Wiosna (update)

    Wiosna- pojawiły się wczoraj u mnie bociany, dziś muchy, a ja czuje się naładowany pozytywną energią… Wszystko jest proste, wszystko jest piękne, ze wszystkim sobie poradzę. Wiosna. Darmowa energia po długiej porze ciemności (bo zimą tego nazwać nie można), którą pochłaniam nie wiem kiedy i nie wiem jak, działa na mnie niczym narkotyk. Jestem na najprawdziwszym naturalnym haju. Wiosna plus trochę pracy w to włożonej. Magisterka napisana, praca załatwiona, słońce świeci, ktoś mnie kocha, ja kogoś kocham. Co więcej chcieć?

    Korzystam więc. Piszę, czytam, planuje, ciesze się, kocham. Bo tak czuje w tym roku wiosnę. Jak długo taki stan się utrzyma, kiedy nadejdzie zmęczenie, przeładowanie, zdołowanie i depresja? Na razie nie martwię się tym, bowiem jest wiosna, a ja nie mam zbyt wielu zmartwień na głowie.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=wl_u0lrB7fM&hl=pl]

    Dziś nadal trwa wiosna… Z dalekich krajów przyleciały i na gałęziach siadły pierwsze koty i pewnie zaraz zaczną wić gniazda… na ognisku usmażono pierwsze kiełbasy, pierwsze kiełbasy zostały też poddane całopaleniu….

 

Zapiski z paragonu i chusteczki…

     Słowem wstępu… Codziennie wycinana jest ogromna ilość drzew, które potem mielone są na papier. A drzew nie przybywa i skutki widać choćby za oknem… Z kolei codziennie otrzymujemy kilka lub kilkanaście paragonów różnej wielkości. Od tych najmniejszych, po te olbrzymie z zakupów świątecznych w Tesco, mierzących kilkadziesiąt centymetrów. Chusteczki w makdonaldzie, które czasem wyrzucamy nawet nie używając… itd. itp. A czy zastanawialiście się ile można na tych wszystkich, zdawało by się bezużytecznych świstkach zapisać? Otóż ja podjąłem taką misję… będę starał się wykorzystywać takie „papierki” do moich zapisków…

paragon:
Dziś zafundowałem sobie w Macu dużą kawę za 4.90. Szaleństwo :] choć przecież wcale kawy nie lubię. No ale kupując herbatę za podobną cenę czuję się oszukany płacąc za zabarwioną wodę. Dlatego wolę już kupić kawę… a co! Niech wiem za co płacę. Hehehe

    Za oknem znowu śnieg. Dziś jest 27 marca. Pogoda płata figle, mi to sie jednak w sumie podoba. Mogę poczuć ten „klimat” jakiego nie było w grudniu…

Chusteczka:
Cytat i znaleziona przeze mnie sentencja z czytanej obecnie książki [dziękuje kochanie że ją o ciebie dostałem, bardzo ciekawa!!!] Wiktor Pielewin, Święta Księga Wilkołaka:

„[...]
– Hm. W ogóle to tak. Ale co wobec tego jest literaturą?
- Na przykład Marcel Proust. Albo James Joyce.
- Joyce? – powtórzył, przysuwając sie bliżej – Ten od Ulissesa? Próbowałem to czytać. Nudne. Szczerze mówiąc, w ogóle nie rozumiem do czego są potrzebne takie książki.
- Jak to?
- przecież tego całego Ulissesa nikt nie czyta. Trzech facetów przez niego przebrnęło i teraz tylko z tego żyją – piszą artykuły, jeżdżą na konferencje. I nikt więcej tego nie zmógł.
- No wiesz – powiedziałam
[...] – Wartość książki nie polega na tym ile osób ją przeczyta. Genialność Giocondy nie zależy od tego, ilu zwiedzających przejdzie obok niej w ciągu roku. Wielkie dzieła mają mało czytelników, bo czytanie ich wymaga wielkiego wysiłku. Ale właśnie z tego wysiłku rodzi się wrażenie artystyczne. Literacki fast food nigdy nie zaoferuje ci nic takiego.” [s. 145-146]

 

„Książki, które czytasz, są jak przypadkowi towarzysze podróży, których podwozisz na trasie. Jeśli będziesz woził ludzi kulturalnych i mądrych, nabierzesz od nich rozumu. Jeżeli będziesz woził głupców – sam staniesz się głupcem.”

