Wyciągnięte z szuflady…

Odkąd pamiętam miałem dziwne przeczucie, że coś się w końcu musi zacząć psuć w naszej cukierkowej globalnej układance polityczno – ekonomicznej. Że to wszystko jest sklecone trochę prowizorycznie, że w końcu musi coś pójść nie tak i wszystko rozpieprzy się tak doszczętnie, że nie będzie już czego zbierać. Zawsze miałem jednak nadzieję, że zdążę jeszcze choć trochę zasmakować luksusu i spokoju zanim nadejdzie czas głodu, śmierci i smutku. Bo zawsze przychodzi w końcu taki czas.

Miałem 24 lata, pracę, narzeczoną, nadwagę i plany zakrojone na najbliższe kilka lat z perspektywą na kilkanaście kolejnych. Miałem też lęki. Lęki i sny. Już sam nie wiem co było gorsze. Bałem się wojny. Bałem się śmierci. Bałem się że będę musiał patrzeć jak giną ludzie. Sny pojawiały się rzadziej, ale były gorsze od wszystkich moich lęków. Na szczęście nauczyłem się je zapominać.

Strzał, przeładuj, strzał, przeładuj, strzał. Pięć razy. Chwila przerwy. Trzeba doładować naboje do sztucera. Najważniejsze jest jak przycelujesz pierwszy raz. Potem już zawsze łatwiej. Pach. Pach. Pach. I w każdej wolnej chwili trzeba pamiętać o pilnowaniu żeby magazynek był pełny. Koniecznie. A poza tym najważniejszy jest spokój. Już nie jeden raz uratował mi skórę. Spokój i trochę szczęścia żeby nie trafić na wędrowne stado. Z pojedynczymi można sobie zawsze poradzić, z watahą już niekoniecznie.

Nikt by nie pomyślał jakie łatwe stało się zabijanie. Także ludzi. Załaduj, przyceluj, wystrzel. Pach i nie żyje. W sumie „nie żyje” nie jest to termin adekwatny do sytuacji, należałoby może powiedzieć „padł”. Pach Pach – padło dwóch. Można by tak prawie cały dzień. Do znudzenia. Na szczęście okazja do postrzelania zdarza się nie tak często żeby się tym zmęczyć. Ale i nie tak rzadko żeby stracić czujność. Przez ostatni tydzień przybyło mi 20 łusek. 15 zabitych. W sumie niezły wynik, choć nocą przez noktowizor celuje się znacznie gorzej. Trzeba było kilka razy poprawiać.

Całe szczęście że udało nam się zbudować mur. Z gruzu, desek, wraków i wszelkiego rodzaju śmieci. Postapokaliptyczna palisada naszej wsi – Festung Woppen. Las dookoła to kolejna palisada, dzięki której jest o niebo spokojniej niż w pozostałych osadach. Z drugiej strony to także przekleństwo. Zamyka nas tak samo jak nas chroni. Ludzie w ciągu dwóch lat nauczyli się czuć bezpiecznie jedynie w chronionych osadach i na pustej przestrzeni gdzie każde niebezpieczeństwo widać jak na dłoni. Przez las podróżuje się tylko w najwyższej konieczności.

Najgorzej jest kiedy wypada służba na polu. 12 godzin na słupie. Niczym pieprzony Szymon słupnik. Tylko, że siedzisz akurat na takim betonowym. W zamontowanej na bezużytecznym już słupie energetycznym budzie z desek i blachy wielkości metr na metr. Nazywamy je M1. Przeważnie M1 wypada raz w tygodniu. A takich mieszkanek mamy w okolicy, poza palisadą, pięć. Każde broni innego pola, choć w sumie w razie większych kłopotów rola słupnika powinna sprowadzać się do walenia w gong i wystrzelenia racy sygnalizacyjnej.

Najgorzej było na samym początku. Do pracy już przestałem jeździć już kilka lat temu. Wszystko się przecież ostatecznie sypnęło, jak po dwóch miesiącach wojny na Kaukazie NATOwcy postanowili unieruchomić przemysł pana Cara Wszechrosji. Ale kogo to tak naprawdę obchodziło, skoro u nas już dawno tzw. surowce strategiczne były na wyłączny użytek państwa. Komu potrzebny kierowca autobusu, kiedy benzyny nie widział nikt od kilku tygodni. Więc siedziałem w domu i próbowałem wiązać koniec z końcem. Życie zgodne z naturą. Wszędzie zaczęto budować nagle wiatraki, w ogniwa fotoelektryczne jakoś nikt nie inwestował, bo to za szybo się psuło i naprawić było strasznie ciężko podobno. Więc prawie każda wioska stała się małą Holandią. Tylko trawy nie paliło się bo nie było za co.

