Kolja – reż. Jan Sverak

Są filmy, które zapadają w pamięć, są filmy, które potrafią człowieka poruszyć, są filmy, które wpisuje na listę ulubionych. Taki właśnie film to „Kolja” w reżyserii Jana Sveraka. Czeska produkcja z roku 1996, która zdobyła m. in. Oskara.

W naszym europejskim kinie jest coś takiego co powoduje że jest ono nam bliskie, przemawia, dotyka naszych problemów, uczuć. Niewiele filmów z Hollywood, pomimo gigantycznych nakładów, potrafi spojrzeć na człowieka w taki sposób jak robi to Sverak, Kolski czy Dejczer w „Bandycie”. Spielberg, owszem jest efekciarski, ale to rozrywka na półtorej godziny z ziewaniem w co nudniejszych momentach. Nie wywołuje on żadnych emocji poza „wow” „fajne” „widziałeś!… aaaale nieźle”. Film europejski z braku środków zdaje się iż wyewoluował w całkowicie innym kierunku – treść dominuje ponad formą. Człowiek jest w „naszym” kinie człowiekiem na całej linii. Żyje w realnym świecie, bliskim naszej rzeczywistości, osadzony jest w naszej charakterystycznej kulturze, która jeszcze [na szczęście nie została całkowicie zamerykanizowana]. W tym też chyba tkwi przewaga sztuki europejskiej, nad sterylną amerykańską papką podaną na zasadach political correctness..

„Kolja” [Kolia, Kolya] wykorzystuje zdawałoby się, najbardziej oczywisty chwyt każdego scenarzysty – dziecko i stary zgorzkniały facet, który przebywając z dzieckiem przechodzi metamorfozę. Ale jak to podane…!!! Wyśmienicie!!! I moim zdaniem nie trąca to banałem, nie popada w schematyczność i tworzy piękną opowieść bez happy endu, jak to w życiu bywa. Albo może po prostu z happy endem w wydaniu realistycznym.

Film wzrusza, porusza, narusza duszę. Plasuje go na bądź na poziomie „Bandyty”, bądź nawet powyżej o jedną gwiazdkę w moim prywatnym rankingu…

Amatorski trailer też jest moim zdaniem bardzo dobry i świetnie reklamuje film.

[youtube=http://pl.youtube.com/watch?v=72Z6yyHI744]

Postać chłopca jeśli nie zawładnie waszym sercem to najprawdopodobniej znaczy ze go po prostu nie macie. Świetny mały aktor. Kilka scen z małym kolją jest genialnych. Na koniec dodam tylko że jeśli masz czytelniku jakąkolwiek możliwość dotarcia do tego filmu, to koniecznie go obejrzyj – sam bądź w gronie najabliższych/z ukochaną/… KONIECZNIE!!!

Koncepcja Zalewskiego

Mechanicznym ruchem złapał za klamkę, jednak na chwilę zawahał się nie mogąc podjąć decyzji czy ma drzwi pchnąć czy pociągnąć. Po chwili przetwarzania danych zdecydował się popchnąć drzwi. Zrobił krok do przodu i znalazł się w jasno oświetlonym pomieszczeniu o wysokim suficie. Blask przemysłowych jarzeniówek był tak silny że musiał przesłonić ręką oczy przyzwyczajone jeszcze do panującego na zewnątrz mroku. Po chwili powolnym ruchem zabrał znad oczu rękę. Był w sporych rozmiarów pomieszczeniu wypełnionym ustawionymi w szeregi półkami. Znajdowały się na nich różne towary w agresywnie kolorowych opakowaniach. Wszystkie one starały się przyciągnąć choć na chwilę jego wzrok. Do tego zostały stworzone. Przyciągnąć wzrok, zmusić do podejścia do półki, a w końcu za pomocą krzykliwych napisów, uśmiechniętych kobiecych twarzy zmusić go do kupienia ich. On nie był jednak w stanie odebrać jakichkolwiek, nawet podświadomych, sygnałów. Aktywne były jedynie te jego funkcje, które niezbędne były do życia i dotarcia do pokoju na odpoczynek. Jedna jedyna tylko myśl kołatała się w jego głowie: „mleko, chleb, ser”

W czasie kilkumetrowej podróży od drzwi jego umysł monotonnie powtarzał: „mleko, chleb, ser, mleko,chleb,ser,mlekochlebsermlekochlebser… Nie były to nawet jego myśli, ale zakodowane w jego umyśle polecenie. Szedł ze spuszczoną lekko głową, nie podnosząc jej o nie miał na to siły. Kierując się zakodowanym gdzieś w głębi umysłu planem sklepu kierował się w kierunku lady. Nie wykonując żadnych zbędnych ruchów, dotarł do blatu. Teraz zmusił swoją się by podnieść głowę i spojrzeć na sprzedawcę. Był to młody hindus w bordowym turbanie na głowie, który był zdecydowanie znudzony swoim zajęciem. Właśnie odkładał gazetę i wlepiał na twarz obowiązkowy uśmiech. Spojrzał na klienta i pytającą podniósł brwi, co zapewne miało znaczyć:
- …czym mogę panu pomóc?
- Poproszę jeden chleb, litr mleka i jeszcze może kostkę sera – odpowiedziałby klient, gdyby miał na to siłę. Tak z jego ust wydobyło się niewyraźne – chleb, mleko i ser.

W czasie gdy sprzedawca poszedł przynieść zamówione produkty klient stał nieruchomo wpatrzony tępo w przestrzeń przed sobą. Nie pozwolił swojej głowie opaść, gdyż ponowne podniesienie jej, kiedy wróci młody hindus, kosztowało by wiele energii której tak bardzo mu brakowało. Rozmazany obraz przed oczami i całkowicie wyłączony mózg powodowały iż nie zauważał nawet upływu czasu jaki spędził przed ladą.

Sprzedawca był już z powrotem i przeciągał zakupy nad czytnikiem. W tym czasie on sięgnął do kieszeni, wyciągnął kartę i przeciągnął ją nad czytnikiem płatności. Dołożył jeszcze swój kciuk i mechanicznym ruchem wykonał akcję odwrotną do niedawno wykonanej. Schował kartę.

Hindus zapakował zakupy do plastykowej torby wręczył ją mu i skinął głową. Mogło to oznaczać „ dziękuję za zrobienie u nas zakupów i dobranoc panu”. Klient przejął od niego ładunek, a nieznaczna zmiana u niego wyrazu twarzy znaczyła zapewne „dziękuję, dobranoc”. Kiedy przejął zakupy od sprzedawcy w ręce zaciążyło mu około dwa kilogramy produktów niezbędnych, aby jego organizm uzupełnił braki energii. Skierował się do wyjścia. W tym czasie mózg odłączył ośrodek mowy i całkowicie oczyścił się z jakichkolwiek zbędnych myśli. Po wykonaniu polecenia chlebmlekoser całą pozostałą energię skierowano na funkcje motoryczne. Prawa ręka w tył, lewa noga w przód, lewa ręka w tył, prawa noga w przód. I tak dalej zgodnie z zakodowanym w umyśle schematem. Jedna część mózgu wychwyciła z podświadomości polecenie. „Dom”. Już inna część mózgu opracowała program dla ciała, które zgodnie z poleceniami w nim zawartymi miało przemieścić się spod sklepu do mieszkania jak najkorzystniejszą trasą, przy jak najkrótszym. Mózg spośród kilku wariantów trasy wybrał ten najbardziej ekonomiczny. I już wprowadził pierwsze polecenia dla kończyn. Biologiczna maszyneria już ruszyła.

Już od jakiegoś czasu wszystkie nasze ośrodki badawcze pracują nad stworzeniem idealnego narzędzia, które potrafiłoby wykonać wszystkie nudne, nieprzyjemne lub uwłaczające ludzkiej godności zadania jakie na swej drodze spotyka człowiek. Nasi naukowcy podążając za nową koncepcją doktora Zalewskiego odnośnie budowy mózgu, opracowała epokowy wynalazek. Zdradzę państwu, że u podstaw naszego projektu legło pytanie: po co starać się podnieść roboty do poziomu inteligencji potrzebnej do samodzielnego podejmowania decyzji. Można przecież do tego stopnia obniżyć zdolności umysłowe człowieka pozbywając się wszelkich zbędnych fragmentów mózgu tak, by stał się on programowalnym narzędziem.
I oto mam przyjemność ogłosić że nasze badania zakończyły się całkowitym sukcesem! Oto przedstawiam państwu pierwszą i najdoskonalszą zarazem generację bio – robotów stworzoną w naszych laboratoriach! Oto Homo Instrumentum lub jak państwo wolą Hl-1

Felietony Filozofa z Rejsu

Felieton jest bardzo ciekawym utworem. Krótkie to, interesujące i zazwyczaj jeszcze zabawne… Nie męczące ani dla pisarza ani dla czytelnika. Ale jednocześnie wymagające od autora dużej sprawności pisarskiej, erudycji i inteligencji…

Miałem niedawno niebywałą przyjemność przeczytać zbiór esejów Andrzeja Dobosza – „Generał w Bibliotece”. Są to teksty opublikowane na łamach Tygodnika Powszechnego z lat 90tych.

Kim zaś jest ich autor? Wielu zna go zapewne z roli filozofa w kultowym „Rejsie”, mniej jako krytyka literackiego, publicystę, pasjonata książek, erudytą oraz właściciela księgarni w Paryżu, gdzie mieszka od roku 1974. Najlepiej o nim opowiada chyba o nim ks. Adam Boniecki we wstępie do „Generała w Bibliotece” [TUTAJ].

W tekstach Dobosza zawartych w „Generale…” znalazłem coś pokrewnego. Tematy w nich poruszane i spostrzeżenia jakie czyni Andrzej Dobosz wywoływały niejednokrotnie na mojej twarzy uśmiech i często pokrywały się z moimi niesformułowanymi jeszcze przemyśleniami. Teksty takie jak „O drzewie” w którym Dobosz fascynująco opowiada o półkach na książki, czy „Pedagogiczne trudy” na temat wieloetatowości polskich wykładowców i adekwatnym do tego poziomie edukacji, uważam za genialne. Wiele felietonów inspirowanych jest także ulubioną lekturą Dobosza, którą stanowi Polski Słownik Biograficzny. Książka dobosza stanowi idealnego towarzysza podróży. Krótkie, 2-3 stronicowe teksty doskonale czyta się w pociągu, autobusie, na przystanku i na dworcu – wszędzie tam gdzie ciężko jest się skupić [co sam miałem okazję sprawdzić].

Felietony Andrzeja Dobosza zebrane w tomie „Generał w Bibliotece” to świetna lektura – bawi, popycha do rozmyślań i uczy. Olbrzymią przyjemnością było móc odkrywać co opowie nam autor w kolejnym tekście. Jednym słowem – Wunderbar!!! Polecam.

Inne felietony Dobosza przeczytać można także na stronie Tygodnika Powszechnego [TUTAJ]

World News Report

Austria i Węgry: W Galicyi zdarzyła się powódź ogromna, dawno nie widziana. Wskutek deszczów ulewnych i oberwania chmur wystąpiły z łożysk wszystkie rzeki, przystoki, strugi, pustosząc mieszkania ludzkie, prace i nadzieje blzkiego żniwa. [...] Fałszywe i szkodliwe nauki socyalnych demokratów nihilistów rozszerzają się także w Austryi. Anarchiści zrobili zamachy dynamitowe, a jeden z nich, nazwiskiem Stellmacher opróch innych zgrodni i morderstw zamordował ajenta policyjnego Blocha.

Rosja: [...] zawsze jeszcze nihiliści anarchiści swoje krecie roboty dalej prowadzą, a policja tu i ówdzie odkrywa ich spiski i aresztuje ich licznie [...] Prześladowania żydów zawsze jeszcze się zdarzają, na przykład w Niżnym Nowogrodzie były w czerwcu 1884 r. zaburzenia przeciw żydom. Pięc domó żydowsich ruinowano na niektórych nawet zdarto dachy.

Anglia ma dużo kłopotu z Egiptem. W zeszłym roku musieli Anglicy Aleksandrię bombardować i kraj gwałtem uspokoić, a teraz w Sudanie, kraju znajdującym się pod panowaniem Egiptu, powstał pomiędzy murzynami i arabami fałszywy prorok, nazwiskiem Mahdi, który wojnę ogłosił przeciwko Anglikom i Europejczykom i Sudan chciał oswobodzić.