W. Pielewin
„Święta Księga Wilkołaka”

Edward Cyfus – … a życie toczy się dalej [t. 1 i 2]

    Tak więc zacznę od tego ze ten wpis w stosunku do poprzedniego jest niechronologicznie umieszczony, ponieważ najpierw przeczytałem książki Edwarda Cyfusa „…a życie toczy się dalej”, a dopiero potem poznałem panią Marię. No, ale niech powstanie tutaj mała warmińska seria wpisów. Może ktoś zostanie uświadomiony choć w pewnym stopniu co do burzliwych dziejów „mojego” zakątka Polski.

    Edward Cyfus jest rodowitym Warmiakiem. Lokalnym znawcą gwary warmińskiej oraz propagatorem jej w radiu i prasie. Prowadzi działalnośc edukacyjną wśród młodzieży, starając się zaszczepić w nich miłość do Warmii i „oswoić” z historią tych terenów. Pan Edward wydał także dwa tomy wspomnień Warmiaków pod nazwą „… a życie toczy się dalej”.

 

    Jako ze to moja strona, dorzucę na wstępie od siebie jak wyglądała moja historia związana z tymi książkami… Po raz pierwszy usłyszałem „… a życie” na falach Radia Olsztyn, jakieś pięć lat temu, gdzie w formie słuchowiska była ona prezentowana. Jako że nie miałem za bardzo czasu czatować na tą audycję, nie zapadła mi ona głębiej w pamięć. Słuchali jej jednak regularnie moi rodzice, od których usłyszałem że jest taka książka, którą warto byłoby przeczytać, bo to o naszych terenach i tak dalej… Po dłuższym czasie w okresie przedświątecznym szukałem prezentów dla rodziców i pomyślałem o książce Cyfusa. W Książnicy udało mi się kupić oba tomy (I tom był z dodruku) i podarowałem je jako prezent pod choinkę. Potem nie miałem jakoś okazji ni natchnienia ich przeczytać i dopiero niedawno zabrałem się za ich lekturę.

    Książki opowiadają losy Warmiaków na przykładzie matki autora książki Lyjnki [Heleny] Porbadnik mieszkającej wraz z rodziną w Wymoju nieopodal Stawigudy. Opowieść zaczyna się w latach 30tych XX wieku, gdy Lyjnka jest jeszcze dziewczynką. Autor jednocześnie z prowadzeniem narracji przybliża także życie Warmiaków, ich zwyczaje oraz gwarę. Książka stanowi więc nie tylko pamiętnik, ale także opis przedwojennej Warmii, która odeszła już na zawsze, a takie świadectwa sa tym bardziej cenne. Życie Porbadników, jak większości mieszkańców Warmii toczyło się wokół pracy i religii. Zawierucha wojenna nie była tutaj odczuwana w sposób dotkliwy, dopiero pojawienie się sowietów, stało się horrorem dla tutejszej ludności. Zesłania, gwałty, morderstwa, tułaczka. O tym wszystkim pisze Edward Cyfus na przykładzie swojej rodziny. Czytając to miałem jednak wrażenie jakiegoś warmińskiego uniwersalizmu losów Lyjnki i jej rodzeństwa. Tak przecież potoczyły się losy setek tysięcy ludzi z tych terenów. Pierwszy tom obejmuje czasy przedwojenne, wojnę oraz początek życia na Polskiej Warmii. W drugim tomie zawarte są wspomnienia dotyczące czasów powojennych oraz niezwiązane z rodziną Porbadników, świadectwa księży Warmińskich związanych z podolsztyńskimi parafiami.

    „… a życie toczy się dalej” jest bardzo ciekawą lekturą, dzięki której możemy poznać przeszłość i uświadomić sobie jak wiele łączy nas z byłymi mieszkańcami tych ziem. Nie jest to bogate literacko dzieło, nie ma tam przemyśleń, nie ma epatowania radykalnymi przekonaniami ani potępiania nikogo. Są to wspomnienia, czasami wesołe, czasami porażające i pozostające na długo w pamięci czytelnika. Jako historyk muszę docenić pracę Cyfusa, jako kronikarza i dziejopisa, ponieważ nie wszystkiego o tamtych czasach dowiemy się z dokumentów, ówczesnych gazet oraz opracowań. Historia mówiona pozwala nam utrwalić życie, już prawie, minionych pokoleń dla nas oraz naszych następców.

