Buntownik ponadczasowy

Liczący już ponad pół wieku film Buntownik bez powodu (Rebel without a cause) wciąż pozostaje dziełem niezwykłym. Zarówno gra aktorska jak i temat powodują ze wraz z każdym nowym pokoleniem staje się o na powrót aktualny w odniesieniu do jego problemów

Wśród licznych klasyków, które stały sie kulturowym mitem, gładko obtaczanymi słowami dotyczącymi dzieł ważnych i znanych znajduje się także film Buntownik bez powoduJamesem Deanem w roli głównej. Na pytanie dlaczego Buntownik to taki genialny film część naszych interlokutorów stwierdzi coś na wzór „Słowacki wielkim poetą był”. Kiedy postaramy sie dopytać głębiej „no ale czemu?” zapewne kolejną warstwą argumentacji logicznej będzie ” był wielkim poetą ponieważ wielkim poetą był!”… itd. Niestety a może stety mechanizm taki pozwala na włączenie w krąg tzw. kultury więcej osób przez co więcej z nas ma poczucie bycia intelektualistami powtarzając treści zasłyszane od tzw. autorytetów.

btw. jesteśmy jedną wielką kulturą cytatu, w której już prawie nikt nie „tworzy” nowych treści, a w przeważającej większości powtarza tylko „po innych”.  Wśród przyczyn takiego stanu na szybko, bez dogłębnego analizowania potrafię wskazać, m. in. trudność z opanowaniem ogromu informacji – powtarzanie opinii zwalnia nas z samodzielnego przetwarzania dużej ilości danych w celu wyrobienia sobie własnego zdania. Powodów i zagadnień składających się na ten, nie bójmy sie tak tego nazwać< problem jest o wiele więcej i wymagają odrębnej analizy.

Wracając do Buntownika, patrząc z dzisiejszej perspektywy, w filmie z roku 1955, odnajdują niezwykle silną nić łączącą ten film z naszymi czasami. Wydawałoby sie że problemy z jakimi borykamy się dziś są inne od tych z roku 1955. Otóż nie!. Zatrata więzi międzyludzkich, niszczące rodziny rozwody, samotność, sztuczna miłość, alienacja i poszukiwanie akceptacji, jak dowodzi Buntownik to problemy uniwersalne. A może raczej problemy powracające z każdym kolejnym pokoleniem młodzieży oraz pokoleniem ich rodziców.

Fabuła Buntownika jest niezykle uniwersalna, można by ją umieścić w dowolnym miejscu na świecie, w tej mutacji zalatuje tochę american dream czasów powojennych (wiadomo, hollywood). Młody chłopak sprawiający problemy przenosi się wraz z rodziną do nowego miasta. Jest „nowy” – musi zdobyć akceptacje środowiska, co wraz z jego skłonnościami do wpadania w tarapaty powoduje że fabuła napędza się w dość dramatyczny sposób. W galerii postaci mamy oprócz Jima Starka (Dean) jeszcze kilka ciekawych osób:  dziewczynę z rodziny po rozwodzie, która czuje sie odrzucona przez ojca i macochę, a także Platona – chłopca wychowującego się samotnie bez rodziców, którzy tylko przysyłają pieniądze na jego utrzymanie w luksusowym domu ze służbą. Platon tak jak wszyscy bohaterowie rozpaczliwie poszukuje bliskości innych ludzi. Wszyscy oni są zagubieni i choć z wierzchu wszystko wygląda wzorowo i na pokaz to w nich kipia emocje, które sa podyktowane czymś więcej niz młodzeińczym buntem. To niezgoda wobec ignorancji, niesprawiedliwości i zakłamania dorosłych.

Stąd też tytuł. W jednej z pierwszych scen rodzice Jima mówię że przeciez ma wszystko czego zapragnie, czemu więc ciągle sprzeciwia im sie i buntuje. Przeceiż nie ma powodu.

Jakie to uniwersalne… a poza tym dobrze zagrane, nie przegadane i szczere.

Polecam

9/10 w skali.

User friendly?

Ostatni tydzień w związku z zakupem samochodu oraz załatwianiem związanych z tym formalności był przepełniony wizytami w urzędach oraz wypełnianiem druków… Jednak wbrew moim obawom oraz obiegowej opinii wszystko poszło sprawnie. Wręcz niesamowicie sprawnie.

