Maciej Rynarzewski - mikroagencja kreatywna
+ 48 664 453 930 – maciej.rynarzewski@gmail.com
Maciej Rynarzewski - mikroagencja kreatywna
+ 48 664 453 930 – maciej.rynarzewski@gmail.com

Mleczny blask gwiazd

[Moje opowiadanie odnalezione gdzieś na dysku, dziś je przeczytałem po ponad pięciu latach po raz kolejny. Miła niespodzianka. Nie poprawiam za bardzo, dodałem tylko kilka zdań zakończenia.]Księżyc przez szkło wydawał się być niewiele dalej niż najbliższy szczyt w górach, lecz naturalnie było to tylko złudzenie. Nieliczne gwiazdy przedzierając się poprzez warstwę chmur, towarzyszyły mu w podróży. Cały widok emanował spokojem a jednocześnie uświadamiał ogrom świata i bezsensowność wszystkich prób zbadania przyczyn, zasad oraz mechanizmów napędzających cały otaczający ich świat.
Czarne pnie drzew otaczające kilka domów znajdujących się w osadzie szczelnie otulały śpiących mieszkańców. Tylko jak zawsze w największej chacie wysuniętej najbardziej na północ w stronę gór paliło się niewielkie migotliwe światełko, zaś na jej dachu widać było zarysy jakichś postaci. Chłodne powietrze niosło ciche szepty po całej osadzie.
– Sądzisz, że dzisiaj zauważymy coś ciekawego?
– Nie mam pojęcia, a czy kiedykolwiek ktoś zauważył coś?
– Masz rację, nie pamiętam żeby ktokolwiek coś zobaczył, kiedykolwiek.
– Ale w takim razie, po co, co noc ktoś pilnuje lunety i gapi się w niebo.
– Nie wiem, nie ważne. Taka jest tradycja, mamy czekać na znak, który coś ma oznaczać.. już nie pamiętam co… Moja babcia znała te stare legendy, ale już dawno umarła. To była naprawdę mądra kobieta.
– Znaki nadejdą z nieba… Mogliby nam, chociaż powiedzieć, jakie!
– Cicho! Bo pobudzisz istoty nocy… Pamiętam jak ktoś opowiadał jak kiedyś przyszły do wioski…
– Dobra, dobra. Znam tę bajkę. Idę na chwilę do środka, zaraz wracam.
Jedna z postaci znikła w dziurze, z której bił lekki blask pochodni. Druga chwyciwszy teleskop nastawiała go na jedną z gwiazd i długo wpatrywała się w jej kierunku. Jak zwykle gwiazdy powolnym ruchem, majestatycznie przesuwały się po niebie goniąc księżyc i uciekając przez nadchodzącym dniem. Wszystko toczyło się swoja koleją rzeczy. Tajemnicą tylko było, dokąd świat toczy się już od tylu lat.
***
Małe gliniane chatki otoczone kręgiem olbrzymich drzew wyglądały niczym grzyby porastające polanę. Jedynym urozmaiceniem wobec olbrzymich konarów były góry wznoszące się na zachodzie. Dziwne wydawać mogło się to, że wszystkie chaty miały okna zwrócone na zachód oraz były lekko pochyłe w stronę wschodnią. Lecz spoglądając na cały krajobraz tej dziwnej krainy wyglądały one niczym pradawne kamienie lezące tu od wieków i brak ich wydawałby się wręcz czymś nienaturalnym. Całość tworzyła harmoniczną kompozycję.
Kiedy poranne słońce przedarło się z wielkim trudem poprzez splątane konary drzew wioska zaczęła powoli budzić się do życia. Czarny kot spędziwszy całą noc na podwórzu żałośnie miauczał pod drzwiami domostwa domagając się śniadania, a psy ospale przechadzając się pomiędzy chatami od czasu do czasu machały ogonami na widok człowieka. Choć było już około godziny dziewiątej to promienie słoneczne dopiero zaczęły głaskać dachy domów swoimi czułymi dłońmi. Coraz większy harmider ogarniał osadę, z długich cienkich kominów sączył się szary, rozleniwiony dym powolutku unosząc się w krystalicznie czyste powietrze.
W najmniejszej chacie nie widać było jednak żadnych oznak porannego krzątania się gospodarzy. Szczelnie zamknięte okna zasłonięte były czarnymi płachtami zaś na drzwiach wisiała wywieszka „nie przeszkadzać”. Nawet pstrokaty kogut siedzący na płocie przed lepianką z powagą zachowywał ciszę nie starając się jak zwykle ogłaszać swym głosem nadejścia kolejnego dnia. Nikogo to jednak nie dziwiło jak dotąd, a dziwić zaczęło dopiero około południa, gdy gospodynie skończyły już rozwieszać pranie, dzieci zostały nakarmione a mężowie zasiedli przed domami wykonawszy wszystkie niezbędne prace domowe. Co odważniejsi chłopcy podkradali się do okien chcąc dojrzeć cokolwiek przez zasłony. Po kilku godzinach ogólnego zainteresowania dziwnym i co prawda niecodziennym wydarzeniem przyszła pora zająć się spędzeniem zwierząt z pastwisk, przygotowywaniem kolacji i przygotowaniem sideł na nietoperze. Mało kto miał czas zajmować się dziwnymi sprawami dziejącymi się w lepiance. Dzieci jak zwykle szybko znudziły się i teraz ganiały za pół oswojonymi zającami, które pojawiły się ostatnio w okolicy. Jednym słowem, ile czasu można zajmować się jakimiś dziwactwami i w dodatku nie poznać rozwiązania zagadki?

