Historie rodzinne

Chyba powoli jako historyk i członek mojej rodziny dojrzewam by zająć się zebraniem, zbadaniem, a kiedyś może opisaniem historii mojej rodziny. Czas upływa, zdjęcia blakną, pamięć staje się coraz zawodna, a ludzie niestety odchodzą. Lata studiów, z których wyniosłem wcale nie tak wiele wiedzy i jeszcze mniej wzorców z pewnością nauczyły mnie jednego – że historię zamiast nauczyć się, lepiej jest spróbować zrozumieć. A że niezbędnym elementem do jej poznania jest najpierw zebranie i spisanie jej okruchów to ktoś musi podjąć sie tego zadania. raczej przyjemności.

Zawsze najbardziej pociągało mnie obcowanie z materią historyczną na poziomie jak najbardziej bezpośrednim. Ad fontes chciałoby się rzec i dobrze, gdyż właśnie w nich znajdowałem zawsze największą przyjemność badawczą, lecz wielki żal mam iż nie pokazano nam i nie pokierowano ku źródłom innym niż drukowane. Źródło słowa – źródłu pamięci. To w ludzkich wspomnieniach kryje się najpiękniejsza historia.

 

[fragment albumu mojej babci Eugenii Rynarzewskiej]

 

Uzbrojony w aparat, dyktafon i skaner mogę chyba już zaczynać. Najwyższa pora i najwyższy obowiązek.

Miejsca bez czasu

Są takie miejsca w których czuć historię – zamki, twierdze, pałace…

Są także takie miejsca w których mamy wrażenie istnienia poza czasem, a raczej uniwersalności i nie związania tych miejsc z żadną określoną epoką. Kiedy się w takim miejscu znajdujemy jesteśmy jedynym ogniwem łączącym je z naszą teraźniejszością. Jakbyśmy to właśnie my wprowadzali do niego czas. Jesteśmy jedynym elementem po którym można odróżnić, czy jest rok 1411, 1831, lato 1942, czy może rok 2014. 

Wrażenia takie dosięgają mnie często kiedy biegnę przez las, lub jestem na spacerze. Piaszczysta leśna droga pośród sosen i świerków. Żółta wstęga drogi znika za zakrętem a po bokach równe, wysokie drzewa i u ich stóp niewielkie drzewka lub krzaki jałowca. Lubie sobie wtedy wyobrazić różne wersje wydarzeń, które mogły się przecież tutaj wydarzyć. Nic nie wskazuje bowiem, poza mną samym że znajduje się w jakiejś określonej epoce.

Nagle zza zakrętu wyjeżdża wóz i towarzyszący mu zbrojni na koniach eskortujący kanonika warmińskiego do jego posiadłości koło Seeburga z kapitulnego miasta Allenstein. Kiedy  wóz przetacza się koło mnie, usłyszeć mogę pobrzękiwanie końskich uprzęży i skrzeczenie słabo naoliwionych piast w kołach.  Mogło tak być. Na takiej drodze, wśród takich drzew. Inna wersja to kiedy słyszę odgłos silnika i po chwili na pojawia się niemiecki kubelwagen a za nim ciężarówka, na której siedzą żołnierze wehrmachtu. Mogę poczuć zapach spalin i pęd powietrza kiedy obok mnie przejeżdżają. To tylko jedne z wielu scenariuszy które mogłyby się w takim miejscu wydarzyć. To właśnie ja jestem jedynym elementem łączącym ten kawałek lasu z teraźniejszością, a chciałbym móc znaleźć się na styku różnych czasów by móc zobaczyć co działo się w tym właśnie miejscu 10. 100. 1000 lat temu…. ehhh mrzonki historyka :)

Przyroda jest wieczna, ciągła, tworzy niezmienną, nieruchomą scenografię dla zawieruchy dziejów i historii – dziejów ludzi na tle krajoobrazu. Wydarzenia zmieniają się a on trwa, rózne stopy go depczą, różne dłonie niszczą. On pozostaje niezmienny, jest poza czasem historycznym.

