Maciej Rynarzewski - mikroagencja kreatywna
+ 48 664 453 930 – maciej.rynarzewski@gmail.com
Maciej Rynarzewski - mikroagencja kreatywna
+ 48 664 453 930 – maciej.rynarzewski@gmail.com

Metallica na Sonisphere Festival [Warszawa – Bemowo 16 czerwca 2010]

Na koncertach bywam rzadko jednak wyprawa na Sonisphere Festival była bardzo udana. Nie jestem wielkim fanem klasycznego trash metalu, co tu dużo mówić, pojechałem głównie dla gwiazdy wieczoru – zespołu Metallica. Ehh… warto było. Po stokroć warto było usłyszeć Metallice na żywo. Czysta energia przenoszona za pomocą fal dźwiękowych. Charyzma zespołu i klimat n-i-e-p-o-w-t-a-r-z-a-l-n-e !!!

[wszystkie fotki własne]

Do Stolycy wybraliśmy się z Monią samochodem, jako że to wygodnie i spokojniej, a przy okazji mieliśmy jeszcze odebrać wraz z bagażami Przyszłego Afrykańskiego Króla,  który przyleciał tego samego dnia z Irlandii do kraju rodzinnego i na koncert. Pogoda dopisała choć wcześniej raczej było tropikalnie, z regularnymi opadami i wysoką temperaturą.  Wsiedliśmy więc sobie w skodzinkę w Olsztynie przed południem, śmignęliśmy te 200 km z kawałkiem (droga prawie pusta, jazda przyjemna) w Łomiankach sobie skręciliśmy i ominęliśmy duuużo korków lądując od razu na ul. Powstańców Śląskich ( czy jakośtak). Tak też około 15.00 zajechaliśmy na polecany przez organizatorów parking w Tesku i jeszcze na zakończenie trasy połamałem uchwyt od GPSu, który sprytnie prowadził mnie do celu głosem Krzysia Hołowczyca (za uchwyt w postaci kawałka plastyku o powierzchni kilku centymetrów kwadratowych zapłaciłem potem 48 zł na Allegro jako że gps był od brata mego starszego pożyczony…). Potem tylko jeszcze odwiedziny kibelka w Wielkim Babilonie (Monia jak to na kobietę przystało musiała jeszcze zahaczyć o sklep z butami ;] ) i już z parkingu poszliśmy pieszo na lotnisko. Wiedzeni instynktem podążaliśmy za tabunami ubranych na czarno ludzi. My też mieliśmy naturalnie strój z wyraźnymi czarnymi akcentami, choć bez żadnych przynależności zespołowych. Cała droga z parkingu do lotniska zajęła nam sporo czasu, łącznie chyba ze 40 minut. Dłużej niż oczekiwaliśmy.

O wielkości imprezy może świadczyć choćby to, że od samego wejścia (bramek) w pobliże sceny szliśmy ładne 5 minut… a potem prawie cała ta przestrzeń była wypełniona ludźmi ;/ Jak podawano w mediach zebrać się miało ponad 80tyś fanów cięższego grania.

Na początek trafiliśmy jeszcze na końcówkę Behemota z wokalistą znanym z tego że jest chłoptasiem dody (celowo napisanej z małej litery). Behemot był jednak żałosny i na szczęście grał krótko. A słońce cały czas porządnie paliło.  Kolejny wszedł Anthrax. Całkiem przyjemne dźwięki jak na zespół trash metalowy. Dziadki stare ale jare. Ich piosenki miały nawet linię melodyczną! W międzyczasie ustanowiliśmy sobie z Monią całkiem dobry przyczółek przy barierkach oddzielających sektory z dobrym widokiem na telebimy. Bliżej się nie pchaliśmy choć cały czas można było obydwoje nie jesteśmy zwolennikami gniecenia się w tłumie. Jako kolejny zespół zagrał Megadeath. Łupanka straszna, zero przyjemności ze słuchania, jakoś po prostu się to przeżyło. Tak samo było ze Slayerem, który na mnie wrażenia żadnego nie zrobił, po prostu nawalali w gitary i gary, rycząc coś do mikrofonów. Daleko od mojego pojęcia muzyki. A słońce w międzyczasie wciąż świeciło i nawet nam prosto w twarze w pewnym momencie kiedy postanowiło nad sceną się umiejscowić.

[Autor z Narzeczoną]

A potem…. Potem się ściemniło… i zagrała Metallica.

W sumie nie wiem nawet jak to opisać, bo trochę brakuje mi słów (SIC!) żeby w odpowiedni sposób ując całą magię klimatu koncertu Metalyky.  To może wylistuje:

  • Piosenki brzmiały lepiej niż na płytach, a tam gdzie staliśmy akustyka była wprost świetna
  • Efekty specjalne nawet zgrabne: słupy ognia na kilkanaście metrów i fajerwerki. Bardzo fajnie że wszystkie te bajery zachowali tylko na użytek gwiazdy wieczoru. Dzięki temu zrobiły wrażenie. A wszystko w klimacie pięknego zachodu słońca i nawet księżyc przepięknie nad sceną zawisł.
  • Świetny kontakt z publicznością całego zespołu, bez zbędnego gwiazdorstwa i bucowatości. Nawet basista nauczył się słowa „Zajebiście” 🙂
  • Zagrane zostały zarówno największe hity jak i kawałki przekrojowo od początków zespołu tkwiących w trashu, plus ładne podziękowania dla pozostałych zespołów z Big Four.
  • Fajny akcent na koniec, kiedy po ostatnich bisach organizatorzy włączyli już komunikaty o „ewakuacji”, a James wyszedł pogadać z publicznością i skuteczni uciszył zapędy organizatorów do rozgonienia imprezy.
  • Udało nam się bez problemu podsunąć do przodu o 100 metrów kiedy zaczęła grać Metallica, bez żadnych problemów moglibyśmy dopchać się jeszcze spory kawałek. Tłoku specjalnego nie było i miło.
  • Pod względem bezpieczeństwa impreza udana. Tylko raz trafiliśmy na dresiarzy, którzy chyba mieli ochotę na jakiś dym, ale szybko
  • Kto nie był niech żałuje. (kropka/amen)

***

A o samym festivalu można by jeszcze pisać dużo np.:

  • o cwanych sprzedawcach jedzenia i napojów
  • o co chodzi z tymi dżinsowymi kamizelkami?
  • o marszu powrotnym ulicami warszawy
  • o niezadowolonych melomanach – fanach Slayera
  • o hotdogach na Statoilu i paniach tam sprzedających
  • … i o tym że zasnąłem już w Olsztynie o 5 rano na światłach ze zmęczenia ;/

Niesamowita przygoda o czym zaświadczam powyższym tekstem.

[portret przy barierce]

Related Posts

Leave a Reply