Szósty Stopień Oddalenia i spada….

z głebi mojego dysku wydobyłem tekst…

Już dawno temu badacze zauważyli że człowiek to istota stadna. Przez jedną, dwie osoby możemy dotrzeć do każdego w naszym mieście, czego zapewne doświadczyła większość z czytelników, a jak głosi teoria Milgrama istnieje tylko sześć stopni oddalenia, dzięki którym mamy możliwość dotarcia do każdego na kuli ziemskiej. Co ciekawe teoria ta udowodniona została już w latach sześćdziesiątych XX wieku, kiedy nikt nie słyszał o internecie, komórkach ani gadu-gadu.

„Six degrees of separation”, czyli sześć stopni oddalenia to bardzo ciekawe zagadnienie z pogranicza socjologii, psychologii społecznej i matematyki. Polega ono na przeświadczeniu iż jakaś wiadomość, lub przesyłka może dotrzeć do dowolnej osoby na kuli ziemskiej poprzez sześć „uścisków rąk” czyli pięciu nosicieli. A jest to możliwe dzięki prostemu rachunkowi matematycznemu popartemu ludzką skłonnością do zawierania licznych znajomości. Dzięki temu w szóstym stopniu posiadamy dostęp do takiej ilości „znajomych-znajomego” że w zasięgu znajdują sie wszyscy ludzie.

Taką koncepcję przedstawił już w 1929 roku węgierski pisarz Frigeys Karinthy w opowiadaniu „Łańcuchy”. W sposób naukowy do tego zagadnienia podszedł jednak dopiero w 1967 roku Stanley Milgram, znany z drastycznego „eksperymentu Milgrama” w zakresie posłuszeństwa wobec autorytetu. Tym razem starał się udowodnić iż świat jest globalną wioską za pomocą pomysłu zaczerpniętego od Karinthy nazwanego Small world experiment. I zasadniczo udało mu się to. W przeprowadzonym badaniu na terenie USA (296 listów) wiadomość docierała do całkowicie nieznanego adresata poprzez średnio, sześć osób (64 z 296). Sam eksperyment jak i jego wynik jest często kwestionowany za przestarzałość oraz zbyt mała skalę badania by wyprowadzać ogólne twierdzenia. Uznawany jest często za jeden z naukowych mitów.

Ponownie teorii „sześciu stopni oddalenia” postanowili przyjrzeć się Peter S. Dodds, Roby Muhamad oraz Duncan J. Watts z Uniwersytetu Columbia. Przeprowadzili oni szeroko zakrojony projekt z udziałem 60 tysięcy osób z całego świata. I w zasadzie dowiedli prawidłowości twierdzenia, ponieważ statystycznie – licząc udane ciągi i porażki, wiadomość docierała w 5 – 7 posunięciach do adresata. Ich projekt nadal jest kontynuowany więc każdy chętny może wziąć w nim udział i sam sprawdzić teorię Milgrama. Wystarczy zarejestrować sie na stronie projektu otrzymując własne zadanie.

Niemniej badania nad tzw: „small world phenomenon” trwają cały czas w różnych postaciach. Zarówno w ośrodkach naukowych i w show biznesie (The Kevin Bacon game [u nas można by zrobić odpowiednik Cezary Pazura Game :) ], Find Satoshi). Najpełniej zaś ideę Karinthy i Milgrama prezentują chyba portale społecznościowe typu Facebook, Nasza Klasa czy MySpace.

Moim zdaniem temat ciekawy, pobudzający do myślenia i aż samemu chciałoby sie sprawdzić.

PHDComics

W trakcie przeglądania Surionis Fragmina natrafiłem na linka do fenomenalnej strony z komiksowymi paskami www.phdcomics.com. Opowiadają o życiu i problemach doktorantów… specyficzny humor, jak dla mnie rozbrajający… a i te sytuacje jakby wzięte z życia.

choćby ten pasek…porady cenne dla każdego studenta w kontaktach z profesorem :)

(naciśnij obrazek by obejrzeć go w pełnej krasie)

Nie narodzi się już Leonardo…

W czasach średniowiecznych i nowożytnych można było być „naukowcem”, czyli człowiekiem uczonym na wszelkie sposoby – lekarzem, filozofem, alchemikiem i jeszcze pisarzem. Jednak w miarę postępu wieków i lat, możliwości specjalizacji stawały się coraz węższe, aż do dziś, kiedy mamy sytuacje na tyle absurdalną, iż nie mogą się ze sobą porozumieć dwaj fizycy, ponieważ operują w dwóch odmiennych jej gałęziach. Obaj posiadają ogólną wiedzę z dziedziny ale naukowcami-specjalistami są tylko w swojej gałęzi lub czasem nawet gałązce. Tak więc mamy pełną izolację i brak porozumienia, co skutkuje spowolnieniem postępu.