Podwójna recenzja ze wskazaniem

Dawno nie pojawiła się już u mnie żadna recenzja książki, teraz więc w ramach tzw. bonusu vel. gratisu przedstawię podwójną recenzję ostatnie przeczytanych przez mnie książę. Dwa tytuły nie zostały przeze mnie zestawione przypadkowo. Obie książki łączy gatunek literacki – science fiction, obaj autorzy są Polakami i obie książki stanowić miały miły i lekki przerywnik pomiędzy trudniejszymi i bardziej wymagającymi lekturami. Poza tymi kwestiami nie wymienię chyba już żadnego ważnego podobieństwa poza sprawami czysto technicznymi: czarną czcionką, białym papierem i umiarkowanie wygórowaną ceną. Od tego momentu pomiędzy obiema książkami pojawiać isę będzie znane z komputerowych bijatyk i bokserskich ringów słowo „versus”.

vs.

Pora więc zająć się ważną kwestią jaką jest przedstawienie obu książek z imienia i nazwiska. Pierwsza to „Apokalipsa wg Pana Jana” RobertaSzmidta, a druga – „Krótki lot motyla bojowego” Eugeniusza Dębskiego. Ograniczając do maksimum ilość szczegółów fabularnych [spoilerów], by nie zepsuć nikomu ewentualnej zabawy, dokonam jedynie krótkiej charakterystyki uczestników starcia. Z jednej strony mamy więc post apokaliptyczną wizję europy i losy odradzającej się Polski z drugiej cyberpunkowe niewiadomoco bez wyraźnej koncepcji fabularnej. Z jednej strony zaskakująca czasami, prostota z olbrzymim polotem z drugiej wyraźne trudności w kreowaniu świata książki wraz z rozbudowanymi ponad miarę wątkami psychologicznymi bohaterów. Z jednej strony kolejne przetworzenie dość wyświechtanego tematu, z drugiej ciekawy pomysł i duży potencjał. Z jednej strony czysta rozrywka, z drugiej czysty mętlik.

Wyraźna dysproporcja jakości pomiędzy przedstawionymi powyżej powieściami spowodowała u mnie duży zawód. "Apokalipsę" uważam za książkę bardzo udaną, natomiast "Lot motyla.." to zdecydowany niewypał. O ile Szmidt wyciągnął z wyświechtanego [zdawałoby sie jedynie] tematu coś niezłego na miarę rozrywki jaką książka ta miała stanowić, to Dębski z bardzo zabił swoje własne dziecko gubiąc główny i najciekawszy wątek na rzecz pobocznego i banalnego.

 Na koniec zostaje mi tylko polecić obie i samemu przekonać się o ich wartości.

Dobre choćby dlatego że polskie. Kupujcie polskie książki SF.

Let it rain…

Deszczowa pogoda nie oznacza wyłącznie kałuż, przemokniętych ubrań i złych skojarzeń ze zmarnowanymi wakacjami. Czasem deszczowa pogoda po prostu mnie cieszy. Kiedy pada deszcz nie mam wymówki i muszę siedzieć w domu. Na bok trzeba odłożyć wszelkie prace domowe, na bok idzie nieporąbane drewno i niewywiezione zielsko z ogródka w rdzewiejącej na deszczu taczce. Na bok wszelkie rozpraszające człowieka (w tym przypadku mnie) codzienne drobne, ale za to jak irytujące (przynajmniej mnie!) obowiązki. Kiedy za oknem pada mogę siedzieć i czytać. Lub pisać. Lub oglądać filmy. Mogę wówczas robić wszystko to co jest wyłącznie przyjemnością ducha, nie wymaga angażowanie w to rąk, nóg, żadnych partii mięśni.

