Terapia zajęciowa

W ramach terapii zajęciowej wracam do pisania w prywatnej przestrzeni mojego bloga o sprawach bliższych i dalszych sercu. Będę znajdował te kilkanaście minut żeby przelać kilka słów. Wiele pokrewnych projektów i ważnych zwrotów w mikro-karierze wymagało sporo uwagi. Teraz jednak jak najbardziej potrzebuje chyba terapeutycznej możliwości wyrzygania się na klawiaturę z całej żółci jaka mój umysł zaległa [czego przykładem jest choćby poprzedni post]. Droga do Feng-Shui prowadzi przez klawiaturę.

Zaczął się rok akademicki. Po rocznej przerwie. Wracam do zajęć. Dziwne uczucie. Wykłady zaczynają mi się podobać. Zdecydowanie zmieniło się moje nastawienie. Dziś np. z przyjemnością słuchałem wykładu z filozofii na którym profesor przez godzinę robił wykład z filozoficznego podejścia do sieci neuronowych, niemożliwości powstania życia na ziemi z logicznego punktu widzenia oraz tegoż filozoficznych implikacji.

Jak na razie próby wyfrunięcia z gniazda podcinane są brzytwą realizmu. Rzeczywistość próbuje skopać młodych ludzi jak najbardziej żeby nauczyli się nie fikać jak w końcu dorosną. W największym mieście regionu w największym portalu ogłoszeniowym w Polsce pojawiają się „aż” dwa ogłoszenia o wynajmie dziennie…wow!

Zakupiłem aparat i zamierzam nim fotografować. Cyfrowa lustrzanka Sony DSLR-A230 – najbardziej podstawowe body z kit’owym obiektywem 18-55. Na początek wystarczy potem dokupię sobie jakieś szkło może jakieś lepsze. Założyłem Flickr’owe konto gdzie wrzucać będę zdjęcia coby nie poginęły na dysku jak to drzewiej bywało. Pierwsze próbki już są.

Miałem urlop. Byliśmy w Pradze przez tydzień i zdążyła przez ten czas zrobić wrażenie. Pewnie napisze coś oddzielnie o wyprawie.

Na czas jesiennego przesilenia

W pięknym kraju człowiek, który pracuje, jest słuchaczem studiów doktoranckich w mieście średniej wielkości ni cholery nie może wynająć sobie żadnego lokum w normalnej cenie. A zima się zbliża i kolejne dojeżdżanie pociągiem do pracy przyprawia mnie o ciarki…

Klasyczny dylemat dojeżdżania zimą wygląda bowiem tak:

Kończę prace o 20, pociąg mam o 21.15 jak się nie spóźni. I człowiek ma do wyboru dwie opcje: albo siedzieć na dworcu czekając aż pociąg podstawią inhalując się jednocześnie zapachem nie mytych od lat mężczyzn podlewanych skwaśniałym bykiem, albo iść na peron i marznąć na powietrzu z nosem zdrętwiałym od zimna więc i tak nie czuć obszczanych torów i brudnych śmietników. Pragnę przy tym zauważyć że mój zły brat bliźniak w domu jest o godzinie 20.20 w momencie kiedy ja dopiero zabieram się za marznięcie, jako że mdłego zapachu żuli znieść nie mogę, a techniki radzenia sobie z uczuciem mrozy jakotako opanowałem przez 10 lat dojeżdżania….

Druga opcja to samochód, rozwiązanie połowiczne, bowiem zima na drogach o 7 klasie zaszeregowania utrzymania to nie to samo co widzicie na co dzień. Piaskarka zdarza się raz na tydzień, a sól raz na miesiąc. Jedziemy więc 30 km/h, błagając w myślach bogów o to by nie wylądować w rowie, przy czym spalanie wzrasta o 30 procent i portfel piszczy przy każdym zimowym tankowaniu. Super!

Szczerze nie mogę się tego doczekać. Jeszcze mam przecież tyle godzin mojego życia do zmarnowania… Dlatego postanowiłem szukać na zimę noclegu licującego jednak z moją pozycją i charakterem mojej pracy i nauki. Nie mam ochoty mieszkać w akademikowym kołchozie, nie mam ochoty dzielić mieszkania z całkowicie obcymi mi ludźmi, nie chcę mieszkać w piwnicy bez okien. potrzebuję spokojnego miejsca do pracy, nauki i wypoczynku. Małego pokoiku z łazienką, niewielkim miejscem do upichcenia sobie czegokolwiek. Okazuje się ze w warunkach miasta wojewódzkiego, jest to poza zasięgiem człowieka pracującego i uczącego się, zarabiającego wydającego i biorącego czynny udział w tym całym cyrku zwanym społeczeństwem. No chyba, że ma się dojścia,wejścia, podejścia i wiele szczęścia.

Tym optymistycznym akcentem zapraszam wszystkich na okres szarości, ciemności, mokrych butów i ogólnej depresji.

[...ale to podobno mija]

jesien

[to jest akurat ta ładniejsza strona jesieni, która już odchodzi...]


XVIII Powszechny Zjazd Historyków Polskich (krótki komentarz)

[tekst ukazał się pierwotnie w portalu Historia i Media]

Walne zebranie czołówki polskich historyków, które miało miejsce w dniach 16-19 września 2009 roku w Olsztynie w ramach XVIII Powszechnego Zjazdu historyków Polskich, stwarzało możliwość wszczęcia ważnych dyskusji. Moim zdaniem zdecydowanie znaleźć się wśród poruszanych tematów powinna ogólna debata nad kierunkami w których powinna podążać w najbliższych pięciu latach nauka historyczna w Polsce. Organizatorzy – Polskie Towarzystwo Historyczne zdecydowali się jednak nadać temu spotkaniu bardziej zachowawczego hasła przewodniego. Odbywał się on bowiem pod mottem Powrót do źródeł, nawiązującym do klasycznej maksymy ad fontes.

Wciąż ukazują się komentarze i podsumowania zakończonego tydzień temu Zjazdu. Kompleksowe spojrzenie na wiele aspektów XVIII PZHP znaleźć można w portalu Histmag.org Poszukując jednak możliwości spojrzenia na Zjazd pod kątem tematyki poruszanej przez serwis Historia i Media chciałbym dodać od siebie kilka słów komentarza.

Pierwszym moim spostrzeżeniem jest zdecydowanie duża ilość sekcji poświęconych zagadnieniom metodologii w ogólnym planie Zjazdu. W różnych konfiguracjach metodologiczne referaty wygłaszane były przez trzy dni w ramach kilku sekcji, a i w postronnych sekcjach zdarzały się wystąpienia podejmujące przynajmniej pośrednio ten temat.

W kwestii wykorzystania nowych technologii w ramach badania, przedstawiania oraz nauczania historii moim zdaniem Zjazd nie przyniósł żadnej publicznej dyskusji ani referatów, które mogłyby przełamać tradycyjne, dziewiętnastowieczne podejście do badania przeszłości wśród profesjonalistów zajmujących się przeszłością. Jedynymi świadectwami istnienia innego niż ugruntowane już akademickie metody, spojrzenia na historię była obecność stanowiska Histmag.org, gdzie skorzystać można było z darmowego internetu, a także kolejna edycja zorganizowanego przez Histmag sympozjum “Historia w internecie. Internet w historii”. Co prawda w ramach ogólnych obrad zaprezentowano kilka referatów dotyczących tematyki dokumentu elektronicznego i archiwizacji wywiadów oral history, jednak wszystkie one wygłoszone zostały w sekcji archiwistycznej i nie przyciągnęły znaczącej uwagi zawodowych historyków zamykając omawiane tematy w ramach specyficznych potrzeb zawodowych archiwistów.

Wracając jednak do sympozjum Histmaga należy stwierdzić, że przez organizatorów Zjazdu impreza potraktowana została (niestety) nie w pełni poważnie i bez należnej uwagi. W niewielkiej sali, na uboczu miejsca obrad, gdzie zebrało się jedynie kilkanaście osób (a niewiele więcej zdołałoby się zmieścić), po trwających kilkadziesiąt minut problemach technicznych wygłoszone zostały cztery referaty. Pierwszy wygłosił Andrzej Radomski, prezentując projekt Wiedza i Edukacja oraz ogólne zagadnienia historiografii 2.0. Kolejnym referatem był nieobecny na Zjeździe z przyczyn osobistych Marcin Wilkowski, który przesłał jednak nagranie wideo dotyczące perspektyw digital history. Dwa pozostałe referaty przestawione zostały przez Kamila Janickiego oraz Sebastiana Adamkiewicza i stanowiły kolejno: omówienie modelu biznesowego portalu Histmag.org oraz przedstawienie zjawiska publicystyki historycznej. Nie mogłem niestety uczestniczyć w dyskusji po sympozjum, czego bardzo żałuje zważywszy na wiele interesujących kwestii, które pojawiły się w wypowiedziach referentów. Sympozjum, oficjalnie odbywające się jako impreza towarzysząca, ze strony uczestników Zjazdu nie doczekało się zainteresowania. Oprócz młodych historyków, aspirujących dopiero do roli naukowców, obecnych było jedynie kilku zawodowych badaczy dziejów.

Moim zdaniem zdecydowanie najpełniej sytuację nauki historycznej i szerzej humanistyki w Polsce podsumowała w trakcie piątkowej sesji Historyk wobec źródeł. Historiografia klasyczna i nowe propozycje metodologiczne Ewa Domańska. We wstępie do swojego referatu pokusiła się o kilka słów komentarza. Stwierdziła ona, że o ile zakończył się już w polskiej humanistyce okres recepcji metod i nurtów badawczych, to musimy znaleźć sposób i pomysły by stać się aktywnym członkiem światowej społeczności humanistów. Polska nauka, początkowo w swoisty sposób upośledzona z powodu ideologicznego zamknięcia i opóźnienia wobec zagranicznego dorobku badawczego, po upływie 20 lat od uwolnienia polskiej nauki, musi wyzbyć się roli klienta. Należy starać się proponować własne podejścia i metody badawcze, które nie byłyby jedynie echem zagranicznych badań, a własnym wkładem w ich kształt. Domańska podkreśliła także zagrożenie jakim jest uciekanie w tworzenie pojedynczych, wąskich projektów badawczych – pionowych, które nie tworzą wspólnych struktur w ramach szerszych poziomych programów. Tworzą wyizolowane wyspy, abstrakcyjnej często, wiedzy i tracą potencjał tworzenia syntez.

Pozostaje mieć nadzieję, że tegoroczny Zjazd przyniósł o wiele więcej owocnych zakulisowych debat niż tych odbywanych w ramach oficjalnych obrad i dość rzadkich niestety dyskusji. Podsumowując, uczestnika oczekującego wyjścia lub prób poszukiwania tegoż wyjścia nauki historycznej poza jej dotychczasowy kształt spotkał spory zawód. Być może tak duża impreza nie jest odpowiednim miejscem do poszukiwania tego typu odpowiedzi. Na uczestników czekało zbyt wiele sekcji, imprez kulturalnych (które często odbywały się równolegle) i zbyt wiele obowiązków towarzyskich by móc w pełni skupić się nad próbami przewartościowania nauki historycznej, lub przynajmniej jej odświeżenia. Organizatorom nalezą się ukłony za sprawne przeprowadzenie Zjazdu, jednak zdecydowanie był on w moim odczuciu, w większej mierze wydarzeniem towarzyskim niż naukowym. Z pewnością zaś stanowił jedną z ostatnich szans, bezcenną dla młodych historyków, na zetknięcie się z legendami polskiej nauki historycznej.