A rowery jak w cenę weszły. Ho ho ho. A jakie rzeczy mogą powstać z połączenia pedału, łańcucha i koła. Nikt by nie pomyślał dopóki trzeba było się za to zabrać z konieczności. „Potrzeba matką wynalazków” powinna stać się dewizą ludzkości. A przynajmniej tej części, która zaskoczona została kryzysem i całym syfem, naszą małą apokalipsą, którą spłacaliśmy w ratach. Trzeci świat, wiele biednych państw w których i tak rzadko widywano samochody poza dużymi miastami, a prąd był widzimisię lokalnych watażków – oni nie zauważyli zasadniczej zmiany jakości życia. To my, „Zachód”, spadliśmy niespodziewanie do niższej ligi – zostaliśmy karnie zdegradowani za oszustwa, przekupstwa i nadużycia wobec świata. Reszta cały czas musiała radzić sobie bez całej sterty elektroniki, włókien węglowych i spieków ceramicznych.

Jak się szybko okazało, cywilizacja to wyjątkowo kruchy twór. Wystarczyło kilka miesięcy epidemii i wszystko rozsypało się w drobny mak. Jak zamek z klocków z którego wystarczy wyciągnąć jeden element a cały od razu wali się w ruinę. Zabrakło środków komunikacji i transportu, zaczęło brakować paliwa i prądu. Państwa porozpadały się z czasem na luźno rozrzucone odizolowane osady, miasta nie utrzymały się bez ciągłych dostaw towarów z prowincji. Kiedy zjedzono konserwy, wszystkie zapasy suchego jedzenia i wszystkie zwierzęta domowe, tysiące ludzi z miast ruszyło na wieś uciekając przed głodem. Zdziesiątkowani przez choroby, głód i ghoule rozleźli się po kraju niczym szarańcza. Zorganizowane gangi, grupy pielgrzymów szukających miejsca na osiedlenie się i zdesperowani uciekinierzy błagający o pomoc.

Broń. Broń to oddzielna historia. Prawdziwy problem. O ile w Stanach kiedyś każdy miał w domu strzelbę, lub co najmniej pistolet, to u nas w Europie broń wcale nie była i nadal nie jest tak dostępna jak mogłoby się wydawać. Naturalnie pistolety mieli np. policjanci i część pozostałych służb mundurowych. Strzelby, sztucery mieli myśliwi. Trochę było broni sportowej. Przeważające część cywili nie miała jednak żadnego, ale to żadnego dostępu do broni palnej. Wojsko broń miało, ale przeważnie w magazynach, skąd szybko rozejść mogła się ona po okolicy. Jednak regiony na których nie było rozmieszczonych jednostek wojskowych pozbawione zostały całkowicie tego źródła dopływu broni. Musiano próbować sobie radzić „tradycyjnymi” metodami. Wiele osób odkryło urok prostej lecz skutecznej broni jaką jest włócznia. Wielu pokochało swoje maczety, domorośli kowale zyskali na popularności i wielu zaczęło nosić przy sobie rożnego rodzaju broń białą. Z czasem uruchomiono lokalne fabryczki prochu, głównie czarnego, najłatwiejszego w przygotowaniu.

Cisza nie jest stanem naturalnym i zawsze powinna być pierwszym sygnałem alarmowym dla każdego podróżnika i trapera. Tego zdążyłem nauczyć się od mojego dziadka kiedy byłem jeszcze mały. Teraz jednak cisza była moim najbliższym przyjacielem. Zdechły wszystkie ptaki, które kiedyś skrzeczały przemykając nad grzywiastymi falami szmaragdowego morza. Tak samo wszystkie zwierzęta pozdychały w przeciągu kilku miesięcy od Zagłady. Ludzie, niektórzy z nas, przetrwali jedynie dzięki temu ze potrafili zakopać się wystarczająco głęboko. W luksusowych norach niczym krety żyliśmy we wnętrzu ziemi.

***

Położył maczetę obok radiostacji i włączył porządnie na pierwszy rzut oka wysłużone już urządzenie. Wiatrak na dachu energicznie obracał się, pędzony zimnym jesiennym wiatrem, dając energię dla żarówki zawieszonej pod sufitem i radiostacji trzeszczącej falami na plastykowym stoliku.

- Tu stacja czwarta, tu stacja czwarta. Melduje się do popołudniowego raportu. Melduje się do popołudniowego raportu – powiedział do słuchawki.

- Witaj Ka…. Jak sytuacja…..cie… – szumy i trzaski zniekształcały cichy przekaz wydobywający się z głośników. – Czwórka meldowała o ruchu od strony drogi E14 w kierunku dawnej jednostki. Wi…. na…ście…. całe stado.