Papierkowa robota. Najpierw rejestracja, potem ubezpieczenie, rozwiązanie starej umowy na OC, i na koniec wizyta w US. Z zasłyszanych od znajomych opinii miało być strasznie, długie kolejki, wyczekiwanie, wypełnianie tony papierów, które okazuje iż wypełniliśmy i tak źle… jednym słowem przysłowiowy już u nas biurokratyczny chaos.

Opowieść jest opowieścią, legenda zawsze trochę ubarwia. Przedstawiam więc moje osobiste świadectwo. Dla potomnych.

Dzień 1, godz 7.30 – zjawiam się w referacie czy jakimś innym dziale zajmującym się transportem. Pierwsze co zrobiłem to dnia poprzedniego wszedłem na stronę urzędu, znalazłem jakąś rejestrację internetową, która jednak nie działała… nic to trzeba bezie zaryzykować i walczyć w kolejce, pomyślałem. Jednak zjawiwszy się widzę kulturalnie automacik z numerkami, jakieś 5 osób w poczekalni. Nie jest źle. Posiedziałem poczekałem, okazało się że trzy z pięciu osób są tylko po odbiór twardego dowodu, więc chwileczka tylko, poza tym do oddzielnych stanowisk. Przede mną więc tylko jedna osoba. Wybija ósma, wyświetlają po kolei numerki, gdzieś o 8.05 wyświetlają się po kolei dwa numerki do rejestracji, każdy z nas idzie do swego stolika. No tak siadłem, myślę sobie teraz pewnie kilkanaście stron do wypełnienia. Miła pani podaje jednak tylko formularz w który mam przepisać dane z umowy, ona tymczasem kasuje stary dowód i wymienia stare blachy na nowe. Nim kończę wypisywać formularz (jedna strona) ona już ma wszystko przygotowane. Dostaje kwitek do kasy, tam tez bez kolejki wpłacam haracz za blachy i po minucie wracam. Wręczając kwitek dostaje dowód rejestracyjny…. i to wszystko jak oświadcza mi pani, mam za miesiąc zgłosić się po odbiór stałego dowodu. Na zegarku jest 8.15… o 8.32 jestem już w pracy. No comment.

Po pracy jadę się ubezpieczyć. Pełen pakiet, trwa to pewnie z pół godziny, jednak zero wypisywania druków, tylko końcowy podpis i skrobaczka w nagrodę. :) Mam w pełni funkcjonalny wóz.

Dzień 2. Trzeba jeszcze jednak zajrzeć do jaskini Grendela, najniższego kręgu piekieł -Urzędu Skarbowego. Na myśl poczułem lęk i skruchę pomimo iż brak mam przekrętów finansowych na sumieniu. Jednak US to nie przelewki, każdego mogą załatwić. Jeśli tylko chcą. Zawczasu, jak zawsze o radę pytam świętego Googla. Odpowiada mi słowami swoich forumowych kaznodziejów. Ściągam sobie druki PCC, drukuje, wypełniam. Wyposażony w ten tekst świętego przymierza biurokracji udaję się na spotkanie mego suwerena podatkowego. Wchodzę jest godzina 7.35. Podchodzę do stanowiska nr. 1, podaje pani dokumenty. Ogląda jakieś 30 sekund, każe wpisać mi kwotę podatku do zapłaty, który wylicza i podaje mi kartkę z numerem do przelewu w kasie… Dziękuje, ale zaniepokojony iż odbyło się to tak szybko pytam czy mam jeszcze po coś do niej wrócić. Odpowiedz brzmi tajemniczo „Nie”. Idę do kasy , wypisuje kwit, trwa to około 3 minut, po czym wpłacam kolejną dawkę haraczu. Godzina 7.52 jadę już autobusem do pracy. No comment.

Pozostaje więc pytanie skąd się biorą takie legendy. Mogłem mieć szczęście, mogłem po prostu trafić tak że akurat jakiś okres luźny w urzędach. Może też po prostu ma się ku lepszemu w rodzimej biurokracji. Jeśli miałbym wypełniać ankietę zadowolenia z pracy urzędników w tym określonym przypadku o którym opowiedziałem, to byłaby to ocena bardzo dobra i nawet uśmiechnięte były owe panie urzędniczki. Same dobre, jak mawiają na południe od nas. Dodatkowa rada i skill, który przydaje się w takich przypadkach to włożyć trochę czasu w planowani i przygotowania. Czytamy więc w necie, ściągamy wszystkie możliwe druki z neta i wypełniamy je zgodnie ze wskazówkami. Zgodnie, powtarzam jeszcze raz z tym co jest w tych rubryczkach napisane. Jak wykonamy za nich część roboty to wszytko pójdzie sprawnie i szybko.

