Wiosna na talerzu

    W tym roku zima się nie popisała… i nie żałuję tego wcale. Krócej musiałem nosić nieporęczną grubą kurtkę zimową, a ciężkich butów nie założyłem ani raz (co na mojej Północy dotychczas było nie do pomyślenia). I to mnie cieszy. Cieszy mnie też rozszerzający sie wiosenny asortyment warzywniaków. W końcu mogę zjeść moje ulubione wiosenne kanapki, które smakują tak dobrze tylko o tej porze roku:

Zdjęcie przedstawia moje smakowite niedzielne śniadanie. Masterpiece sztuki kulinarnej to nie jest (nie chciało mi się rzeźbić :p), ale smaczne było. Wszystko dopełnił jeszcze kubek herbaty Tetley Earl Grey Lemon… Takie niedzielne poranki lubię.

Przyleciały już żurawie, pojawiły sie łabędzie, czasem wyjdzie słońce, tylko pomidory nadal paskudnie smakują….

Sztuczki – poetyka miasta z miękkiego ciasta.

    Zmruż Oczy pokochałem. Sztuczki polubiłem. Czyli na samym wstępie wyjaśniłem już wszystko. Może jednak nie powinienem po prostu porównywać tych dwóch obrazów. Żeby nie powtarzać i nie sugerować się niczym, powstrzymałem się od czytania wszelkiego rodzaju recenzji przed napisaniem tego co sam chcę powiedzieć. Umysł ludzki znajdując gotowe stwierdzenia do niewypowiedzianych myśli usilnie stara się nimi posłużyć, jednocześnie zabijając oryginalność…
    W Sztuczkach, reżyser Andrzej Jakimowski, uderzył w drugi biegun Polski, umiejscawiając akcję gdzieś na Śląsku, a co za tym idzie zamienił poetykę wsi, znaną ze Zmruż Oczy, na poetykę miasta. Już z tym osobiście ciężko jest mi ciężko się identyfikować i wczuć. Z drugiej strony jest to pewnie (nie wiem) jakiś ukłon w stronę tej części z nas (was?), którym jest to bliższe. Podoba mi się w Sztuczkach ujęcie fabuły – efekt motyla w zastosowaniu mikro. Zbiegi okoliczności, które pozornie nie mają znaczenia i odizolowane wydarzenia, które tworzą naszą rzeczywistość. Na dodatek wszystko widziane oczami dziecka.
    Jednocześnie wszystko to wydaje się bez tej głębi. Brakuje tej iskierki. Wszystko ok, ale…. „ale”. Niektóre sceny są całkowici niepasujące i nic nie wnoszą do filmu, ani nie dodają mu uroku ani wdzięku. Te minuty taśmy można było poświęcić na rozwiniecie jakiegoś ważnego momentu, albo strzelenie jakiegoś pejzarzu, zarysowanie otoczenia. Wierzę, że prawdziwa sztuka, obojętnie czy jest to film, obraz, książka czy utwór muzyczny, to taka w której wszystko podporządkowane jest jednemu nadrzędnemu celowi, zawartemu w jej sednie. Ani jednej zbędnej sceny, ani jednego zbędnego zdania, ani jednej zbędnej nuty. Tego mi tutaj zabrakło, a dostałem to od tego reżysera poprzedni.
    Najlepszą niezwiązaną z fabułą sceną jest rozmowa podczas jazdy samochodem pomiędzy Jerzym i Turkiem o samochodach i kobietach. Z klimatem i ludową filozofią. Bardzo podobają mi się też sceny kolejowo-dworcowe. Tory mają swój niepowtarzalny klimat. Aktorsko film nie stoi na wyżynach. Jerzy (w Zmruż Oczy grał Sosnoszczuka) nie jest tutaj już taki naturalny, Elka wygląda ładnie na ekranie i gra też dobrze dopóki nie musi się odezwać, Stefek raczej dobrze. Rola Taty jakoś mi się nie podobała, może po prostu dlatego ze nie trafia mnie aktorstwo Tomasza Sapryka, zazwyczaj kreującego role półgłówków… A Liszowska to jest całkowicie w tym filmie niepotrzebna.
    Film jednak polecam do obejrzenia. Sam jeszcze na pewno wrócę do niego w najbliższym czasie parę razy próbując go bardziej”wchłonąć” i może bardziej polubić. Jeśli miałbym odnosi do poprzedniego dzieła Jakimowskiego i do Rezerwatu to Sztuczki w tej triadzie wypadają najsłabiej. Ale i poprzeczka wysoko. A może po prostu nie warto porównywać i już przed obejrzeniem stawiać wymagania… To tak dość krótko w słowach wszystko, a jeszcze mi coś do głowy przyjdzie to rozwinę myśl.

