Uczcijmy śmierć życiem

Przeczytałem wczoraj tekst z Wysokich Obcasów, który dotknął mnie bardzo bardzo głęboko i jednocześnie pozwolił spojrzeć z dystansu na pewne sprawy związane ze śmiercią i życiem. Gazeta rozpoczęła niedawno akcję "Umierać po ludzku" – <TUTAJ> możecie przeczytać więcej na jej temat a <tutaj> dowiedzieć się "dlaczego". Uważam wywołaną dyskusję za jedno z najważniejszych wydarzeń społecznych ostatniego czasu.

Zamiatanie pod dywan i unikanie tego tematu przynosi zbyt wiele szkody i prowadzi do niszczenia więzi międzyludzkich. Śmierć jest częścią życia. Katolickie rytuały o zatraconym zupełnie znaczeniu i powierzchownej duchowości rozmywają sens rytuału przejścia ukrywając go za nic już (w dzisiejszej kulturze i dzisiejszej kondycji ludzkiej) nie znaczącymi gestami.

Jak dla mnie pozostaje jedno logiczne wyjście: Uczcijmy śmierć życiem.

_____________________

_____________________

Zapraszam więc do lektury przejmującego wywiadu:

Śmierć zbliżyła mnie do życia

Z Małgorzatą Braunek rozmawia Alina Mrowińska.

Wysokie Obcasy, sobota 25.10.2008

link: http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53662,5842385.html

 

CASABLANCA – Film kultowy

[referat wygłoszony 23 X 2008 r w ramach projektu Biblioteka Kulturalna jako wstęp do projekcji filmu "Casablanca"]             

„Casablanca” w reżyserii Michela Cutiza jest filmem, który można odkrywać wciąż na nowo. Zdobywca trzech Oskarów, nominowany do kolejnych pięciu statuetek obraz jest dziś dla wielu osób pozycją kultową uznawaną za jeden z najbardziej klasycznych filmów wszech czasów (które dla kinematografii wynoszą jednak dopiero niewiele ponad sto lat).

Chciałbym nim obejrzymy projekcję „Casablanki” zająć się kilkoma kwestiami, które nieodparcie powracają przy temacie tego filmu. Po pierwsze postaram sie zarysować szerszy kontekst wydarzeń historycznych przed, po oraz w trakcie trwania akcji filmu, którego wydaje mi się brakować w "Casablance". (jednak w tym przypadku mogę być nieobiektywny patrząc na świat jako historyk… choć w skórze bibliotekarza). Inną sprawą która poruszyć jest to czym właściwie jest film kultowy, jak on się tworzy czy raczej należałoby powiedzieć dojrzewa do tego miana, a w końcu co świadczy o kultowości "Casablanki" i jak się to przejawia.

Najpierw przedstawię jednak jak zapowiedziałem kilka podstawowych faktów

         Casablanca jest miastem leżącym w Maroku w Afryce Północnej nad Oceanem Atlantyckim. Ten rejon Czarnego Lądu już w XIX wieku był miejscem ścierania się interesów Europejskich potęg: Francji, Wielkiej Brytanii oraz Niemiec. Jeśli zaś dodamy jeszcze do tego bardzo silne lokalne arabskie ruchy wyzwoleńcze otrzymamy obraz niezwykle burzliwego regionu targanego konfliktami politycznymi oraz etnicznymi. W roku 1912 Maroko, a wraz z nim Casablanca, najważniejszy port tego afrykańskiego państwa, stały się protektoratem pod rządami Francji, zaś niepodległość Maroko odzyskało dopiero w roku 1956.

         W momencie wybuchu  II wojny światowej Casablanca znajdowała się w ramach zamorskich dominiów III Republiki Francuskiej. Po pokonaniu jej przez wojska Rzeszy w 1940 Maroko stało się częścią państwa władanego przez marionetkowy, kolaboracyjny rząd w Vichy. Stad też, tak jak widzimy to w filmie, Niemcy zachowywali pozory władzy francuskiej nad tymi terenami, co wraz z oddaleniem od głównego teatru działań wojennych i politycznych dawało jednak pewien zakres swobody niedostępny w wielu częściach okupowanej Europie.

         Z regionem w którym rozgrywa się akcja filmu niewątpliwie wiąże się także przełomowe dla dziejów II wojny Światowej wydarzenie – Operacja "Torch" czyli lądowanie wojsk amerykańskich w Afryce Północnej 8 listopada 1942, a wiec niecały rok po fikcyjnych wydarzeniach przedstawianych w filmie. Korpus ekspedycyjny pod dowództwem generała Georga Pattona, liczący 105 okrętów oraz desant 35 tysięcy amerykańskich żołnierzy, których głównym celem natarcia na terenie Maroka była właśnie Casablanca, szybko zdołał opanować wybrzeże i odebrać Maroko z rąk Francuzów podlegających Vichy. To w Casablance także odbyła się  na początku 1943 roku mało znana, lecz ważna konferencja przywódców alianckich państw, na której poczyniono ustalenia odnoście dalszych kierunków natarcia przeciw III Rzeszy oraz długoterminowe cele ofensywy.

         W tym szerokim a jednak dość pobieżnym zarysie sytuacji politycznej Maroka pozostaje więc umieścić akcję filmu. Fabuła ma miejsce w grudniu roku 1941, gdy na świecie w najlepsze trwa II wojna światowa. Ameryka dopiero rozpędza swoja maszynę wojenną, pod wpływem Japońskiego ciosu spod Pearl Harbour. W Tobruku tymczasem dzięki waleczności polskich żołnierzy z Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich udało się przełamać Niemieckie oblężenie. Pod Moskwą rozpoczęło się właśnie Rosyjskie przeciwnatarcie które odrzuci wojska niemieckie o ponad 300 km. Wojna wchodziła w swój szczytowy okres. W filmie "Casablanca" życie zdaje się toczyć jednak swoim stałym rytmem nocnego życia w Rick’s Cafe Americain.

Co ciekawe "Casablanca" miała swoją premierę 24 listopada 1942, czyli tuż po sukcesie operacji "Torch", zaś do kin wchodziła na początku roku 1943 w momencie gdy kończyła się właśnie konferencja w Casablance. Jednym słowem producenci nie mogli sobie wymarzyć lepszej promocji filmu.    

 Teraz chciałbym rozważyć druga z kwestii, których podjęcie zapowiedziałem wcześniej, czyli to jakie procesy powodują coś tak rzadkiego jak pojawienie się filmu kultowego i w jaki sposób się to najczęściej objawia.

         Film "Casablanca", jak sami to potwierdzali wielokrotnie jego twórcy, miał być po prostu kolejnym z pośród kilkuset produkowanych rocznie w tamtych czasach w Hollywood obrazów. Jednak filmem zdają się rządzić prawa podobne do tych z astrologii – wszystko zależy od odpowiedniej koniunkcji wielu skomplikowanych czynników. Do powstania filmu kultowego potrzebny jest dobry scenariusz, zdolny reżyser, świetna muzyka, zgrani oraz pasujący do poszczególnych ról aktorzy, nawet odpowiedni czas pojawienia się w kinach oraz last but not least – pewien nieokreślony, nie dający się sklasyfikować czynnik, który wieńczy całość dzieła iskrą geniuszu.

          Najpierw może wyjaśnijmy sobie czym jest film kultowy. Ze względu na płynność i wieloznaczność terminu "kultowy" nie jest to łatwe zadanie, jednak podsumowując różne definicje można stwierdzić tak oto, iż: film kultowy jest to obraz o dużym znaczeniu dla pewnej grupy społecznej, która utożsamia się z nim oraz jego elementami przenosząc pewne cytaty, zachowania oraz wartości w nim przedstawiane do własnego życia. Film taki staje się kulturowym mitem, który na stałe włączony zostaje do szeroko pojętej pop lub sub -kultury i oddziałuje na społeczeństwo.

         Film kultowy może powstać jako swoisty "wypadek przy pracy", kiedy z pozoru zwyczajna, zdawałoby się nie wyróżniająca niczym produkcja dzięki jakiemuś elementowi lub swoją całością, na przestrzeni wielu lat fascynuje coraz to nowe pokolenia i zyskuje to zaszczytne miano. Takim właśnie przykładem jest Casablanca.

         Film kultowy może być także związany z osobą reżysera, tak dzieje się zazwyczaj z filmami Davida Lyncha, który jako kultowa postać filmowego postmodernizmu automatycznie prawie że nadaje piętno kultowości swoim kolejnym obrazom.

         Może on powstać także niejako na zamówienie, dzięki działaniom perswazyjnym specjalistów od marketingu i public relations, olbrzymim pieniądzom włożonym w produkcję oraz szeroko zakrojonej promocji. Jeszcze przed pojawieniem się takiego filmu, a nawet już w etapie planowania stają się obrazami kultowymi. Przykładem takiego mechanizmu może być film Titanic czy ekranizacja Władcy Pierścieni, o których z góry zakładać można było, iż od razu staną się dla wielu osób obrazami kultowymi.

         Moim osobistym kryterium kultowości jest, iż film mogę oglądać nieskończoną ilość razy i każda scena, każde ujęcie jest dla mnie perfekcyjne. Zostać takim więc może jedynie film, który można określić jako "skończony", czyli taki w którym nie można już nic dodać lub ująć by stał się lepszy i wraz z wszelkimi swoimi niedoskonałościami, przemienionymi w tym przypadku często w atuty, tworzy harmonijną całość. Kultowy oznacza to także dla mnie "offowy", mało popularny, taki który daje poczucie pewnej elitarności i nie schlebia niczyim gustom. W filmie kultowym muszę mieć czas by rozsmakować się niczym w wytrawnym winie, którego smak początkowo cierpki i nieprzyjemny, staje się coraz bardziej bogaty z każdą kolejną wypitą lampką…

         Co jednak w takim razie świadczy o kultowości "Casablanki"?. Po pierwsze to iż zalicza się do uznawanego często za kultowy gatunku filmów "noir" – mrocznych, ciemnych i zadymionych obrazów, które powstawały w Ameryce w latach 40tych i 50tych. Kaźdy kojarzy też na pewno melodię przewodnią pt. "As time goes by". Tak samo znane są cytaty: "Ze wszystkich knajp we wszystkich miastach na całym świecie ona wchodzi akurat do mojej." lub "Louis, myślę, że to jest początek pięknej przyjaźni." "Zawsze będziemy mieli Paryż", "Zatrzymajcie podejrzanych. Tych, co zwykle", czy w końcu najbardziej znany z cytatów "Zagraj to jeszcze raz Sam", który jednak wcale nie pochodzi z "Casablanki", a z parodii tego klasyka nakręconej przez Braci Marx w 1946. Tutaj też właśnie dochodzi inny wyznacznik wskazujący na popularność filmu, czyli jego kopiowanie oraz nawiązywanie bezpośrednio do niego przez inne filmy oraz seriale. Przykładem tego jest wspomniana komedia Braci Marx, dwa seriale, wersje radiowe, wersja animowana z Królikiem Bugsem (przez wielu uznawana za najlepszy "hołd" złożony oryginalnemu dziełu) oraz do dziś nieustające i liczne odwoływanie sie do poszczególnych scen – choćby klasycznej sceny pożegnania głównych bohaterów na lotnisku. Wciąż jednak nie pojawił sie remake Casablanki, gdyż wiele osób uważa, że nie należy stawać w szranki z tak kultowym obrazem. Ostatnio dochodzą jednak informacje, iż szykowana jest jej nowa wersja "Casablanki" w Bollywood oraz o zakusach znanej piosenkarki Madonny do wcielenia się w rolę Ilsy i wielki powrót na srebrny ekran.

             Pozostawiając jednak te domysły ich własnemu życiu pozostaje mi jedynie zaprosić wszystkich by poznali lub przypomnieli sobie magię Casablanki.

 

Handlarze Kosmosem wg. wencków

Wśród wielu książek, które czytam dla przyjemności z obowiązku lub z nudy sa takie które zasługują na kilka słów komentarza na moim blogu. Zasługiwać mogą bądź to jako wyraz zachwytu nad nimi i szacunku dla inwencji autora, bądź to jako przestroga i próba piętnowania lichości literacko wydawniczej.

Książka duetu Fredek Pohl i Cyryl Kornbluth "Handlarze Kosmosem" to jak wyczytałem na wielu fachowych stronach klasyczna pozycja SF. Przy okazji większych zakupów na allegro dorzuciłem także i tą niedużą książeczkę jako dodatek do mojej sajfajowej biblioteki. Klasykę trzeba przeczytać i wypada mieć.

Fabułę streszczam za pomocą notki edytorskiej dostarczonej przez wydawcę bo nie chce mi się jej opowiadać i nie jest celem mojej wypowiedzi zaprezentowanie tej książki samo przez się:

Świat jest przepełniony i wyeksploatowany, ludzkość stoi na skraju ekologicznej katastrofy. Samochody zastąpiono pojazdami z napędem pedałowym, za pożywienie służy chemiczna substancja produkowana na bazie soi, klatki schodowe biurowców służą za sypialnie dla pracowników. Podstawą funkcjonowania gospodarki jest niepohamowana konsumpcja, a jej motorem napędowym wielkie korporacje reklamowe. Mitchell Courtenay jest wysokiej rangi redaktorem, pracownikiem potentata reklamowego. Interesuje się nim bezwzględna konkurencja i ”Consies”, terrorystyczne podziemie o proekologicznych przekonaniach.

W ostatnich słowach tej części tekstu mogę powiedzieć, że słusznie zaliczona została ta księga (książeczka raczej – poniżej 200 stron) do klasyki, ponieważ powstając w roku 1952 przewidziała wiele z dzisiejszych (a rodzących się już wówczas) mechanizmów rządzących naszym światem. Podejrzewam też, że i za kolejne 50 lat będzie ona tak samo aktualna w wielu kwestiach.

Koniec uprzejmości i teraz jedziemy…

Nic dobrego nie mogę jednak powiedzieć na temat sfery technicznej Handlarzy. Wydania podjęło się wydawnictwo Solaris p. Wojtka Sedeńki, które jest najbliższym mi terytorialnie wydawnictwem z tego segmentu i przez to podwójnie boli mnie brakoróbstwo, tandeta oraz rażące błędy jakich dopuszczono się wydając klasykę.

W książce natrafiłem na kilkadziesiąt (!!!!!!! o zgrozo) błędów – literówek, powtórzeń, błędów interpunkcyjnych oraz co gorsze i najbardziej mnie przerażające, błędów wskazujących na błędy w tłumaczeniu. Zerkam właśnie do książki i odczytuje, że tłumaczenie popełniła Małgorzata Łukomska… zapomnieli wpisać jeszcze tylko jakim translatorem się kobieta posłużyła…

Kolejny bubel to projekt graficzny. Masakra. Książka pochodzi z roku 2000, komputer jest już wówczas narzędziem sprawnym w rękach średnio wykwalifikowanego licealisty. Tutaj jednak p.Tomasz Wencek wykazał sie całkowitym brakiem estetyki i jakiejkolwiek inwencji. Może nawet nie czytał książki. Pewnie nie. Tak samo nie czytała jej zapewne spokrewniona w jakiś sposób z panem Tomaszem pani Małgorzata Wencek, odpowiedzialna rzekomo za korektę.

Tak oto jedna rodzina (?) pięknie wyrobiła w moich oczach i zapewne w oczach innych czytelników opinię na temat wydawnictwa Solaris.Wstyd.

Świetna książka, jednak polecam w oryginale lub z innego wydawnictwa w innym tłumaczeniu.

Piękni Ludzie

Na świecie żyją Piękni Ludzie.

Żyją też ludzie.

 Piękni Ludzie są piękni i zawsze uśmiechnięci. Piękne mają ubrania, piękne samochody, piękne tipsy i piękne buty. Spotykają się tylko z innymi Pięknymi w miejscach dla Pięknych Ludzi. W pięknych galeriach handlowych z pięknymi posadzkami i pięknymi szybami za którymi znajdują się piękne rzeczy. Rozmawiają przez telefony kiedy tak piękne się przechadzają po pięknie wyczyszczonych marmurach. Piękni Mężczyźni oglądają się za Pięknymi Kobietami, które bardzo pięknie się do nich uśmiechają i chichoczą przy tym z pięknymi koleżankami. Żenią też się tylko Piękny z Piękną, do ślubu jadą zawsze pięknym samochodem do pięknego kościoła, po czym pięknie bawią się na przepięknym weselu. Czynią tak przede wszystkim żeby nie uszczuplić sumy piękna jaka znajduje się na świecie, a tylko jeszcze wzbogacić je może o Piękne Dziecko,które już od urodzenia ssie piękny smoczek. Mieszkają naturalnie w pięknych mieszkaniach na pięknych osiedlach.

Piękni Ludzie muszą rzez cały czas myśleć o swoim pięknie bo to jest rzecz ulotna. Piękno przemija jeśli nie chodzi się do pięknych centrów handlowych żeby kupować piękne ubrania i piękne kosmetyki np. lakier w pięknym kolorze różowym i krem upiękniający.

Zajmuje im to wszystko strasznie dużo czasu. Strasznie dawno czytali jakaś książkę, choć ostatnio widzieli taki piękny program w telewizji. Są strasznie „inteligentni” i piastują strasznie ważne stanowiska. Strasznie dawno rozmawiali ze sobą ostatnio przy obiedzie i strasznie chcieliby być jeszcze piękniejsi. I strasznie ich to cieszy że każdy strasznie zazdrości im bycia Pięknymi

A co robią ludzie?

Ludzie robią przeważnie to samo… tylko mają te szczęście iż nie są Piękni.

I strasznie się z tego cieszą :)

 

Personal Google

Google dawno przestało być jedynie nazwą wyszukiwarki.

Google stało się stylem bycia.

Korzystacie z Google? Na pewno. A korzystacie w całego Imperium Google? Używacie strony iGoogle? Macie konto na Gmailu? Bloga na Bloggerze? Oglądacie filmy na Youtubie? Umieszczacie swoje zdjęcia na Picasie? Macie zainstalowaną przeglądarkę Chrome? Synchronizujecie swoje kanały RSS na Google Readerze? Czy tworzycie grafikę w Google Sketchup? Używacie pakietu biurowego Google Docs? Czytacie fragmenty książek w Google Books?

Liczne opcje które udostępnia nam firma Google, powodują że teoretycznie moglibyśmy korzystać z internetu operując jedynie w universum firmy Google.  Google stało się już prawe internetowym monopolistą, jednak jak na razie jest monopolistą niezwykle łaskawym i elastycznym.

Szczerze przyznaje ze korzystam chętnie z udogodnień oferowanych przez naszego wielkiego brata, jednak gdzieś w tyle głowy kręci się pytanie o co tak na prawdę w tym wszystkim chodzi. Czy reklamy dają google na tyle przychodu że może pozwolić sobie na tak bogatą i świetną ofertę darmowego softu? Czy może firma stosuje po postu taktykę długoterminowego uzależniania od siebie jak największej rzeszy internautów, by w pewnym momencie wprowadzić opłaty za korzystanie z ich usług….