Ale kiedyś w końcu padać przestaje. Wychodzi słońce. Taczka wysycha, a nowe zielsko zaczyna rosnąć ze zdwojoną siłą by znaleźć w końcu swoje miejsce we wspomnianej taczce. I nie ma tutaj chyba co żałować żadnej z kropli deszczu, dzięki którym mogłem zanurzyć się w ocean intelektualnej rozpusty. Mogę wyjść ze swojego leża i poruszać się, rozprostować kości i wyprężyć wątłe mięśnie nałogowego humanisty.

I za to trzeba chyba doceniać naturę, że czasem myśli za nas.

 

Wrażenia z koncertu Erica Claptona

Eric Clapton był w Polsce jak dotąd dwa razy.

Po raz pierwszy w latach 70tych. Miał zaplanowanych kilka koncertów, jednak w wyniku zamieszek jakie wybuchły po pierwszym z nich, użyciu gazu przez milicję dla ich stłumienia oraz zniszczeniu sprzętu nagłośnieniowego, pozostałe zostały przez artystę odwołane. Eric Clapton nabawił się alergii do naszego kraju skutecznie omijając go podczas swoich tras koncertowych.

Po kilkudziesięciu latach, zmianie systemu i zmianie pokoleń Clapton postanowił przyjechać w końcu po raz drugi do Polski. Do Gdynia na skwer Kościuszki. Namówiony przez Ukochaną pojechałem na ten koncert.

W dzień koncertu pogoda dopisała. Nawet za bardzo. Spaliłem się na raka, biały został tylko ślad od okularów. Przed koncertem zaliczyliśmy plażę, kąpiel w lodowatym Bałtyku, rejs po porcie statkiem "Danuta" oraz obiad w Bistro "Luna". Skutki słońca doskonale widać na zdjęciu. :)

Było świetnie, choć zawiódł Dżem jako support przed Claptonem. Grali trochę bez werwy i nie zagrali żadnych bisów co jest największą koncertową zbrodnią. Nie rozgrzali widowni w stopniu w jakim mogli to zrobić. Nic to jednak. Główne danie smakowało wyśmienicie!

Ludzie na koncercie byli, co mnie zdziwiło w dużej części w wieku moich rodziców. Wszyscy jednak bawili się świetnie. Koncert po supportcie zaczął się z niesamowitą punktualnością a wręcz o dwie minuty przed 20. Skończył się niestety także z dużą punktualnością tuż przed 22. Clapton i jego niesamowity zespół zagrał z początku trochę mniej znanych kawałków, ppotem już bardziej znane, z takimi klasykami jak Wonderful Tonight, Cocaine i nieśmiertelna Layla. Ludziom sie podobało. Posłuchajcie fragmentu koncertu:

Layla[audio:http://www.rynarzewski.pl/wp-content/uploads/2008/08/layla-gdynia-14082008.mp3]

 Mam tylko duży minus dla organizatorów za nie poinformowanie zawczasu o takich ograniczeniach jak zakaz wnoszenia aparatów [ co większość z nas obeszła przemycając aparaty] oraz zakaz wnoszenia napojów. Trochę to dziwne o takich rzeczach dowiadywać się przy bramce wejściowej. Organizatorzy proponowali pozostawienie sprzętu w depozycie [oj niepewna sprawa taki depozyt], jednak ja nie odważyłbym się na taki ruch. Wolałem już przemycać.

Niemniej impreza fenomenalna.

Na odwrocie

Na odwrocie

Na odwrocie napiszę swój pierwszy wiersz
Wiersz na odwrocie
Na stronie „B”, na rewersie, na ciemnej stronie księżyca
Której nikt nigdy nie widział
Tam gdzie wrony zawracają
I odwracam głowę od własnych myśli.

Bo życie też musi mieć swoje drugie oblicze
Takie jakim stać się mogło gdyby moneta upadła inaczej.

Napiszę swój pierwszy wiersz na odwrocie
Chwiejnym pismem na odwrocie karty
Zadrukowanej bezszeryfową czcionką Arial Bold.

Napiszę swój pierwszy wiersz na odwrocie
Z dużą ilością odręcznych skreśleń.

Wiersz zawsze w odwrocie.