POLECAM

tom 1 – [„A życie toczy się dalej” cz. 1 Olsztyn 2003, 225 str.]
tom 2 – [„A życie toczy się dalej” cz. 2 Olsztyn 2006, 216 str.]

Pani Maria Anielska-Kołpa

    Pani Maria Anielska – Kołpa jest rodowitą Warmiaczką (Warmianką[???]). W tym roku skończy 78 lat. Urodziła się w roku 1930 w podolsztyńskim Szafałdzie (warm. Szófald, obecnie Unieszewo), później przeniosła się wraz z rodziną do Olsztyna gdzie posiadali oni parcele budowlaną (obecnie po latach odzyskali do niej prawo). Jej ojciec był listonoszem, po wojnie w związku z prześladowaniami ludności warmińskiej, już tylko stróżem na tej samej poczcie. Po roku ‘45, wraz z siedmioosobową rodzina zakwaterowana została w jednopokojowym mieszkaniu, starała się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Pracowała jako pomoc domowa musiała jednak zrezygnować by móc uczęszczać do wieczorowej szkoły średniej. Pracowała wówczas u Władysława Gębika (znany filozof, pedagog, pisarz, literat) który wywarł duży wpływ na jej dalsze życie, zachęcając panią Marię do dalszej nauki. Po ukończeniu szkoły wieczorowej studiowała farmację (z dużymi sukcesami) w Poznaniu, gdzie była świadkiem wydarzeń Października ‘56. Po studiach wróciła do Olsztyna i tu podjęła pracę w zawodzie, wyszła za mąż za Polaka, absolwenta prawa, pracownika MO. Wzięli ślub kościelny, co spotkało się z dezaprobatą przełożonych męża, który piętnowany za małżeństwo z Niemką nie mógł awansować, był cały czas pod nadzorem służb bezpieczeństwa. Pracowała w większość starych olsztyńskich aptek, ostatnie kilkanaście lat pracy zawodowej spędziła w aptece przy szpitalu dziecięcym. Była członkiem założycielem Stowarzyszenia „Borussia”. Napisała kilka tekstów do regionalnych antologii oraz zajmowała się tłumaczeniem na niemiecki. Dziś jest już na emeryturze, niemniej czynnie działa w stowarzyszeniach Warmiaków z Niemiec i Polski oraz duszpasterstwie niemieckim w Olsztynie. Obecnie mieszka na osiedlu Dajtki w Olsztynie.

    Zaraz po wojnie szykanowana za swoje warmińskie pochodzenie nie wyjechała do Niemiec, z czego do dziś bardzo się cieszy, mówiąc iż kocha swoje miasto. Czy ja też kocham Olsztyn było pytaniem, od którego zaczęła się nasza rozmowa.

    Aż tyle, lub może tylko tyle zdążyłem dowiedzieć się o pani Marii w ciągu niecałej godziny jaką miałem okazję z nią spędzić. Osoba żywa, jak na swój wiek bardzo energiczna i pomimo ciężkich przejść, znajduje chęć by, np. udzielić wywiadu w audycji radiowej dla dzieci w wielkanocny poranek. Coraz trudniej radzi sobie jednak z domowymi pracami. Życie pani Marii Anielskiej – Kołpy to ciekawa, nie odkryta historia, którą uważam, iż powinno się zachować dla kolejnych pokoleń „nowych” Warmiaków.

War… war never changes…. ;)

    Zawsze lubiłem ten cytat z intra do Fallouta. „Wojna jest wojna” tłumacząc tą sentencję na prosty język. I bez względu czy estetycznie podana, czy owinięta w papierek metafory, należy pamiętać, że na wojnie w jednym momencie jesteś, a w drugim cię nie ma. I to jest w niej najstraszniejsze.

    Tak więc czas trochę z estetyzować wojnę, przedstawić historię a’la Makłowicz. Food Fight, ciekawy filmik zrealizowany przez wytwórnię (?) TouristPictures. Prezentuje on oryginalne podejście do konfliktów zbrojnych począwszy od WWII do okupacji Iraku. Wszystko jak sam tytuł sugeruje zobrazowane jest przez różne gatunki jedzenia charakterystyczne dla danych krajów. Dużo zabawy daje odkrywanie kto jest jakim jedzeniem więc nie będę wam tego psuł, polecam obejrzeć w spokoju…

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=e-yldqNkGfo&hl=pl]

    Jeśli oglądając nie mogłeś rozwikłać tajemnicy jakie konflikty są tam odgrywane lub jakie jedzenie reprezentuje jaką nację polecam zajrzeć na stronę twórców filmu – Food Fight.

PS – mi najbardziej podoba się Pearl Harbour, a najobrzydliwsze ą sajgonki i cały ten żółty catering… fuj.

A przygotowania do świąt trwają dalej :/

Czesław Śpiewa – Maszynka do Świrkania

Dziś [19 III] piosenką dnia w radiowej Trójce jest utwór Maszynka do Świrkania śpiewany przez utalentowanego Duńczyka polskiego pochodzenia Czesława Mozile występującego jako Czesław Śpiewa. Bardzo fajna piseneczka, wpadająca w ucho melodia i dość ciekawy tekst. Kryje się jednak w niej coś więcej. Ta piosenka mimo iż jest świeżutka to ma już swoją historię – ciekawą historię.

POSŁUCHAJ [ średnia jakość :( ]:

[audio http://www.chomikuj.pl/rynarzewski/Muzyka/Czes*c5*82aw+*c5*9apiewa+-+Maszynka+do+*c5*9bwirkania.mp3]

jeśli piosenka nie działa możesz też posłuchać jej tutaj lub obejrzeć autorski teledysk Czesława tutaj.

Otóż w zasadzie jest to wyśpiewany wiersz. Nic niezwykłego, często sięga się do poezji jako słów pod muzykę. Jednak wiersz „Maszynka do Świerkania” jest inny. Został napisany na czacie przez internautów w ramach projektu Multipoezja którego autorem jest Michał Zabłocki. Projekt polega na poszukiwaniu nowego miejsca dla poezji w dzisiejszym informatycznym społeczeństwie. W podobny sposób powstały wszystkie teksty do płyty Czesław Mozila – Czesław Śpiewa – „Debiut”. Dużo ciekawych informacji o Czesławie Mozili i jego twórczości można znaleźć na jego stronie www.myspace.com/czeslawspiewa.

tak oto wygląda zapis wiersza wraz z autorami poszczególnych linijek:

Znalazła raz pewna pani <~Mgiełka____>
aparat do bani. <ew_a___>
Sentymentem ruszona <driadka>
wzięła go w ramiona <~agat>
i czule do niego rzekła: <~DzIoŁcHa_gliwice>
„Ty jesteś rodem z piekła, <~Amplidyna>
ja jestem rodem z nieba: <~Mgiełka____>
nic więcej nie potrzeba. <~ilonek>
Ty jesteś starym gratem, <~agat>
ja cię naprawię zatem. <~afrodytka>
Zmienię Ci obudowę <~DzIoŁcHa_gliwice>
i wstawię części nowe. <~Deyvid>
Będziesz piękny jak dawniej <~ilonek>
i będziesz działał sprawniej. <~GnijącaModelkaWtaksówce>
Znowu pokażesz klasę <~Deyvid>
i zaświergolisz czasem. <~agat>
A ja cię wsadzę w klatkę, <Michal_Zablocki>
byś nie odleciał przypadkiem. <migus000>

Cały zapis procesu twórczego który odbył się za pomocą chatu, można znaleźć TUTAJ

Mamy Web 2.0, czyżby pojawiała się muzyka 2.0….? Tylko kto zgarnie tantiemy za tekst w takim razie… Niemniej piosenka jest świetna!

[UPDATE 12.05.2008]

Mam nadzieję że Radio Wrocław „nie obrazi się” na mnie – podaję linka do ich krótkiego wideobloga nagranego przez Czesława [fenomenalny :D ], w tym znajduej się tam takze niepowtarzalne wykonanie Maszynki do Świrkania especially dla PRW

Link – http://prw.pl/articles/view/6487/czeslaw-spiewa-dla-radia-wroclaw-zobacz