- Dobra, możesz zejść z posterunku, zbieraj chłopaków i ruszaj do jeziora. Cały czas stado pędź przed sobą po prawej.

Niedziela bibliotekarza

W niedzielę bibliotekarze nie pracują…ale nadal nieustannie knują jak przejąć władzę nad światem, zdominować Pudelka i zagarnąć stanowisko sekretarza generalnego nato. A co na to nato? Na to nie ma odpowiedzi. Bibliotekarze są o krok bliżej od dominacji nad światem.

Podobno za oceanem biblioteki z jednej strony przeżywają finansowy kryzys, ale z drugiej ma miejsce wielki najazd użytkowników, którzy tnąc wydatki na kulturę coraz częściej wypożyczają książki niż je kupować i wypożyczają filmy niż chodzą na nie do kina. Poza tym darmowy net w bibliotece pozwala szukać pracy. To za oceanem. A u nas po staremu.

Nie żeby bibliotekarz w pracy się nudził, ale czasem w drodze z książką w ręce od półki do klienta, pojawia się myśl. Bibliotekarz zamyśla się i już wie co ożywiłoby wokół niego rzeczywistość, wyrwało go z monotonii.

Rzeźba.

Taka jak ta. Wiosenna lub z książki SF:

A tu rzeźba na której biblioteka wymiotuje książkami :)

Największe wrażenie robi na mnie jednak rzeźba z Biblioteki Mijeskiej w Pradze. Majstersztyk.

O wiele więcej przykładów rzeźb z wykorzystaniem książek znajdzieie w serwisie Flickr

Crossroads Guitar Festival 2004

Dziś w pracy przy pracy po raz kolejny obejrzałem DVD z  zapisem  świetnego koncertu/festiwalu Crossroads Guitar Festival z 2004 r stworzonego przez żyjącą legendę Erica Claptona. Legenda zaprosiła legendy. Na scenie najważniejsi gitarzyści świata z różnych, czasem egzotycznych, nurtów. Z gwiazd pierwszej miary: Buddy Guy, BB King,  Santana, John Mayer, młodszy Voughan i inni. Fenomelnalne. Gitary wszelkiego rodzaju. Talenty przedniej klasy. Atmosfera zarówno na scenie jak i na trybunach iście piknikowa. Zawsze kiedy oglądam to DVD poprawia mi humor. Na przednówku jak znalazł.

Poniżej niezły mix coutry – bluesowy Road to Nashvegas. Odkryłem ten kawałek dzięki temu koncertowi i zapadł mi w ucho. Dan Tymiński robił bluesową muzykę m. in do filmu „Bracie gdzie jesteś”:

httpv://www.youtube.com/watch?v=_uRrcOzmgQY

Poniżej drugie z odkryć. Robert Randolph i jego pedal steel guitar (aka elektrczna gitara hawajska) dziwne urządzenie pomiędzy pianinem a gitarą elektryczną, które daje niesamowite dźwięki i jak wygląda z miny Roberta chyba dużo radości. Kolejna świetna melodia:

httpv://www.youtube.com/watch?v=Nw9xvy1DWsk

W drugiej i jak dotąd ostatniej edycji w roku 2007 ponownie zebrała się banda Guitar Heroes i pokazali co umieją. Gościnnie wystąpił Bill Murray :D

Gorąco polecam!!!

Kiedy nadejdzie ciepły deszcz

W literaturze science-fiction ciężko o dobrą poezję.  Autorzy zazwyczaj unikają jej wprowadzenia. Ale czasem jak już wrzucą coś to robi zazwyczaj wrażenie. Kiedyś pisałem o wierszu w opowiadaniu Requiem – Heinleina. Dziś o wierszu z opowiadania Raya Bradburego:

There Will Come Soft Rains

There will come soft rains and the smell of the ground,
And swallows circling with their shimmering sound;

And frogs in the pools singing at night,
And wild plum-trees in tremulous white;

Robins will wear their feathery fire
Whistling their whims on a low fence-wire;

And not one will know of the war, not one
Will care at last when it is done.

Not one would mind, neither bird nor tree
If mankind perished utterly;

And Spring herself, when she woke at dawn,
Would scarcely know that we were gone.

Autorką wiersza była Sara Teasdale. Wiersz powstał około 1920 roku. Wymowa jego jest wyraźnie pesymistyczno-pacyfistyczna w otoczce snu. Powstał po doświadczeniach I Wojny Światowej i doskonale [niestety] wpisuje się w klimat kolejnych, a najlepiej opisuje tę ostatnią, która dopiero nadejdzie i zakończy wszystkie inne.  Wiersz ma piękny rytm i nostalgiczną nutę…

… bo świat bez nas będzie się toczył dalej.