– Co tam na polach? Jak się kozice miewają?
– A wszystek w porządku, jeno coś mleka ostatniemi czasy mało dają. Pewno znowu skrzaty im je w nocy spijają.
– Prawda ci to. My to się z niemi mamy, oj mamy.
– Czeba by się z nimi rozprawić albo jakoś je odstraszyć. Powiadają ludzie, że najlepiej to mysim sadłem kozicom wymiona wysmarować to krzaty pono od ręki wyzdychają i spokój z nimi będziemy mieli.
– No, ale skąd ty mysie sadło jełopie weźmiesz, widziałeś ty, kiedy mysie sadło?
– No nie widziałem, ale pono najlepsze na krzaty.
Wielki kamień z pluskiem wylądował w stawie, płosząc wielkie karpie leniwie skubiące wodorosty.
– Tak… I na kurzajki też podobno nieźle działa.
– No… Przydałoby się coś takiego.
– Tylko szkoda, że nie ma takiego… To byśmy się mogli skrzatów i kurzajek się pozbyć…
– I kozy mleka by więcej dawały…
Z daleka rozległo się beczenie kozy. Jeden z mężczyzn wstał z trawy i poszedł w stronę pasącego się stada, kijem strącając kwiaty dziko rosnących maków. Słońce wyjątkowo dzisiaj grzało jak na tą porę roku.

Wieczorem po oporządzeniu się na gospodarstwie ludzie ponownie zaczęli spoglądać w stronę chaty z zasłoniętymi oknami. Jak donosiła miejscowa agencja informacyjna w postaci staruszki, która cały dzień przesiadywała na ławeczce przed domem, nikt dzisiaj nie wyszedł ani nie wszedł z chaty. Sprawa stawała się coraz bardziej podejrzana. No, ale nie wypada się wtrącać w obce sprawy i pomimo irytującego uczucia niedosytu jakoś nikomu nie przyszło na myśl zastukać do drzwi tajemniczo zamkniętej chaty. Przecież byłaby to oznaka wielkiego braku taktu a o coś takiego żaden z mieszkańców wioski nie chciałby być posądzony. Przecież, co kto robi to jego sprawa. Tak wyglądała sprawa na pierwszy rzut oka, lecz rada gospodyń wiejskich powołała już sztab kryzysowy mający zając się rozwiązaniem tajemnicy.