Jednodniowy mikrocelebryta

    Po wczorajszych zawirowaniach z poprzednim postem rozreklamowanym przez Wykop.pl co tu dużo mówić nazłaziło sie tutaj sporo ludzi. I dzięki temu, wdrapując się na szczyt katalogu wordpressa doświadczyłem to co wielu przede mną i wielu po mnie będzie miało okazję. Stałem się Jednodniowym mikrocelebrytą. Przez chwilę byłem na szczycie najpopularniejszych wpisów dnia i blogów polskiego półświatka wordpressowców.

mikrocelebryta

    Co mnie najbardziej w tym całym zdarzeniu ucieszyło? Np to że znalazłem się ponad Azraelem i jego marnym (moim zdaniem) blogiem oraz ponad Archowieściami, które są z kolei fajnym blogiem. Ucieszyło też to że może zyskam jednego lub dwóch czytelników dzięki temu a stałe (z ok 8ooo gości, pozostało kilkanaście wpisów, a tylko 1 lub 2 ludzi którzy zajrzeli tu kilka razy).

    Mikrocelebryta to ciekawy fenomen web 2.0. Jak wyjaśnia to Kuba Filipowski, autor strony yashke.com mikrocelbryta to termin, który: „pojawił się już 2 lata temu na gigaom, zjawisko opisał też Clive Thompson w Wired i Marta Klimowicz na blogu. Łatwo się domyślić, że mikrocelebryta to ktoś rozpoznawalny w niewielkiej grupie. Coś w stylu gwiazdy socjometrycznej. W sumie nic szczególnego – w świecie poza sieciowym tacy ludzie nazywani są po prostu popularnymi„. Czyli taki Kononowicz, Azrael i inni „sławni” wypromowani dzięki youtubowi i innym portalom społecznym pozwalającym czynnie współtworzyć sie użytkownikom. Dzięki zaś niebiosom, że takim mikrocelebrytą byłem tylko jeden dzień. :) Nie chciałbym się znaleźć w galerii sław mikrocelebrytów pomiędzy Kononem a Jożinem z Bażin.
PS [update 23 lutego]
Na printscreenie udało mi sie uwiecznić ciekawy moment:

Kubek ważna rzecz…

Kubek towarzyszy człowiekowi od wieków. Wynaleziony już u zarania ludzkości w tej czy innej formie zawsze gdzieś tam się przewijał i odgrywał swoją cichą, acz znaczącą rolę w historii. Także i dziś codziennie wspiera nas w biurach, domach, barach. Świat z samymi szklankami, filiżankami i kielichami byłby smutny. Ja tam potrzebuje mojego kubka 0,5 l pełnego herbaty żeby mi się lepiej myślało, czytało czy grało w Fallouta :) . Oto parę z tych ciekawszych i oryginalniejszych pomysłów na upgradowaną wersję :

1. Kubek selektor. Wybierz jaki napój lubisz i nikt się nie powinien pomylić:

2. Kubek sam sygnalizujący czy jest pusty czy pełny – ON/OFF:

3. Kubek z próbnikiem kolorów napoju wersja do kawy i herbaty:

4. Kubek antyzłodziejski ze specjalną zatyczką:

5. Kubek ze schowkiem na ciastka:

6. Kubek z mieszadłem dla leniwych:

7,8,9 Kubki tematyczne… :)

Rezerwat

    Jeden z najnowszych rodzimych filmów nosi tytuł Rezerwat. Relacjonuję to wszystoko na gorąco po jego obejrzeniu, więc będą to po prostu przelane wrażenia i uczucia bardziej niż recenzja w klasycznym tego słowa znaczeniu. Zresztą takie omówienie tego filmu czytelnicy mogą znaleźć na każdym z licznych branżowych serwisów filmowych.
    Zacznę od tego że takie filmy przywracają mi wiarę w Polska kinematografię. I jest to dzieło debiutanta, prawie że reżysera naturszczyka w porównaniu z naszymi „grubymi rybami”. Łukasz Palkowski jego imię a film, który wyreżyserował jest historią wziętą z życia. I co ciekawsze z życia głównego bohatera, czyli grającego go aktora, czyli uściślając współautora scenariusza. Nie będę tego tutaj rozwikływał polecam samemu odwiedzić stronę filmu Rezerwat. Bo warto – bardzo ciekawa i swojska stronka, tam wszystkiego się dowiecie.
    Wracam do moich wrażeń, jednocześnie starając sie nie wrzucić zbyt wielu spoilerów, co będzie trudne bo są w tym filmie momenty na prawdę nasączone miejską magią, a zarazem sprawiają wrażenie szczerości. Cały film nie zionie jak inne polskie produkcje brakiem inwencji scenarzysty, ale skoro autorzy oparli się na życiu to mieli połowę roboty za sobą. Teraz jednak mówię czym mnie ten film zachwycił: szczerość, naturalność fabuły, gra aktorów, zdjęcia, jeden szczególny i zaskakujący zwrot fabuły, sięgnięcie po bliski temat, brak naśladownictwa, dialogi i wieeeele innych rzeczy.
    Rezerwat jest po prostu bardzo dobrym filmem. Kreacje aktorski, wliczając w to także te amatorskie, są genialne bo ci ludzie grają po prostu siebie. Aktorzy grają naturalnie i wiarygodnie. W końcu!. Zdjęcia są bardzo dobre. Może nie jest to pod tym względem Zmruż Oczy (mój ulubiony, niedługo obejrzę Sztuczki, to ocenie czy lepsze), ale i tak świeży powiew od naśladownictwa. Scenariuszem jestem zachwycony, nie wiem czemu ale pociągają mnie takie prawdziwawe historie, coś co każdy sam choć po części przeżył. Jeśli ktoś czytał Osiedle Swoboda (pierwsze odcinki) to od razu wyczuje tutaj ten klimat. Takie miejsca i sytuacje jak sklep osiedlowy, podwórko, panie kierowniku może by pan coś poratował…, nocne wrzaski przy winie. Dawno o tym nikt nie opowiedział w tak dobry, po raz kolejny to powtarzam „prawdziwy/wiarygodny” sposób. Lecą bluzgi bo tak po prostu jest.
    Druga strona tego filmu to jednak pewna magiczność, mitologizowanie, które do tej opowieści o dziwo pasuje. Magia zdjęcia, magia miejsca, mit „pijak, ale dobry chłop”, mit „my/oni”, który pięknie został pokazany w finałowej scenie na wernisażu. I tu niestety drobny spojler: podwójna ciągła linia oddzielająca światy, po jednej stronie ludzie tzw „normalni”, reprezentujący wartości negatywne naszej rzeczywistości (sami to sobie rozwiniecie po obejrzeniu), a po drugiej stronie linii są ci z kamienicy, może nie idealni, ale szczerzy wobec siebie i chyba nawet szczęśliwy w swojej codziennej biedzie. A po linii idzie włąściciel kamienicy który jak sam mówi musi jeszcze sie namyślić po której „stronie” się znaleźć.
   Oddzielną opowieścią filmu jest także fotografia, stary fotograf w swoim starym zakładzie fotograficznym (kto z nas nie pamięta tych zakładów [RIP] wysieczonych przez fotografię cyfrową) oraz chwytanie na zdjęciach czasu. Bardzo zgrabnie i poetycko ujęte moim zdaniem.
    No i ta genialna muzyka. Jedna z piosenek już stała sie szlagierem, myślę że wejdzie do klasyki przyśpiewek narodowych. Jedyny mankament to odwieczna bolączka Polskich filmów, z którą spotykam się praktycznie zawsze, czyli udźwiękowienie. Aktorzy mamroczą, dźwięki słabo nagrane. Szkoda.
    Tematu nie wyczerpię, więc czas na podsumowanie. Film bardzo rzeczywisty i zarazem subtelny i nie wpychający nam na siłę swojego przesłania. Idealne proporcje do przyrządzenia dobrego kina. Już wielokrotnie nagradzany i mam nadzieję że jeszcze niejedną statuetkę zgarnie. Mam nadzieję że zostanie dostrzeżony i poza naszym grajdołkiem. I oby nie tylko debiut reżysera był tak udany… :) Czekam na wasze wrażenia. Mi się bardzo podobał.
[zdjęcia i plakat pochodzą z oficjalnej strony filmu ]

Wstaaaaaaje!

bajzel...

Przypadkowe dźwięki wyrywające mnie już od dłuższego czasu, co chwila ze snu, jak na razie udawało mi się ignorować. Wciskając głowę w poduszkę, nakrywając się drugą, trzymałem się jeszcze przemijającego nieuchronnie snu. Musiałem skapitulować jednak w momencie kiedy hałas przestał być przypadkowy, a został całą swoją mocą skierowany w moje uszy.

- Wstawaaaaj!!! – z niższego piętra dochodził piekielny głos, wzmacniany tubą klatki schodowej prowadzącej do mojej części domu.

- ignorować, ignorować…. przestanie krzyczeć, będę mógł jeszcze uciąć parę kadrów z tego pięknego snu….. – pomyślałem, zyskując powoli świadomość otoczenia. Już wiedziałem że sen uciekł, światło delikatnie raniło oczy nieprzyzwyczajone do jaskrawego słońca stojącego już wysoko na niebie.

Ręką wyszukałem leżącą obok łóżka komórkę. Godzina… 12? Co? Przespałem pół dnia, a miałem rano pójść biegać, a potem od rana pisać pracę. Od razu przywaliło mnie zrezygnowanie, bo jak nie zacząłem pisać od rana to pewnie nie zbiorę się żeby zacząć po południu. Pewnie znowu zmarnuję ten dzień, tak jak większość poprzednich wolnych… każda wymówka poza tym jest dobra żeby wymigać się od nauki i przedłużyć sobie nieuchronnie uciekającą studencką młodość.

- Nic to. – pomyślałem, przeciągając się w wymiętej, rozgrzebanej pościeli i spoglądając na moje królestwo.

Pokój choć całkiem spory, był kompletnie zagracony. Ubrania przemieszane z notatkami, kserówkami, książkami i zwykłymi śmieciami zalegały na podłodze. Ta mieszanka papierniczo-tekstylna niemal całkowicie pokrywała lekko próchniejące deski. Spore okno wpuszczało zdecydowanie zbyt wiele i zbyt jaskrawego światła poprzez zasrane przez muchy szyby. W promieniach wyraźnie widać było unoszące się i tańczące wszędzie drobiny kurzu. Na przeciwległej od okna ścianie znajdowały się obdrapane z olejnej farby drzwi, jeden z moich nieudanych eksperymentów dekoratorskich, które były współwinne przerwania mojego snu. Znowu zapomniałem je zamknąć wieczorem. Umeblowanie pokoju oprócz szafy na ubrania, niewielkiej komody, łóżka i praktycznie nigdy nie używanego biurka, stanowiły rzędy półek na książki pokrywające prawie całą nadającą się do tego przestrzeń ścian.

Ciekawym elementem ich konstrukcji było, iż każda z nich była inna. Część ładnie zrobiona, dębowa na nóżkach z ozdobnym cokolikiem na górze, a inne z kolei zrobione z przetartych papierem ściernym desek na aluminiowych wspornikach. Niektóre sięgające od podłogi, aż po sam sufit, zrobione z płyt MDF pokrytych dębo-podobną okleiną inne znowu z gołych desek. Wszystkie te półki niezależnie od stanu i wyglądu, były zaś zapełnione książkami ułożonymi we wszystkich możliwych płaszczyznach, poupychanymi szczelnie, acz z ostrożnością by nie zostały uszkodzone.

Przy regałach wyrastały kopce tych woluminów, które nie znalazły już swojej ojczyzny na wysokościach. Rosłe, chwiejne konstrukcje przybierały kształt gór stołowych lub innych erozyjnych formacji skalnych. Niektóre rozsypane w kataklizmie, który wstrząsnął podłogą w środku nocy lub w pełnych promieniach słońca, gdy usiadł na nich nieuważny komar lub padły pod przypadkowym ciosem obutej w kapeć nogi. Zaznaczam iż ja kapci nie noszę z zasady wiec owe ciosy padały nie z moje strony, lecz nóg nieświadomych potęgi wiedzy zawartej w tych stosach, która takiego nieopatrznego wandala mogłaby zgnieść, zniszczyć, gdyby tylko miała ochotę ujawnić swój ogrom i przytłaczającą moc argumentacji faktów zawartych na nieprzeliczonych stronicach.

Nie było wyjścia… wstałem i potwierdzenie mojego czynu ogłosiłem światu głośnym rykiem – Wstaaaaaaje!