Opowiadanie Bradburego doczekało się UWAGA radzieckiej ekranizacji. I to ekranizacji na świetnym poziomie… co jak co, ale pod cenzurą udało się czasem coś stworzyć. Radzieccy władcy chylącego się ku upadkowi imperium pozwalali głosić antynuklearną propagandę… bo mieli mniej bomb :) Ale wrażenia estetyczne genialne. Ruscy mają talent do SF:

Будет ласковый дождь

httpv://www.youtube.com/watch?v=t113Z3BBPP8&feature=related

materiały bonusowe:

Mega bonusem jest coś całkowicie przerażającego- maska gazowa dla dzieci stylizowana na Myszkę Miki wyprodukowana w latach 40tych. Jak z mrocznych horrorów.

Formica must die

Jest nowa piosenka zespołu Prodigy „Invaders must die”.

Może nawet sami o tym nie wiedzą, ale nakręcili teledysk do książki Janusza Zajdla „Wyjście z cienia”. Książka opowiada [spoiler] o świecie opanowanym przez mrówki, rządzące z ukrycia nieświadomą niczego ludzkością, która nie wie że to właśnie one kryją się za maszynami obcych i w ich wnętrzach. Jedynie niewielkie podziemie stara się walczyć i badać sprawę najeźdźców. Ludzie kontra formica rubra.

Piosenka bardzo fajnie wpisuje się w klimat książki.

httpv://www.youtube.com/watch?v=EiqFcc_l_Kk

W teatrze

W sobotę udałem się do teatru. Po długiej przerwie. Po raz pierwszy na „offową” scenę Margines w Teatrze im. Sterfana Jaracza w Olsztynie. Wybraliśmy, a w sumie wybrany został,  spektakl Hotel Palace w reż. Cezarego Ilczyny.  Był to ostatni pokaz, przedstawienie spadało z afisza.I dobrze, że spadło.

Bez ogródek, moje wrażenia są jednoznacznie negatywne. Humor z założenie mający kojarzyć się z absurdalnym Monty’m, tutaj zapośredniczony od francuskiego pierwowzoru Hotelu Palace, który powstał w latach 70 jako rewiowy show kabaretowy, w wydaniu jaraczowskim jest niestrawny. To co dla francuskiej klasy średniej w latach 70 mogło być śmieszne, nie jest dla dzisiejszego widza w postaci mojej. Choć na sali śmiech słychać było co chwilę i to w natężeniu świadczącym o wielkiej radości i admiracji na wyczynów aktorskich, to jakoś nie mogłem uchwycić w spektaklu nic wykraczającego poza banalne gagi. Gdzieniegdzie zdarzyło się błysk dobrego humoru, jednak wynikał on bardziej z indywidualnej inwencji i interpretacji roi niż z samego przedstawienia. Ogólnie to oglądałem z zażenowaniem. Dzięki bogom ja byłem ostatnim który się męczył. Zdjęli je.

Teraz inna kwestia bo coś mi tutaj śmierdzi. Śmierdzi w teatrze. Nie wiem czy to ogólny trend czy tylko olsztyński teatr podaje się jednemu z najbardziej niepokojących nurtów w kulturze i sztuce XXI wieku. TABLOIDYZACJI. Repertuar przechodzi na miekką papkę, bardziej na pseudo musicalowe przedstawienia o lekkiej, kabareowej tematyce niż poważne, poruszające egzystencjalne tematy sztuki. Dla zarobku? Dla publiki? Nie wiem. To wymaga głębszej obserwacji. Nie wiem jak jest w innych miastach, ale podobne głosy słyszałem ostatnio odnośnie Teatru Polonia Krystyny Jandy. Podejrzewam, że gdzie indziej nie jest wcale lepiej.

A u „nas” offowa scena przeznaczona początkowa dla celów eksperymentów, na której mieli wyszumieć się młodzi, żądni niecodziennych drażniących tematów „młodzi”  połknięta została przez Komercję. I nawet jeśli to tylko wybryk , to takich rzeczy się potem nie zapomina. I smrodek zostaje…

Powoływanie się przy okazji spektaklu Hotel Palace na humor Monty Pythona uznaję za całkowite nieporozumienie. Tutaj jest raczej prymitywny wieśniacki żart w stylu serialu „Allo, Allo”. Francuzi, miałem po raz kolejny co do nich rację, nie mają zbyt wiele do wniesienia w kulturze współczesnej. Amen.

polecam krytyczną recenzję: