Poniedziałek

Poranne wstawanie w poniedziałkowy poranek to niekoniecznie musi być mordęga z poczuciem odsiadki wyroku. W myślach pozostaje przykre uczucie że skończyło się coś pięknego [weekend], a najlepszym lekarstwem na to jest poranna dawka energii w postaci muzyki. Jeśli nie ma akurat pod ręką mojego ulubionego Beautiful Day zespołu U2 to można zdać się na inną melodię, która nas podbuduje. Na szczęscie stacje radiowe biorą to widać pod uwagę puszczając z rana odpowiednią do tego muzykę. Dziś odkryłem, że równie dobrze jako rozpędzasz sprawdza się piosenka zespołu BlendersPoniedziałek:

[audio http://www.chomikuj.pl/rynarzewski/Muzyka/blenders-poniedzialek.mp3]

Przebój stary, ale doskonale oddający codzienność nie tylko poniedziałkową. Po raz kolejny sprawdza się stwierdzenie, że dobre kawałki się nie starzeją. Z tą muzyką na uszach, przemierzając puste ulice o 6:45, jakoś miałem ochotę się uśmiechać. Bo przecież życie nie jest takie w końcu złe.

*[tekst na zdjęciu celowo nie jest tym z piosenki, cobym kopyrajtów nie dajcie bogowie nie złamał]

Świat według Stefana Mellera

Przed kilkoma dniami pochłonąłem (bo inaczej tego nazwać nie mogę) książkę pt: Świat według Mellera. Jest to zapis wspomnień Stefana Mellera zebranych podczas rozmów z Michałem Komarem.

Stefan Meller, historyk, pisarz, polityk, minister spraw zagranicznych, zmarł niestety ledwie doczekawszy pojawienia się swoich wspomnień. Odkryłem go dopiero dzięki tej książce i to odkryłem go jako człowieka oraz historyka. Zawsze wesołego, pogodnego, starającego się przetrzymać liczne przeciwności jakie los rzucał mu pod nogi – czy to oskarżenia i pomówienia w roku 1968, czy to długoletni całkowity zakaz pracy w zawodzie, czy inne przeszkody na życiowej drodze. Stefan Meller, jak dowiadujemy sie z jego wspomnień, nawet w najczarniejszych czasach potrafił się dobrze bawić, robić żarty i żyć… bo co innego miał w sumie robić.

Nie jest o jednak tylko zapis jego figli i psot. Znajdujemy w książce wiele wspomnień dotyczących poważnych spraw oraz przemyśleń dojrzałego, doświadczonego mężczyzny. Jest też charakterystyka ówczesnego środowiska inteligencko-historycznego Warszawy, kręgu przyjaciół i znajomych którzy jakoś sobie radzili w tych realiach. Świetne historie z czasów studenckich, interesujące opowieści o legendarnych dziś postaciach – historykach UW,

Książkę czytałem jednym tchem, zarówno dlatego, że jest dobrze napisana (w końcu to wypowiedz człowieka będącego znakomitym mówcą), jak i dlatego że ogromnie wciągnęła mnie jej atmosfera oraz ludzie w niej wspominani. Polecam książkę wszystkim, w szczególności historykom, zaręczam że można zarówno uśmiać się do łez, jak i przeczytać wiele mądrych słów. Ogromnie cieszę się że mogłem poznać tego człowieka.

Poniżej pokuszę się o kilka ciekawych z licznych cytatów jakie wynotowałem sobie ze wspomnień Mellera:

Po latach kiedy, dojeżdżałem do Białegostoku, była nią [szczepionką przeciwko protekcjonalnemu traktowaniu ludzi z innych środowisk] i samo miasto i ludzie z zupełnie innych środowisk, których tam spotykałem, ale przede wszystkim – pociąg (zwłaszcza osobowy) Warszawa-Białystok. To powinna być właściwie obowiązkowa lekcja dla osób interesujących się polityką i problemami społecznymi: pociąg fenomenalnie weryfikuje wszystkie, nawet teoretycznie nadzwyczaj szlachetne pomysły. Daje dar oglądu rzeczywistości. Nawet jeśli jest to rzeczywistość niekiedy głupia.” s. 43-44

W Paryżu zorientowałem się, że mam niepokojącą lukę dotyczącą tej epoki: przez rok zaczytywałem się monografiami z dziedziny mediewistyki. Uzupełniałem wykształcenie, bo nagle zrozumiałem, że to takie głupie i prostackie lenistwo i zaniechanie. Każdy historyk musi przez to przejść – bez znajomości średniowiecza nie jest profesjonalistą, niewiele rozumie z tego czym się zajmuje” s. 65

Kobiecość to nie tylko uroda twarzy , ale także sposób chodzenia, poruszania się, sposób mówienia, cały wdzięk – to bardzo trudno ocenić; klasyczne pytanie „czy pan woli brunetki, czy blondynki: jest pytaniem idiotów do idiotów, bo to nie na tym polega” s. 130-131

i na koniec anegdota przy której zaśmiewałem się do łez :D :

Historia z profesorem [Stefanem] Kieniewiczem zdarzyła się kiedy Adam szykował się do kolokwium habilitacyjnego. Zadzwoniłem do niego na kilka godzin przed kolokwium i powiedziałem: – Dzień dobry, panie docencie. Na co mi Adam powiedział: – Uspokój się, nie mów do mnie „panie docencie”, bo mi to przyniesie pecha. Po godzinie odbieram telefon. Dzwoni Adam i pyta: – Słuchaj, czy ty dzwoniłeś do mnie? Ja mówię: – Nie, to nie ja. Po drugiej stronie słyszę przerażone: – O, cholera.
- Słuchaj – Mówi Adam – przed chwilą był telefon i ktoś powiedział „Dzień dobry, panie docencie, mówi Stefan” Ja już nie słuchałem dalej, tylko wrzasnąłem – Odpierdol się, przecież już ci mówiłem. I rzuciłem słuchawkę. Byłem przekonany że to ty…
Widocznie musiałem przekonujący w zaprzeczeniach, bo Adam spytał z przerażeniem: – A jak myślisz, kto to mógł być? Czy masz jakiś pomysł? Mówię: – A jak powiedział „Dzień dobry”?. Czy wymawiał poprawnie „r”? Jaki miał głos?
Jednym słowem – wyszło na to, że dzwonił do niego profesor Kieniewicz, zresztą jeden z recenzentów rozprawy habilitacyjnej. Tyle tylko że nie zdążył się do końca przedstawić kiedy usłyszał, że ma się odpierdolić… Adam wpadł w histerię, w końcu było to tuż przed kolokwium.
” S. 223-224.

Oparte na faktach autentycznych! ;]

    W trakcie długich rejsów po mazurach i przy licznych ogniskach słychać szanty. Piosenki wokalnie niewymagające, zaśpiewa się po kilku piwach bez problemu, a i zagra je każdy średnio-zaawansowany gitarzysta. I to ich urok. A i rytm skoczny i tekst zawsze jakiś klimatyczny.

Dla przykładu szanta: Szkuner „I’m Alone” zesołu Smugglers.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=4SljgOXkO5c&hl=pl]

    Prawda że ładna muzyczna opowieść :) Jednak jak się okazuje w rzeczywistości ta historia była o wiele ciekawsza, bowiem istniał taki właśnie szkuner o nazwie „I’m Alone” i rzeczywiście szmuglował on alkohol do USA w czasie prohibicji. Był jednym z bardziej znanych „rum-runnerów” tamtego okresu. Opowieść, którą chciałbym przytoczyć zaczyna się jednak o wiele wcześniej…

    John T. Randell, Kanadyjczyk, był porucznikiem marynarki w czasie I Wojny Światowej, w trakcie której dowodził okrętem „Tenby Castle”. Zasłynął pojmaniem okrętów „Pallas” (Niemiecki) oraz „Malmland” (Szwedzki), które z ładunkiem rudy próbowały sie przedrzeć z Narwiku do Niemiec. Największą sławę przyniosło Randellowi jednak zatopienie niemieckiego okrętu „Friedrich Asp”. Problem jednak w tym, że frachtowiec znajdował się jeszcze wówczas ponad 14 mil morskich od brzegu, czyli na wodach międzynarodowych… Teoretycznie, kapitan Randell popełnił wiec przestępstwo, jednak jak to bywa na wojnie, reguł przestrzega się tylko teoretycznie, a liczy się w ostatecznym rozrachunku kto wygrał. Pomimo protestów, admiralicja nie wyciągnęła więc żadnych konsekwencji.

    Po wojnie John Randell próbował różnych zawodów, ostatecznie jednak powrócił do dowodzenia statkiem, tym razem jednostkom cywilną. Wydarzenia które stały się kanwą powyższej szanty, osiągnęły punkt kulminacyjny w roku 1929. Wiadomo, w USA susza, nie ma nic porządnego do picia… W marcu szkuner Randella wypłynął po raz kolejny, tak jak robił to wiele razy z portu Belize w Brytyjskim Hondurasie i skierował się ku brzegom Luizjany z ładownią wypełnioną 2800 skrzynkami gorzały.

    Cały proceder polegał zaś na tym, że by nie narażać się na aresztowani, kapitan Randall wykorzystywał bezsilność Coast Guard na wodach międzynarodowych, gdzie dochodziło do spotkania z odbiorcą towaru i przeładunku alkoholu. Dlatego „I’m Alone” cumował zawsze 15 mil morskich od wejścia do rzeki Missisipi. Tym razem jednak, okręt straży przybrzeżnej przyuważył Randalla i nadając mu sygnały do zatrzymania się rozpoczął pościg za uciekającym „I’m alone”. Kuter „Walcott” oddał kilka strzałów ostrzegawczych, dogonił obciążony ładunkiem szkuner, a jego oficer wszedł na pokład, jednak nie zezwolono mu na przeprowadzenie kontroli. Wszak był to statek pod banderą Kanady na wodach międzynarodowych.

    Oficer zszedł ze Szkunera, który kontynuował ucieczkę na południe. Do pogoni dołączył się po jakimś czasie drugi kuter Coast Guard „Dexeter”. W odległości 200 m.m. od wybrzeży USA nadano do „I’m Alone” sygnał-ultimatum do zatrzymania się, inaczej zostanie zatopiony. Randell wściekł się i odpowiedział że mogą go ostrzelać, ale i tak nie zgadza się na zatrzymanie. Otwarto ogień w kierunku szkunera, niszcząc maszt, demolując pokład i ostatecnie, zatapiając okręt. Na szczęście od ostrzału nikt nie zginął, ani nie został ranny i tylko nieszczęsny francuski kucharz utonął w czasie ewakuacji.

    Tak oto zakończyły się dzieje szkunera „I’m alone”. Jego zatopienie wywołało w prasie kanadyjskiej i brytyjskiej prawdziwą burzę, a co gorętsze głowy domagały się nawet wypowiedzenia Stanom Zjednoczonym wojny. Ostatecznie sprawę rozwiązała dwustronna komisja, przyznając Randellowi odszkodowanie i umarzając wszelkie oskarżenia przeciwko niemu ze strony USA o przemyt.

MORAŁ: Kapitan Randell zatopił w 1915 roku statek znajdujący się na wodach międzynarodowych, a los zemścił się na nim zatapiając tak samo jego szkuner w roku 1929. Nie wolno igrać z losem. Czasem ma on dziwne poczucie humoru.

[na podst.: Antoni Strzelbicki, Marynarski Koktajl, Warszawa 1982]

Beautiful Day ?

    Zastanawialiście się kiedyś jak powinien wyglądać dobry dzień? Co powoduje że ten jeden akurat można nazwać udanym? Definicji może być wiele, zależnie od „właściciela” dnia. Ja postaram się pokazać to na przykładzie:

1 kwietnia 2008, wtorek:

- Poranek chłodny, lecz pogodny zwiastuje piękny dzień.

- Pierwszy dzień w pracy… wrażenia, jak najbardziej pozytywne: to czym będe się zajmował spełnia moje wyobrażenia, wręcz idealnie do nich pasuje… Wymiar godzinowy – 3/4 etatu i ustawiam sobie godziny pracy, na rano lub na popołudnie. Czasem soboty. Pasuje, bo mogę dzięki temu mogę np. chodzić rano na angielski dwa razy w tygodniu. Płaca niewysoka, ale wystarczy. Układ idealny.

- Na dworcu wracając do domu dokupiłem ostatni, brakujący tom do kolekcji książek historycznych (nr 18) na który od dłuższego czasu się czaiłem.

- Po południu wyprawa służbowo-rekreacyjna po warmińskich wioseczkach. Monia nagrywała wywiad, ja wyszedłem przejść się po polu – cisza spokój, tylko odgłosy natury wkoło. I ten zapach wiosny – łąk, trawy, ziemi i świeżości. Cudowne.

- W domu relaks, kubek herbaty, łóżeczko… film… i odpływam zmęczony pozytywnie dzisiejszymi emocjami i wydarzeniami.

- W głowie nucę sobie: It was a beautiful day, Don’t let it get away

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=omFdpnSu57U&hl=en]