Leonardo to był gość!!!

I tu pojawia się pytanie o ludzi mogących objąć i koordynować działania takich specjalistów. Naturalnie interakcja pomiędzy naukowcami może zajść przypadkowo, ale jest to niezwykle rzadkie. A interakcja taka niezbędna jest dla odkryć, wynalazków i przełomowych momentów dziejowych. O ile kiedyś owe interdyscyplinarne colloqium zachodziło w głowie naukowca, dzięki szerokiej wiedzy jednego badacza to obecnie musi ono być stymulowane z zewnątrz.

Taką właśnie funkcję spełniają koncerny skupiające badaczy z różnych dziedzin, laboratoria i kadrę administracyjno nadzorczą, która zajmuje się koordynacją prowadzonych badań. Który model jest lepszy trudno orzec – wolny badacz czy badacz zinstytucjonalizowany? No ale jak już wyżej zostało to wyprowadzone to niewielkie pozostaje pole manewru np. dla chemika, który potrzebuje w swoich badaniach szczegółowej wiedzy biologicznej lub fizycznej. Koncern, korporacja… czyli w aktualnej demagogii – źródło wszelkiego zła – Globalizacja z rogami. Ale nie o tym mowa, a o niemożliwym do ogarnięcia rozmiarze naszej rzeczywistości. A nawet więcej, jest to nie tylko niemożliwe, a nawet szkodliwe dla zdrowia. Kto zdołałby przyswoić taką ogromną ilość treści i obrazów… no może poza jednostkami genialnymi, swego rodzaju nadludźmi. Nie ma już chyba jednak szans by pojawił się kolejny Leonardo Da Vinci.

Dalej zaś rozważania mogłyby popłynąć w wiele różnych tematów… więc zawczasu skończę.

Robert A. Heinlein

Pod niebem wielkim, pełnym gwiazd
Kopcie mi grób: tutaj chcę spać.
Rad żyłem i radośnie mrę,
W ten grób się kładę z woli swej

A ten wers, proszę ryjcie mi:
Spoczywa tu, gdzie pragnął być;
Żeglarz z dalekich wpłynął mórz
Do portu. Łowca wrócił z wzgórz.

Robert A. Heinlein „Requiem”

Powyższy cytat zapadł mi w pamięci i wyrył się w niej niezwykle dokładnie. Jest to początek opowiadania Heinleina, zaczerpnięty z epitafium Roberta Luisa Stevensona wyrytego na jego grobie na Samoa.
Opowiadanie to mówi o starym, bogatym człowieku, pionierze i legendzie podboju kosmosu, który u kresu swych dni, zostaje przez biurokrację i krewnych „uziemiony” i nie może po raz ostatni udać się w przestrzeń kosmiczną. Odnajduje więc… (nie będę dalej zdradzał tajemnicy opowiadania) Po dalszy ciąg zapraszam do antologii Droga do Science Fiction…


Robert A Heinlein należy do moich ulubionych „klasycznych” autorów SF z wczesnych lat rozkwitu tego gatunku. W jego twórczości czuć klimat lat 40-tych i 50-tych, kiedy przyszłość była jeszcze przyszłością, zimnowojenne rozgrywki zaczynały dzielić świat, tworzył się mit amerykańskiego snu, wszyscy kopali schrony przeciwatomowe, a najlepszą ochroną przed atakiem miało być „duck and cover”. Czasy już w tym momencie prawie ze mitologiczne lub zmitologizowane w naszych oczach. To właśnie kwintesencją tego wszystkiego jest GENIALNY Heinlein. Obok Asimova jest on dla mnie najwybitniejszym pisarzem tego okresu.

Takie jego książki jak Starship Troopers (Żołnierze Kosmosu), Puppet Masters (Władcy Marionetek) czy The Door into Summer (Drzwi do lata) to całkowita klasyka gatunku. Ogromna rozpiętość gatunkowa: Przygoda, Space Opera, Thriller SF, Roboty oraz późniejsze jego dzieła, zahaczające o problematykę społeczno-obyczajowo-cywilizacyjną: Piętaszek, Szlak Chwały, Luna to Surowa Pani. Jeśli do tego dodamy jeszcze liczne inne powieści i opowiadania (sam nie czytałem wieeelu jego dzieł) to zobaczymy, iż na prawdę jest to jeden z Ojców Założycieli.