Ja tam miło wspominam moje wizyty w urzędach :D

A wy???

Nostalgia

Gdybym miał kominek, albo piec kaflowy to natychmiast bym w nim rozpalił. Najlepiej gdyby spadł jeszcze śnieg, albo zaczęła się ulewa targająca za oknem łysymi drzewami. Siadłbym w fotelu i zanurzył się w nostalgię..

Bo kiedyś było inaczej. Z wypiekami na twarzy odkrywałem świat, czasem poczułem się na szczycie, choć nawet nie wiedziałem że to tylko pagórek. Kiedyś szło się z kolegami na piwo i potrafiło zapomnieć o świecie. Nie miąłem komórki, byłem wolny od komunikacyjnego terroru. Umawiałem się na spotkanie i przychodziłem, życie było proste, kontakty międzyludzkie bardziej bezpośrednie a czas płynął wolniej…

Dziś jest początek dorosłego życia, ZUS, Vat, PIT, rachunek, pensja, obowiązek i całe morze niepewności o przyszłość za która jestem jedynym ponoszącym odpowiedzialność. To przytłacza, to także powoduje motywacje. Na dzisiejsze „dziś” za 20 lat też pewnie będę patrzył jak na życie z włączonym najniższym poziomem trudności wobec poziomu hard na którym wówczas będzie mi się wydawało że „gram” w życie.

Bo w tym wszystkim to właśnie chyba chodzi o to, że duży problem staje się małym problemem wobec większego problemu.

Obawiam się że powoli ogarnia mnie to co psychologowie nazywają syndromem „szczęśliwego dzieciństwa” lub „szczęśliwymi latami siedemdziesiątymi” (w moim przypadku „szczęśliwymi latami dziewięćdziesiątymi”). Chyba po prostu z dystansu to wszystko wygląda lepiej niż sam myślałem o tym wówczas. I oby tak było by przeszłość zawsze była powodem do uśmiechu i miłych wspomnień…

PS. Wyszedłem z depresyjnej fazy cyklu, kolejna dopiero za kilka tygodni :)

Wojna Zombie – Max Brooks

World War Z: an Oral History of the Zombie War, po polskiemu „Wojna Zombie” [wydawnictwo Red Horse] bo tak brzmi tytuł perełki napisanej przez Maxa Brooksa, jest lekturą, która mnie przyjemnie zaskoczyła. Wymarzona na świąteczną przerwę, dla odseparowania się od wszędobylskich mikołajów, śnieżynek i filmów familijnych klasy B.

Poprzednie spotkanie z twórczością Brooksa utarło w mojej głowie obraz literatury zgrabnej, ale odtwórczej, dobrej ale bez błyskotliwych wypadów fabularnych. No ale poprzednio był to jedynie poradnik survivalowy na wypadek epidemii zombizmu. Tym razem otrzymaliśmy najprawdziwszą literaturę faktu. Cóż z tego że fakty te zostają zmyślone… ale za to jak! Sugestywnie, barwnie i tworzące całkiem logiczną i kompleksową całość.

Na Wojnę Zombie spojrzę także jako historyk, ponieważ autor oparł się na metodzie badawczej z pogranicza warsztatu reportera oraz historyka, czyli Oral History – historii mówionej. Stanowiącą to niezwykle interesujący sposób tworzenia narracji historycznych, a jak dowodzi m. in. omawiana książka doskonale nadaje się także do tworzenia interesujących fikcji literackich.  Metoda ta pozwala na stworzenie dużego realizmu opisywanych wrażeń, autor przeskakując z rozmówcy na rozmówcę, z tematu na temat, może w dość zwięzłej formie przedstawić całościowy obraz wydarzenia/zagadnienia. Podobne prace historyczne powstają na całym świecie, z tym zastrzeżeniem że dotyczą one jednak prawdziwych wydarzeń… w przeciwieństwie do omawianej książki :) . Brooks doskonale „dobrał” rozmówców, z którymi jego awatar – twórca raportu powojennego, przeprowadza wywiady. Mamy więc szeroką gamę przedstawicieli różnych klas społecznych i wzory ich zachowań, od Indyjskich wojskowych dowódców po standardową amerykańską rodzinę. Mamy tez szeroki zakres terytorialny, obejmujący cały świat, z którego pominięta została chyba jedynie Australia.