Szczerze przyznaje że nie wyobrażam sobie szwędania w internecie bez mojego iGoogla który pozwala mi oszczędzić przyajmniej kilkanaście do kilkudziesięciu minut dziennie prezentując wszystkie potrzebne mi informacje zaraz po właczeniu przeglądarki. Zamiast wykonywać rytuał klikania po kolejnych stronach przed oczami wyświetla mi się od razu wyszukiwarka, moja poczta, czytnik RSS, lista rzeczy do zrobienia, kalendarz z terminarzem, najczęsciej używane linki, katalog moich dokumnetów z któryc mogę korzystać na cąłym świecie i modyfikować je z dowolnego komputera [to jest dopiero rewolucja dla mobilnych osób]. Mój iGoogle da mi pogodę w okolicy, nawet podłączy moje gadu i pozwoli szybko znaleźć pociąg do Poznania. I to wszystko na jednej stonie przeglądarki: posortowane tak jak chcę, z estetycznym graficznym tematem oraz możliwością ułożenia w dowolne działy tematyczne. iGoogle to na prawdę genialny wynalazek i jego zastosowanie pozwala oszczędzić np kilkanaście sekund na wklepywanie adresu logowanie się do kolejnych serwisów, kolejne kilkanaście sekund na otwarcie się skrzynki pocztowej, a potem jeszcze na włączenie wolno chodzącej strony z pogodą. Kto nie próbował to polecam z całego serca wypróbować to narzędzie.

Jednak drugą stroną medalu jest to że powierzamy prywatnej firmie dużo ważnych informacji, które mówią o nas, o naszym życiu i zainteresowaniach. Google zna nasze gusta, wie o czym piszemy w poczcie do ukochanej lub do partnera biznesowego. Wie o czym będzie nasza najnowsza książka i jakie były wyniki naszego przedsiębiorstwa w ostatnim kwartale. Google może te informacje zbierać, analizować i sprzedać nasz profil firmie marketingowej jako ich idealnego klienta lub kto wie co jeszcze zrobić z wiedzą o nas…

Dobrowolnie decydujemy się w takim przypadku przekazać część informacji o nas w zamian za te sekundy, i minuty oszczędzonego czasu, które zyskujemy dzięki otrzymanym narzędziom. Jet to więc zwykła wymiana.Barter w wydaniu XXI wieku. "Sprzedajemy" informacje w zamian za czas.

Każdy sam musi ocenić czy zyskuje na tej transakcji czy czuje się oszukany.

Ściana

Moja babcia jest chora. Nie jest jeszcze bardzo stara, jest jednak nieuleczalnie i ciężko chora. Nie dopuszczam do siebie tej myśli że ona powoli umiera, . Staram się z tym nie godzić, nie przeżywać tego, trzymać wewnętrzny fason. Pomimo że nasze relacje były raczej chłodne, bez powszechnego "babciowego" stylu to stanowiła ona [nim zachorowała] ważny element mojej mentalnej stabilności. Babcia ma niedługo wyjść ze szpitala, jednak nie wróci już nigdy do swojego mieszkania w którym przeżyła kilkadziesiąt lat, już nigdy go nie zobaczy. Rodzice zaczęli w weekend zwozić jej rzeczy, co wprowadziło mnie w kiepski nastrój. Solniczka, radio, obraz, kubek, pudełko na herbatę, resztki mąki, stary talerz… wszystkie te przedmioty są martwe jeśli nie ma ich właściciela, a jednak niosą w nim cząstkę jego samego. Strasznie smutno mi się zrobiło kiedy pomagałem wypakowywać z toreb te wszystkie bezwartościowe szpargały. Bo to przecież cząstki czyjegoś życia, które powoli gaśnie.

Kultura europejska nie nauczyła sobie jeszcze radzić m. in.  z dwoma rzeczami: ze starością oraz śmiercią. Stary człowiek musi umrzeć. Młody nie ma wyboru czy się narodzi. Można wmówić sobie teorię cyklu życia, można wierzyć w niebo, reinkarnację, valhalle lub inne metaforyczne ujęcia symbolicznego załagodzenia naszgo lęku i niepewności. Jest wiele sposobów żeby nie myśleć o TYM, wystarczy uwierzyć.

Problem w tym że nie wierzę. Myśli związane ze śmiercią dotykają granicy mojego pojmowania, których nie umiem przekroczyć i dać sobie odpowiedzi na pytanie skomplikowane jak sam wszechświat – "Czemu!". Niby racjonalne wypowiedzi o zużyciu organizmu, biologicznej degradacji komórek itp. Racja. Ale pozostaje pytanie "czemu". Dlatego kiedy docieram do ściany od razu zawracam.