Maciej Rynarzewski - mikroagencja kreatywna
+ 48 664 453 930 – maciej.rynarzewski@gmail.com
Maciej Rynarzewski - mikroagencja kreatywna
+ 48 664 453 930 – maciej.rynarzewski@gmail.com

dział_zły

Kolejny raz budzik przerwał mu sen o namiętnym spotkaniu pośród kokosowych palm, o gorącym piasku błękitnej laguny. Kolejny raz budzik wyrwał go z lepszego świata i walnął nim o szary bruk codzienności. Otworzył oczy. W pierwszym zmęczonym już spojrzeniu  na plakat znajdujący się na wprost łóżka. Idealny krajobraz prosto z Malediwów, kupiony na wyprzedaży plakatów w supermarkecie, wypełniał sobą większą część ściany małego pokoju. Marzenia do spełnienia. Nawet nie chciało mu się rzucić w kierunku sufitu tradycyjnego porannego bluzgu skierowanego do sił wyższych zawiadujących tym całym biznesem. Postawił stopy na zimnych panelach, potarł zarośnięty policzek – dziś zdecydowanie nie będzie mu się chciało ogolić. Jaskrawy blask ostrego zimowego słońca uwydatniał brudne szyby, popaćkany czymś parapet oraz brudną pościel. Otoczenie doskonale pasowało do jego nastroju.

Do pracy. Znowu. Żeby to jeszcze była fabryka. Budowa. Huta Katowice czy kasa w supermarkecie, to gotów byłby się pogodzić z koniecznością odbębnienia swojej szychty i wydania zarobionych pieniędzy w celu zapomnienia o poprzednich ośmiu godzinach. I na pewno by więcej płacili. A tak liceum, studia, podyplomówka, cztery miesiące bezrobocia i teraz w końcu od pół roku praca. Cholerna, pierdolona praca. W bibliotece. Kto by się spodziewał… Zresztą szkoda gadać o tym nawet. Świetna okazja… Załatwiona naturalnie po znajomości. Ciocia poszła na macierzyński i zwalniało się miejsce. “Jak chcesz to pogadam z dyrekcją. Bo wiesz, pani Bożena z gromadzenia podobno chciała córkę wepchnąć. Dziewczyna wróciła z Anglii niedawno. Też tak jak ciebie na przeczekanie. Co…? Chcesz…? Załatwię.” Nie spodziewał się że będzie to tak brzemienna w skutki rozmowa.

Daje sobie jeszcze kilka miesięcy, może się odezwą z jakiejś firmy, może w cholerę wyjedzie do Australii. Trzydzieści sztuk wysyłanych co miesiąc CV musi w końcu przecież dać jakiś skutek. Wysyłanych naturalnie w służbowych kopertach, bo chyba jedynie to zostało żeby zemścić się na tej parszywej pracy.

Na śniadanie dwie kanapki z pasztetem podlaskim, kubek herbaty marki “Minutka” i szklanka płynu powstałego z zagęszczonego koncentratu soku pomarańczowego. To wszystko co rano mógł zrobić żeby wzmocnić swój system immunologiczny przed pojawieniem się w ciemnych i zakurzonych pokojach Działu. Pokojach pełnych paprotek, serwetek, podróbek perfum marki Dolce&Gabana, cukiereczków na spodeczkach, katalogów Avonu, starych drewnianych biureczek, obitych sztuczną skórą drzwi i wytartych klepek podłogowych. Wszystko niczym z koszmarnego skansenu minionej epoki. Wszystko wciąż żywe. Drugie śniadanko o 10, pogaduszki, kawka. Ujadanie gębami, drobne uszczypliwości. Jak u Orwella – godzina nienawiści. Pani Maria obgada kreację Pani Joli, że taka stara a się jak młódka stroi. Pani Jola konfidencjonalnie zacznie mu opowiadać, że Maria jest jak but głupia, że mąż profesor to ją tu umieścił po znajomości i że to jego studentka kiedyś była, jej dziecko zrobił, nie było wyjścia. Potem obie obrzucą się pogardliwymi spojrzeniami w przejściu, a on wlepi na gębę zużyty uśmiech. Potem z kolei zobaczy jak obie poszeptują coś patrząc na pana Henryka, który akurat przyjdzie wymienić żarówkę. Młoda dziewczyna z magazynu też swoje zarobi. A pod koniec zmiany któraś na pewno zacznie się przymilać do niego żeby posiedział za nią do końca dyżuru bo ona ma wizytę u fryzjera.

Potworzyce, dwulicowe maszkarony. Fałszywe, spiskujące. O nim pewnie też mają coś do powiedzenia. Kiedyś słyszał: “Taki młody, nie mógł pracy znaleźć, fajtłapa, co to za facet jak w bibliotece pracuje, rozumu też za wiele nie ma. Taki sam jak ta jego ciotka. Mój syn, rok starszy od niego to w banku pracuje i już szefem został. Nie to co ten

Zapętlające się kontakty, gra strategiczna, towarzyski węzeł gordyjski, symbiotyczne pasożyty. Psychiczne wampiry, wysysające radość życia, wysysające do ostatniej krztyny. Dwie stare baby, których nie usuną, nie przeniosą. Nikt ich nie chce, nikt nie ruszy, bo zostało im 3, albo 4 lata do emerytury. Taka to jest, budżetówka kurwa jej mać. Dziś coś w końcu z tym zrobi.

Zacisnął mocniej dłoń na małym toporku, który wychodząc dziś do pracy zabrał z pawlacza. Z zamyślenia wyrwało go głośne skrzypnięcie przegubowego autobusu. Wyłaniający się zza zakrętu widok architektonicznej perły lat 80tych spowodował u niego przyspieszone bicie serca i szczękościsk jak u bulteriera.

Tam gdzie się udawał był zdecydowanie zły dział. Dział zły.

8 Responses
  1. Monia

    Bardzo ciekawe i wesołe 🙂 W pełni ukazuje polskie realia. Z chęcią dowiedziałabym się co dalej. Prognozuję że „Bohater” osiedli się na Malediwach, tego mu życzę 😀

  2. Kasia

    Poprosze o ciąg dalszy:) Z chęcią poczytam o wyrzucaniu kart katalogowych z katalogu, o drzazgach z szuflad latających po pokoju. Tak mi się marzy…

  3. Ciekawski

    Co z tym dzieckiem profesora, jak mu się wiedzie? Proponuje pociągnąć dalej ten wątek.
    Odnośnie perfum, to jestem zaskoczony.Byłem przekonany, że bibliotekarki (fajne babki, maszkarony??!!) używają tylko oryginałów ! Muszę to sprawdzić.

Leave a Reply