Francyą zawarli Chińczycy pokój pod warunkami dla Francuzów bardzo korzystnymi. Ledwie jednak że największa część wojska francuzkiego do Europy powróciła, napadli Chińczycy na pozostałe wojsko i wyrządzili mu dotkliwą klęskę. [...] Dla Europy miała ta wojna w Chinach bardzo nieszczęśliwe skutki. Wojsko przyniosło bowiem z Azyi cholerę ze sobą do Tulonu, miasta portowego w południowej Francyi [...]

Na podstawie: Kalendarz Prusko-Polski Ostródzki na rok 1885

opowieści kolejowe… cz.1

Ostatnio doszedłem do wniosku że motywem przewodnim mojego życia, jeśli miałbym takowy wybierać, z pewnością byłyby dworce i kolej nasza wspaniała, PKP.

Stykałem się z PKP od lat najmłodszych – pierwsze wspomnienia moje kolei dotyczące sięgają wczesnego dzieciństwa. Miałem pewnie 5-6 latek, czyli akurat wypadał przełom ustrojowy, a ja zapoznawałem sie z molochem-instytucją o tajemniczym skrócie PKP, która miała wywrzeć wielki wpływ na moje późniejsze życie. Jednak od początku…

Dziadek i Babcia byli kolejarzami. Mieszkali w budynku przy samych torach – tzw. Spedycji. Wakacje spędzane u nich to m. in. okno za którym co chwila przejeżdżały pociągi (kiedyś jeździło ich więcej niż dziś). Nocą pociagi te początkowo mnie budziły, podobno płakałem, ale szybko sie przyzwyczaiłem i spałem jak kamień przy przetaczających się za oknem pospiesznych i towarowych. Dziadek nim przeszedł na emeryture pracował jako spawacz na kolei ichodziliśmy wtedy z nim czasem na dyżury do takich śmiesznych wagonów mieszkalnych, co dla mnie jako smyka było frajdą niesamowitą. Zapamiętałem z nich piętrowe łóżka i piecyk w przedsionku. Zapamiętałem też zapach kolejowy. Trudny do określenia, będący zapewne pochodną woni jakichś smarów, stali, tłucznia. Na nieużywanych torowiskach można też było znaleźć różne ciekawe kawałki żelastwa, a tłuczeń kolejowy stanowił świetny budulec do tras dla naszych resoraków. Często spotykałem też w dzieciństwie „robaki kolejowe” – charakterystyczny gatunek czerwono czarnego żuka, który mieszkał przy dworcach, torach ib udynkach kolejowych. Miał charakterystyczne wzorki na pancerzu i lubił wygrzewać się na betonie w ciepłe dni. Niestety od kilku lat już ich nigdzie i wcale nie spotykam… co się stało z tym gatunkiem? Wyginął?

Dzieciństwo to także podróże pociągiem z rodzicami nim jeszcze kupiliśmy pierwszego malucha. Najlepiej pamiętam chyba podróże zimowe – wyprawy wigilijne do dziadków, którzy mieszkali jedną stacje dalej. Rodzice ubierali mnie w misiowaty płaszczyk, pamiętam też rękawiczki na sznurkach i czapkę zawiązywaną pod brodą. Mróz szczypał w twarz, śnieg skrzypiał pod podeszwami butów, a my czekaliśmy na pociąg, który wjeżdżał na stację ciągnąc za sobą tuman śnieżnego pyłu. Pamiętam że nigdy nie siadaliśmy w przedziałach, bo podróż trwała tylko 7 minut i pilnie oglądałem uciekające za szybami krajobrazy. Na stacji u dziadków był kiosk. Lubiliśmy z bratem oglądać wszystko co było za okratowanymi szybami wystawione – plastykowe karabiny, kolorowanki, szampony, komiksy, gazety, karty do gry i inne drobiazgi…. Z dzieciństwa najbardziej chyba właśnie pamiętam trasę Wipsowo-Czerwonka Czerwonka-Wipsowo.

A długo potem, po skończeniu podstawówki zaczęło się dojeżdżanie… ale o tym później