś pojechał (dzięki za wiedzę)
    ten tekst tłumaczy pośrednio różne dziwne zjawiska które obserwowałem w iinisb, właśnie na takie zachowania wyglądały tylko wierzyć nie chciałem w to co widziałem 🙁
    echh ludzkość karleje

  3. MR

    po studiach magisterskich miałem jeszcze złudzenia, na doktoranckich zostałem ich ostatecznie pozbawiony. Uczelnie są jak PZPN… o wszystkim decyduję leśne dziadki, które patrzą jak sobie tylko umościć i kolegom załatwić.

    A że ludzkość karleje to fakt. Zawsze jak do H&M idę i przymierzam XL to okazuje się że na karłów szyją te ubrania… karleje nam ludzkość. Rządy to ukrywają.

  4. Dziubka

    Hej Maćku
    wielka, wielka szkoda:(
    znam bardzo dobrze atmosferę wydziału, którego również jestem absolwentką więc mam świadomość że Twój wpis i tak dosyć łaskawie potraktował całe to Towarzystwo Historyczne…
    wszystkiego dobrego na nowej drodze życia:)i tylko pisać nie przestawaj:))
    pozdrawiam serdecznie
    Kasia

  5. Madzik

    Ech…po tym wszystkim, co tu przeczytałam, cieszę się, że wybrałam belfrowanie w SP, a myśli dotyczące doktoratu odsunęłam gdzieś hen za horyzont 🙂

  6. MR

    @Madzik – w sumie to nic w tych kwestiach nie zmieniło się od czasów studiów magisterskich. Myślałem że na wyższym levelu będzie inaczej ale się grubo pomyliłem. Jest nawet gorzej.

  7. Hades

    Mam nadzieję, że polska nauka nie straciła na tej decyzji. Będzie w humanistyce trochę mnie psedointelektualnego bełkotu.

  8. Wilson

    Całkowicie zgadzam się z z tym co zostało napisane w tym artykule. Cieszę się, że to wszystko zostało to w końcu powiedziane. Mógłby się ukazać, w którym z tygodników opiniotwórczych. Pozdrawiam:)

  9. czarny

    Czołem boss!! Żeś pojechał, aż huczy:))) No w każdym razie wszystkiego dobrego na nowej drodze naukowego życia, jakakolwiek by nie była, pozdro.

Leave a Reply