Historie/wywiady opowiadane w książce są ciekawe, większość z nich swobodnie mogłaby stanowić tematy dla oddzielnych książek. Jednak to właśnie ta skondensowana forma, powoduje że z kilku dobrych historyjek i kilku świetnych powstała fenomenalna książka. Autor błyska pomysłem, warsztatem i talentem.

Podobno w drodze już ekranizacja książki… może i dobrze, choć ja wolę swoje własne ekranizacje w wyobraźni powstające podczas zaczytywania się książką. Może mam trochę gorsze efekty specjalne, ale za to ja sam jestem jej reżyserem i jedynym widzem. Doskonale zaspokaja to moją próżność czytelniczą.

Książkę zdecydowanie polecam, a jeśli jeszcze nie macie prezentu dla jakiegoś fana twórczościa pana Romero to tą książką go uradujecie :) .

Allegro / list do św. Mikołaja

Okres przedświąteczny, w który niezaprzeczalnie wchodzimy kojarzy mi się z kilkoma rzeczami, część z nich wywołuje u mnie wspomnienia głębokiej traumy- ZAKUPY. Na szczęście inaczej niż jeszcze kilka lat temu mamy możliwość zrobienia spokojnych, bezpiecznych zakupów przez internet. Dzięki bogom!

Koniec łażenia po tłocznych sklepach jak np. mój nie-ulubiony empik. Koniec „presji dnia ostatniego”. Koniec targania sie z pudełkami w zatłoczonych autobusach. Koniec wkurwiania sie na każdym kroku. Można skupić sie na świętach… jak miło.

Jednak dla człowieka który myśli że ot tak wchodzi sobie na allegro i robi zakupy mam przestrogę: Allegro to największy bazar tandety na jaki możemy trafić. Trochę to przerażające i dezorientujące, ale jednocześnie też pozwala odkryć nieznane dotąd zakamarki naszej kultury materialnej :) To trochę jak wycieczka na nieistniejące już najczęściej ruskie bazary. Nigdy nie miał człowiek pewności z czym wróci do domu.

Dziwactw allegro nie przedstawię, to zadanie mnie przerasta jednak postaram sie opowiedzieć o asortymencie jednego przeciętnego, dość losowo wybranego Sprzedawcy na którego trafiłem podczas wczesno-świątecznego przeglądania sklepu i szukanai pomysłów na prezenty. Kilka z przedmiotów które ów sprzedawca u siebie posiadał wprowadziło mnie w zdziwienie, może nawet w przerażenie. Tak dla przykładu.

Radiobudzik dla masona. W kształcie piramidy, bez czubka, na którym możemy na czas snu umieścić np. nasz masoński sygnet. Dobry pomysł by sprawić przyjemność kolegom z loży, a może zachęcić na święta do przyłączenia sie nowych adeptów. Bo przecież już nie trzeba sie kryć z tym że wszyscy jesteśmy masonami. Mason też człowiek, nie może spóźnić się do pracy.

Inny „must have” tegorocznego sezonu zakupowego to piec do pizzy… ale… zrobiony z plastiku :) Tak, plastikowy piec do pizzy zapewni niesamowite doznania smakowe i jest niezwykle estetyczny dodatkiem nowoczesnej kuchni. W opisie aukcji czytamy, iż jest – uwaga – STYLOWY :) Idealny do przyrządzania rakotwórczych obiadków dla dzieci… brak mi słów ;/

… … … To tylko krótkie „looknięcie” na nasz internetowy bazaar. Wrażenia niezapomniane, aż się czasem zastanawiam czy ktoś to wszystko bada i spisuje. Piękne świadectwo naszej pop-kultury materialnej!

Z innej beczki:

Postanowiłem ułatwić pracę świętemu w tym roku, więc kawa na ławę i wykładam wszystkie życzenia prezentowe na stół. Teraz tylko od niego zależy czy w te święta będę szczęśliwy ;]

Oto moja lista życzeń świątecznych, w kolejności priorytetowej:

Pozdrawiam