***

Problemem podczas zimnych letnich nocy jest zawsze to, że podczas spoglądania przez lunetę, szkiełka bardzo szybko zaparowują. Trzeba je wtedy często przecierać. I tak bez końca. A szkoda, bo właśnie podczas takich chłodnawych nocy, które zazwyczaj przypadają na czas pełni, wszystkie gwiazdy są widoczne jak na dłoni a księżyc jest wielki jak młyńskie koło. W taką noc stróżowanie jest przyjemnością i można pooglądać sobie dowoli calutki nieboskłon.
– O… Trzy nowe, których ostatnio nie widziałem… Widzisz, tam nad tą gałęzią tego krzywego drzewa.
– Fakt… Daj mi teraz trochę popatrzeć – piskliwy głosik gorliwie domagał się dostępu do lunety.- Teraz moja kolej.
– Zaraz… O… Tej też nie pamiętam…
– No weź… Teraz ja.
– Dobra. Masz trzymaj lunetę, ja zaraz wracam tylko zrobię sobie coś do jedzenia.
Większa postać zniknęła w otworze na chwile zasłaniając migotliwy blask ognia bijący z wnętrza chaty. Mniejsza, drobniutka sylwetka przez chwilę ustawiała stojącą na trójnogu konstrukcję tak by pasowała ona do jej wzrostu, po czym za pomocą szmatki przetarła szkło okularu, po czym przystąpiła do wnikliwej egzaminacji czarnej otchłani. Malutkie dłonie powolutku przesuwały lunetę z lewa na prawo. Drobna twarzyczka o olbrzymich oczach chłonęła całą powierzchnią magiczne światło gwiazd. Półotwarte usta, przyspieszone bicie serca. To było pierwsze stróżowanie malucha. Pełne magii i poczucia obowiązku. Mały mógłby tak przez wszystkie noce oglądać gwiazdy. One było takie śliczne.
– Gdyby tylko tata mnie teraz widział – pomyślał malec, przygryzając z przejęcia język – To na pewno ja dostrzegę znak. Wszyscy będą mnie chwalić i mówić, że jestem wspaniałym dzieckiem. I na pewno mama się w końcu uśmiechnie i pogłaszcze mnie po głowie mówiąc, że jest ze mnie dumna…
Smyk przetarł zamykające się oczy dłonią. Potrząsnął głową starając się odpędzić od siebie sen, po czym ponownie zaczął patrzeć w bezkresną połać nieba. Coraz cięższe powieki zaczęły bezwiednie opadać na oczy chłopca, który ziewając przetarł zaparowane szkiełko lunety i bezsilny wobec nadchodzącego snu osunął się na stojące nieopodal krzesło. I zasnął śniąc o wielkim księżycu, który przyszedł do niego by podzielić się z nim najnowszymi nowinami, które opowiedziały mu gwiazdy. Malec śnił.
Większa postać wyszła po drabinie na dach. Zauważywszy, iż chłopiec śpi uśmiechnęła się, wzięła leżący nieopodal koc i przykryła nim śpiącego. Duża postać uśmiechnęła się patrząc na dziecko, po czym wzięła lunetę przetarła szkiełko i zaczęła studiować ułożenie migoczących punktów ponad lasem i górami.

***

– A po kiego diabła się tam wtrącać w czyjeś sprawy – Oznajmił donośny kobiecy głos.
– A po temu, że my wszyscy tu mieszkamy i to także nasza sprawa – inny głos wyraził swoje zdanie.
– Nasza! Pewnie, że nasza… – Krzyczał spory tłumek zebrany w niewielkiej izbie.
– No ależ jak tak można…Przecież nie możemy tak po prostu wyważyć drzwi. Toż to istny brak kultury i wyczucia taktu.
– Prawda! Całkowity brak… Całkowity… – Ponownie odezwał się tłum.
– Proponuję poczekać na rozwiązanie sytuacji jej własnym tempem.
– No tak. Przecież nie można tak wiecznie siedzieć w zamknięciu.
– Fakt.
– No racja. Fakt.
– Dobrze, ogłaszam, więc obrady za zamknięte.
Mocne stuknięcie drewnianego młotka dobitnie potwierdziło koniec jakichkolwiek dalszych dyskusji. Wszyscy zaczęli wychodzić z izdebki. Wieczorne powietrze pieściło zapachem leśnych kwiatów a zachodzące słońce powodowało wygładzenie wszystkich konturów, co sprawiało, że świat wydawał się spokojny i piękny. Taki wieczór zapowiadał piękną noc i cudowny jutrzejszy dzień.

Mały domek pełen szklanych pojemników, metalowych urządzeń i pokrytych kablami dziwacznych kształtów całkowicie spowity był w ciemnościach. Szczelnie zasłonięte okna blokowały każdy promień światła, który chciał dostać się do wewnątrz. Całkowity mrok rozświetlał tylko malutki kaganek postawiony na stoliku tuż przy wielkim fotelu. W tym mroku niewielki zgarbiony człowiek z mistrzowską zręcznością poruszając się pośród tych wszystkich sprzętów montował skomplikowany model. Ów zestaw składał się z niezliczonej ilości kul i kuleczek połączonych ze sobą za pomocą rurek, przekładni i nitek. O dziwo całość w jakiś tajemniczy sposób poruszała się i to w dość harmoniczny sposób. Cały układ przez jakiś czas się poruszał, po czym dwie kulki się ze sobą zderzyły. Mężczyzna wydał się tym bardzo zainteresowany. Zatrzymał mechanizm, poprawił kilka rurek dotknął kilka sznurków, po czym znów, marszcząc brwi, rozpędził maszynerię. Ku jego niezadowoleniu dwie kulki ponownie się ze sobą zderzyły. Mamrocząc pod nosem mężczyzna zaczął przewracać sterty papieru przeglądając kolumny liczb i mozaiki rysunków.

– Witoj.
– No witoj, co tam u ciebie.
– A no tak jakby po staremu, jeno te kozice mi spokoju nie dają.
– To nadal te krzaty was nękają? Trza było, zaraze czymś wytruć abo co.
– Gupiś, bo żadnych krzatów to na świecie niema. Bujda to jeno i tyle. Poza tym to taki dajmy no zwykły krzat to według moich obliczeń ni czorta nie mógłby sięgnąć wymiona i spić mliko, a co dopiero je całe zdoić i wynieść ze chlewa.
– No a jak by mieli drabinę abo by jeden na drugiego wszedł. Ha!
– Oj… One nie są takie zmyślne stwory coby na to wpaść poza tym to ja już chyba wiem co to z tym mlikiem się dzieje.
– No, co wtedy?
– Ano gwiazdy kumie, gwiazdy. I księżyc. Bo to, przeto się w nocy dzieje a takie gwiazdy to ludzie powiadają olbrzymią moc mają. A i ten biały blask to się przecie jakoś palić musi, jakieś paliwo musi być. No a mlika nie ma jak nie było. Widzisz to musi być to.
-Jakbyś miał rację, bo wystarczy spojrzeć na ten księżyc to on cały jak z mlika taki bialutki.
– Toć.
– No, ale co na to można poradzić… No, na takie gwiazdy, co mliko wypijają…
– No nie wiem… Problem… A mlika jak nie było tak nie ma…
– Fakt.
– No, fakt.
Niewielki kamyk wysokim łukiem przeleciał nad dorodną, zieloną trawą, po czym uderzył w zawieszony na płocie metalowy garnek i wydobył z niego donośny dźwięk jak byłby to dzwon na kościele. Po tym kamyk upadł na trawę tuż obok płotu. Gdyby mógł z pewnością uśmiechnąłby się zadowolony z dobrze spełnionego zadania, a tak tylko przez chwilę kołysał się, a po chwili zastygł w bezruchu jak przystało na kamień.

***

– To ta! Widzisz jest większa niż ostatnio! To na pewno ta!
– No… Może… Czekaj, daj mi zobaczyć.
– Mówię ci, trzeba obudzić wszystkich! O rety! Musimy uciekać! Szybko!!!
– Spokojnie.
– Nie ma co spokojnie! Trzeba do lasu… albo lepiej w góry! Tak, góry. Tam są jaskinie. Tak jaskinie to dobry pomysł. Tylko trzeba wziąć dużo jedzenia… Tak jedzenie to podstawa… O rety! Trzeba uciekać!!!
– Cicho!
– Uciekać…O rety!
– Zamknij się już! Sprawdziłem… Ta gwiazda wcale się do nas nie zbliża. Musiało ci się wydawać.
– Niemożliwe!? Widziałem na własne oczy.
– … Uspokój się… Ja z tym człowiekiem nie wytrzymam…
Jedna z postaci – ta która dotychczas krzyczała i biegała po całym dachu, teraz usiadła zdyszana i cała drżąc starała się spokojnie oddychać. Poprzez nocną ciszę niemalże można było usłyszeć oszalałe kołatanie serca w jej piersi.
Druga postać wciąż stała przy lunecie powoli lustrując nieboskłon. Na pierwszy rzut oka wydawała się spokojna, lecz uważny obserwator spostrzegłby, że dłoń trzymająca lunetę lekko drży. A jeśli ktoś wsłuchałby się w nocną ciszę naprawdę mocno to usłyszałby drugie oszalałe bicie serca wtórujące pierwszemu.

Tak oto grała już tylko niezmącona niczym cisza, tak majestatyczna w swej bezgłośności, iż nietaktem byłoby ją przerywać i mącić jej nieśmiertelną melodię. A gwiazdy poruszały się po niebie tańcząc z księżycem jakiś skomplikowany wirujący taniec przesuwając się nad głowami wystraszonych ludzików. Co jakiś czas któraś z nich znikała za drzewami lub kryła się za skalistymi szczytami. Wszystkiemu przyglądała się sowa siedząca na gałęzi olbrzymiego świerku. Dzięki swemu ciemnemu upierzeniu i wielkim oczom przypominała ona leśnego ducha. Tak oto duch lasu przechylił głowę spoglądając na gwieździste niebo, zamrugał oczami, schylił głowę przed księżycem, po czym bezszelestnie pofrunął w las, na jakiś tajemny wiec leśnych osobistości.

***

Zgarbiony mężczyzna buszował wśród papierów i różnych dziwacznych urządzeń niewiadomego pochodzenia. Właśnie przerzucał wielką stertę kartek leżących na krześle, zaś jego szlak znaczyły powywalane szuflady oraz poprzewracane naczynia i dziwaczne konstrukcje w rozsypce. Zamaszyste ruchy jego rąk wyrzucały w powietrze najróżniejsze przedmioty, które lądowały w losowych miejscach tworząc malowniczy obraz pobojowiska.
– Gdzie to jest… ostatnio tu było…
Mamrocząc do siebie, mężczyzna zabrał się do przeszukiwania niewielkiego regału stojącego w rogu, tam gdzie nie docierało już światło z kaganka. Grzebiąc po omacku mężczyzna w końcu zatrzymał się. Przez chwilę obracał coś w palcach, po czym z okrzykiem radości podbiegł do stolika, przy którym było jaśniej. W świetle bijącym od płomienia przyjrzał się soczewkowatemu przedmiotowi z jakiegoś przejrzystego materiału. Przez chwilę patrzył tak na ogień, po czym cały rozradowany zabrał się do montowania znaleziska w jakimś rurowatym urządzeniu. Przy okazji przechodząc ponownie puścił w ruch maszynerie z kuleczek i rurek. Niestety ponownie nastąpiło zderzenie dwóch kulek. Wynik eksperymentu zdecydowanie go nie zachwycił gdyż radość na jego twarzy zastąpił wyraz najwyższej koncentracji oraz zaniepokojenia.

***

Spora grupka mieszkańców wsi zebrała się przed chatą, która przez ostatnie kilka dni pozostawała tajemniczo odosobniona. Otoczyli półkolem otwarte drzwi i niecierpliwie czekali na gospodarza. Naturalnie nikt nie odważył się wejść do środka, szanując prywatność jej mieszkańca. Nagle drzwi otworzyły się z dramatycznym skrzypnięciem nie nasmarowanych zawiasów.
– Jak na razie jedno jest pewne – Odezwał się starzec wyłaniając się z cienia swojego pokoju. – Mleka nadal nie będzie!

MR 2002 – 2008

Related Posts

4 Responses
  1. Jewrej

    No proszę… się tu człowiek dowiaduje, że z pisarzem miał do czynienia przez tyle czasu i nawet nie wiedział. Swoją drogą myślę że warto żebyś częściej podejmował takie próby Maćku. Być może dzięki Tobie za parę lat będziemy mieć w Polsce o jednego noblistę więcej… Tyle żartów, a na koniec powiem jeszcze raz pisz jak najwięcej, pisz jak najwięcej, pisz jak najwięcej – powtarzało echo w lesie 🙂 Może kiedyś twoja proza zawita i pod moją strzechę

  2. Frustrat.net

    Oszalamiajaca opowiesc o zaskakujacym zakonczeniu, i niesamowitych zwrotach akcji, pisana rączo przez brodatego artyste o imponujacych gabarytach i przenikliwym umysle ;]
    Rzeczownik bez przymiotnika to rzeczownik stracony ;]
    Sorry, niebylbym soba…
    To za tego Ulissesa ;]

  3. Maciek Rynarzewski

    Nie pisałem, że to ma być jakieś oszałamiające… po prostu powstało wiele lat temu i nie zmieniałem nic, żeby było tak jak umiałem pisać 6 lat temu. 😛 uszczypliwości to widzę Frustracie nie możesz przepuścić żadnej. żebyś sie wrzodów z tej frustracji nie nabawił, hehehehe (obleśny śmiech)

Leave a Reply