To właśnie Heinlein napisał kultową powieść Obcy w Obcym Kraju , pierwsza powieść SF tak na prawdę „zauważona” przez krytyków i ogół czytelników. Była ona jedną z jaskółek które zwiastowały olbrzymią popularność SF.

Poniżej parę multimediów związanych z wielkim Heinleinem:

Opowieść o spiżowym dziale Heinleina, które wystąpiło i było zalążkiem jego nagrodzonej Hugo powieści Luna to Surowa Pani

Piękny kawałek, porusza… aż brakuje słów. Coś godnego twórczości Heinleina. Doskonały podkład do końcowej sceny opowiadania „Requiem”…Charlie Haden and Pat Metheny – The Moon Is A Harsh Mistress (Luna to Surowa Pani :D )

Under the wide and starry sky
Dig the grave and let me lie:
Glad did I live and gladly die,
And I laid me down with a will!

This be the verse you grave for me:
Here he lies where he longed to be;
Home is the sailor, home from sea,
And the hunter home from the hill.

POLECAM

Czytanie w podróży

Podróżując, w zasadzie „tracimy” duże ilości czasu. Czy to podróż pociągiem, autobusem na zajęcia czy czekając na jakiś środek transportu, spędzamy wiele minut bądź godzin naszego cennego życia w sposób zasadniczo bezproduktywny.


Jako doświadczony dojeżdzacz i miłośnik książek, nauczyłem się wykorzystywać podróż pociągiem i autobusem na czytanie książek. 9 lat, w trakcie których praktycznie codziennie poświęcam około 3-4 godzin (szacunkowo będzie to, 5+20+10+30+60+10+30+45+20=około 230 minut!!!!) na takie lub inne podróżowanie, nauczyło mnie wykorzystywać choć w pewnym stopniu ten czas na czytanie. Co prawda potrzeba pewnego treningu w skupieniu, a i szybkość czytania spada w takim rozpraszającym środowisku, można jednak skutecznie umilić sobie dojeżdżanie i jakoś wykorzystać te uciekające minuty.

Obecnie praktycznie nie ruszam się w podróż bez książki lub gazety (Forum, Angora, Polityka, Focus…). Nie umiem już siąść w autobusie i wpatrywać się w szybę, wolę połknąć w tym czasie choć parę stron. Naturalnie zdarza sie ze podróżuje czasem ze znajomymi i wtedy zajmuje się rozmową. Muszę się jednak przyznać, że bywa iż specjalnie siadam w inny wagonie niż zawsze, by w spokoju móc poczytać sobie, nie niepokojony przez kolegów i koleżanki.

Ostatnimi czasy kiedy musiałem/miałem okazję podróżować za kierownicą samochodu zauważyłem ile czasu spędza się wtedy nieproduktywnie, skupiając się na prowadzeniu auta. Można co najwyżej posłuchać audiobooka lub radia, ale to nie to samo. Wolę jednak przejechać się pociągiem i autobusem, przeczytać kilkadziesiąt stron i w sumie tyle samo czasu spędzić poza domem, gdy jadę samochodem (korki, remonty, światła!).

Ekstremalnym przykładem, jak może człowiekowi przysłużyć się podróżowanie, jest moja wyprawa do Krakowa i nazad, w trakcie której przeczytałem całą książkę Henry’ego Millera „Zwrotnik Raka”. Bardzo ciekawa książka, którą połknąłem w trakcie podróży, zamiast wpatrywać się bezmyślnie w mazowieckie pola za oknem.

No ale czytanie musi być dla nas przyjemnością, inaczej to przecież bez sensu, na siłę męczyć się kiedy nie ma ku temu warunków (tłok, trzęsie lub nie można się skupić)

Ehhhh, bo mi to marzy się kiedyś żeby wejść do autobusu, albo pociągu i zobaczyć jak wszyscy coś czytają… piękne marzenie…. ale raczej nie do spełnienia :) .

Na koniec kilka gadżetów związanych z czytaniem w podróży:

1. Nakładka na kciuk pozwalająca rozchylić książkę i czytać jedną ręką np. w autobusie trzymając się poręczy:

2. Podświetlenie strony za pomocą technologii LED, kiedy podróżujemy np. w pociągu, a pozostali pasażerowie chcą zgasić światło i spać. nie ma problemu jest LED BookLight, który wkładasz pod czytaną stronę i włączasz: