Z pamiętnika młodszego bibliotekarza… ;]

Sobota w bibliotece to przede wszystkim spokój. Szczególnie sobota w trakcie sesji egzaminacyjnej. Spokój w bibliotece łatwo przeradza się w nudę. Pełzająca okrutną nudę, która nie pozwala skupić się ani na niczym przyjemnym, bo przecież jesteśmy w pracy ani zmusić się do dalszej pracy, bo człowiek jest już zmęczony samą odległością jaka dzieli go od odległego poranka.

Jak więc wygląda sobota…? Pustki i grobowa cisza dusząca bibliotekarza spragnionego wizyty użytkownika. Każdy odgłos kroków na korytarzu powoduje dreszcz emocji i wyczekiwanie. Wszelka możliwość zabicia nudy i wykazanie się pracą jest błogosławieństwem danym nielicznym. Większość z pracowników, i tak szkieletowej obsady wszystkich działów, przeżywa męczarnie spoglądając na zegarki, czasomierze oraz wyświetlacze. Ile można siedzieć na internecie? Cisza zbliżona do tej jaka panuje w przestrzeni kosmicznej, szybko potrafi doprowadzić do szaleństwa najsilniejszego nawet psychicznie osobnika….

Gdzieś około godziny dziewiętnastej bibliotekarz zaczyna miotać się niczym dzikie zwierze po swoim dziale. Przemierza swoje opustoszałe królestwo niczym tygrys uwięziony w zoo. W jego psychice następuje zasadnicza zmiana. O ile dotychczas czekał jeszcze na czytelnika to teraz każdy, który odważy się pojawić będzie niechcianym intruzem. Jego niechciane wkroczenie może przedłużyć pracę bibliotekarza o całe minuty – wprowadzić chaos w rytuał wyjścia, który rozpoczyna się na około pół godziny przed godziną zero. Zaburzenie tego cyklu, skomplikowanej procedury, przez czytelnika, który niechaj zechciałby [o zgrozo!] wykorzystać swoje prawo do korzystania z księgozbioru do godzin 19:59…. zachowanie takie uznać należałoby bezsprzecznie za skandaliczne.

Gong oznajmiający kwadrans do zamknięcie i automat, który obwieszcza to głosem równie bezdusznym co otaczające mury, to ostatni wyznacznik nadchodzącego końca… bibliotekarze przygotowani już do wyjścia z kluczami w rękach stoją przyklejeni do oszklonych drzwi. Spoglądają komu pierwszemu puszczą nerwy… kto pierwszy wyłączy światło i zamknie drzwi swego działu, komu pierwszemu puszczą nerwy.

Tak oto dzień pracy zbliża się do końca ostatecznego. Uczucie to porównać można jedynie z końcem biblijnej boskiej pracy, kiedy to po sześciu dniach nadchodzi zasłużony dzień odpoczynku… niedziela. Boskie uczucie dla bibliotekarza. Niedziela świętym dniem heretyckiej bibliotekarskiej wiary.

Dziś odpracowałem ostatnią przed wakacjami sobotę pracująca. Kolejna dopiero we września. Jutro rano poczuje się jak bóg. Mam dzień wolny.

Kto podróżuje moim autobusem do pracy?

Dziś jadąc do pracy moją uwagę przyciągnęła naklejka na oknie oświadczajca dla kogo przeznaczone jest siedzenie, na którym spocząłem. Spojrzałem na naklejkę i zgadnijcie jakie były moje pierwsze skojarznenia:

Mój pokręcony umysł widząc postacie określił je jako [ licząc od lewej] :

- Zygmunt Freud,
- Daredevil,
- Maria vel. Matka Boska,
- Jakaś Grubaska z fryzurą z lat 50tych

Może wy macie jakieś sugestie co może oznaczać ta tajemnicza naklejka ;] czekam na propozycje.

Opowieści kolejowe… cz. 2

Istniały w moich czasach i w moim położeniu geo-politycznym, tak jak i zapewne obecnie dwa modele uczęszczania do szkoły średniej – dojeżdżanie oraz internat vel. bursa. Oba wiązały się w pewien sposób z podróżowaniem z tym że „dojeżdżanie” w dniach od poniedziałku do piątku, zaś „internat/bursa” w piątki i niedziele. U mnie z powodu niedużej odległości w grę wchodziło praktycznie tylko „dojeżdżanie”, z resztą jak miałem się okazję przekonać potem po stanie umysłowo-wychowawczym kolegów z burs – dzięki bogu!

Pierwszy rok dojeżdżania był pewnym szokiem. Kwestia zaaklimatyzowania się i widmo tzw. „kocenia” powodowało pewien dyskomfort na początku, jednak człowiek jest istotą łatwo adoptującą się do ekstremalnych warunków i jakoś się dostosowałem, zresztą nie byłem wówczas sam. Podobnie sytuacja miała się z całym pokoleniem moich rówieśników, tych znajomych oraz nieznajomych.

Pociągowe społeczeństwo okresu mojego pierwszego „dojeżdżania” charakteryzowało się pewną hierarchią. Pierwszoroczniacy, średni dojeżdżacze, dojeżdżacze seniorzy oraz charakteryzujące się własną hierarchią warstwy wyższe. Mieszanie się klas „dojeżdżających” następowało w rożnym stopniu – pierwszoroczniacy szukali często protekcji u seniorów, przed wyzyskiem i uciskiem klas od nich wyżej postawionych. Najczęściej opierało się to na więzach rodzinno-sąsiedzkich. Jednocześnie zaś ucisk stosowany był także przez środowiska bliskie uciskanemu. Kocenie w okresie swojego apogeum, które na szczęście miejsce miało nim ja zacząłem dojeżdżać, zahaczało momentami o dręczenie i wręcz znęcanie się. Obecnie o ile zauważyłem, zwyczaj ten zanikł prawie całkowicie.

Dojeżdżanie to nie tylko cała bogata kultura „wagonowa” [której nie jestem w tym momencie w stanie przedstawić w sposób wyczerpujący – mam nadzieję kiedyś się za to zabrać] – to także jej subkultura „peronowa”. Oczekiwanie na podstawienie składu, lub pociąg długodystansowy posiadało określone reguły. Peron podzielony był na poszczególne rewiry – objęte w niepisane posiadanie przez grupy zawodowe, towarzyskie lub związane z poszczególnymi miejscowościami. Układ ten znajdował jednocześnie pewne odzwierciedlenie w rozkładzie poszczególnych grup w wagonach składu. Dojeżdżając przez pewien czas pociągiem o określonej godzinie, z prawdopodobieństwem 95 procent zdolny byłem określić w którym z kolejności wagonie dana osoba się znajduje, a także z dużą dokładnością określić przedział lub część wagonu w której mogę ją odnaleźć. Niepisana umowa regulowała ład i porządek dojeżdżającego społeczeństwa. Taka rewirowość doskonale świadczy reliktach pierwotnych instynktów stadnych.

Ten wykład „Opowieści kolejowych” zawarł w sobie wiele zagadnień teoretycznych, a mniej bezpośrednich przykładów z moich wspomnień… …bywa :)

W oparach absurdu

Kolejna ciekawa lektura za mną. Cytując pijackie bełkoty pana Oleksego: „Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i kur… będę jak brzytwa”. Absurd rzeczywistości w całej okazałości. Tekst niczym z polskiej komedii, jakiegoś Kilera czy coś…

Zasadniczo to miałem zamiar coś napisać o zbiorze przedruków artykułów humorystyczno-purnonsensowych autorstwa Antoniego Słonimskiego i Juliana Tuwima pt. „W Oparach Absurdu”…. ale najlepiej chyba będzie po prostu jeśli przytoczę fragment…

***

„WYCOFANIE DOLAROW”

Ameryka wycofuje banknoty 5-0, 10-0 i 20-dolarowe

Popłoch śród dziatwy. – Interwencja mocarstw. Demarche dyplomatów, – Co robić?

DAJŁA (Havas) 1. IV. 1924. Miror donosi. A z donosicielem nie gadam.

NEW RZYM, 1. 4. 1924. (Tel. cudzy) Początkowo sądzono, że to trawa, gdyż dolary rozłożyły się na ulicach i wyglądały jak zielona murawa. Policja kosiła kosami i sierpami. Po przybyciu Ameryki zaczęło się wycofywanie. Dolary szły szóstkami.

VALPARAJNAZIEMI. 1. 4. 1924. (Tel. własny) Ameryka przybyła automochodem. Z tysiąca piersi wyrwał się okrzyk. Dolary płakały.

BOSTON. 1. 4. 1924. Gwałtowny brak pieniędzy zmusza ludność do uciekania się. Ameryka proponuje, aby przywrócić dolary, ale one tyż nie głupie. Już są precz kawał za miastem.

PARYŻ, 1. 4. 1924. Straszny kłopot z portretem na banknotach dolarowych. Po wycofaniu zeskoczyły portrety z banknotów i chcą żyć. Rosną im nogi. Zjawiło się kilkaset milionów jednakowych prezydentów Lincolnów, żyją, krzyczą: jeść! Roosveltowie spokojniejsi.

BALTIMORE, 1. VVV. 9241. Przybyła tu delegacja funtów i franków szwajcarskich ze swym prezesem, banknotem stufrankowym seria L 1897742 na czele. Banknot przyjął przedstawiciela wycofanych dolarów p. A. 8313974. Wieczorem wydal główny dolar obiad, za który zapłacił kolegami. Bankiet banknotów jest podobno grą słów. Liczą się z możliwością dalszych kalamburów (np. bukiet).

NEW-YORK, P. O. T. W izbie gmin senator Houlen wygłosił wielkie przemówienie o pieniądzach. On pamięta jeszcze, że jako dziecko nieraz biegał po pieniądze do matki jego szefa, kasetki nr 472. Deputowany Vourris rozpłakał się i też powiedział, że bez pieniędzy nie ma poważania u ludzi. Ponieważ wszyscy Amerykanie zaczynają się na literę „H”, izba postanowiła cofnąć dolary będące w obiegu, motywując to zmęczeniem pieniędzy.

Dzień dziecka – Artur i Minimki

Dziś Dzień Dziecka w telewizji repertuar skierowany do określonego targetu, to i ja oglądam bo dziś mam leniwą niedzielę na kanapie.

Znany i lubiany reżyser Luc Besson – autor m. in. Leona Zawodowca, 5tego Elementu, Joanny D’arc i wielu innych znanych filmów, postanowił w pewnym momencie wziąć się za film dla dzieci – nakręcił film „Artur i Minimki”….. I jak mu to wyszło!!!

Wow. Ja, jako stary chłop po obejrzeniu tego filmu jestem zachwycony. Obejrzyjcie trailer.

[youtube=http://pl.youtube.com/watch?v=MBiN6QYK1vU]

Szkoda że takich filmów nie było kiedym był szczawikiem. Świetna fabuła – wciągająca i niebanalna. Świetne wykonanie i realizacja – grafika komputerowa czyni cuda i dobrze wykorzystana. Chowają się przy tym wszelkie Kroniki Narni….

Fajnie czasem [choć na chwilę] móc powrócić w lata beztroskiego dzieciństwa… Polecam!